Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

Załóż swojego bloga

02.05.2017 16:37

Próba ognia

Wsłuchuję się w swój oddech i bicie serca. Żadne inne dźwięki płynące z zewnątrz nie są w stanie zaabsorbować moich myśli. Spoglądam na zegarek. Do wystrzału startera zostały już ostatnie sekundy. W skupieniu przypominam sobie po co mi to wszystko, po co tu jestem, po co moja niebieska koszulka wmieszała się w tłum innych kolorowych koszulek... Z zadumy wyrywa mnie końcowe odliczanie: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…

Odgłos wystrzału z pistoletu startowego, który bez problemu wdarł się do mojego umysłu, błyskawicznie zakończył program „skupienie – medytacja” i w tym samym momencie uruchomił procedurę „maraton”: równe tempo, optymalny tor biegu, luźne ciało i niezobowiązujące myśli. I tak krok po kroku, kilometr po kilometrze, godzina po godzinie… 

Tempo, które planowałem na ten bieg to 4:15/km, ale miałem też świadomość, że w drugiej części do gry wejdzie nadprogramowy przeciwnik - silny wiatr. Pomyślałem, że warto na początku zaoszczędzić parę sekund, które później przydadzą się na zapłacenie haraczu. Przed rokiem trasa Orlen Warsaw Marathon miała dokładnie taki sam przebieg, więc wiedziałem czego mogę się spodziewać. Prognozy pogody też nie rokowały dobrze – dzisiaj miało zrywać czapki z głów, a nawet czapki razem z głowami. Tym gorzej, że przez kilka kilometrów mieliśmy biec w odkrytym terenie.

Pierwszych pięć kilometrów zrobiłem w 21:09 (4:14) i tak jak to często bywa podczas maratonu – te minęły nadspodziewanie szybko. Nawet podbieg ul. Sanguszki okazał się być tylko niegroźnym urozmaiceniem, taką biegowa igraszką. Zaraz po minięciu pomiaru czasu spotkałem się z Agnieszką. Czekała w umówionym miejscu, sprawnie podała mi napój i popędziła do tramwaju, aby przemieścić się do kolejnego punktu.

Jest zimno, ale to w pozytywnym dla biegaczy tego słowa znaczeniu. Temperatura w okolicach 6-8 st., słonecznie i mimo, że od czasu do czasu z nieba lecą pojedyncze krople deszczu, czy nawet płatki śniegu, a i kilka stopni więcej na termometrze nikomu krzywdy by nie zrobiło, to narzekanie na takie warunki byłoby grzechem. Drugą piątkę pokonałem w podobnym czasie – 21:04 (4:13). 

Na razie wszystko gra – w ciele i w duszy. Myślami wybiegam już do 15. km., do miejsca, w którym mam umówione drugie spotkanie z Agą. Łykam żel. Czuję, że w tym momencie moje ciało idealnie zaadaptowało się do wysiłku. Biegnie mi się dużo lżej niż na początku. Co chwila spoglądam kontrolnie na zegarek. Pilnuję, żeby nawet na krótkich odcinkach nie rozpędzać się bardziej niż do 4:10. Piętnasty kilometr. Czas odcinaka – 20:54 (4:11). Od Agnieszki dostaję drugi napój. Zobaczę się z nią jeszcze za dwadzieścia kilometrów. Wcześniej, na kolejnych umówionych punktach - żele i napoje będzie podrzucała mi Gosia. Miło mieć świadomość, że lada kilometr spotka się kogoś ze znajomych. 

Kolejną piątkę zaliczam w 21:04 (4:13). W połowie dystansu zegarek pokazuje 1:28:48. Jeżeli utrzymałbym to tempo, to by znaczyło, że zejdę poniżej 2:58. Chociaż zdaję sobie sprawę, że ten maraton rozpocznie się na dobre dopiero za kilka kilometrów, w okolicach Powsina, gdzie zazwyczaj walczy się już nie tylko z czasem i dystansem, ale również z wiatrem, to optymizmu mi nie brakuję i zakładam, że taki wynik jest w zasięgu nogi. Tym bardziej, że za chwilę będzie kawałek z górki, na którym łatwo można zaoszczędzić kilka extra sekund. 

W końcu mijam znacznik 24. kilometra i skręcam w lewo, w ścieżkę rowerową przy ul. Drewny, która po chwili ma się połączyć z Przyczółkową. Jestem gotowy by stawić czoła nieuniknionemu. Spodziewam się, że za parę sekund dostanę spowalniający, wietrzny cios prosto w twarz. Tymczasem… nie jest wcale tak źle. Wymieniam spojrzenia z biegnącym obok chłopakiem, który już od kilkudziesięciu metrów głośno wyrażał swoje zaniepokojenie tym, co za chwile miało nas spotkać. „Wcale tak bardzo nie wieje” – rzucam w jego stronę, szybko jednak dodając – „ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca”… i w tym momencie zaczęło się… 

Wyobraziłem sobie Eola – mitycznego władcę wiatrów, który rozsiadł się wygodnie w swojej kwaterze dowodzenia z chipsami na kolanach i piwem w ręku i oglądając na wielkim monitorze transmisję z maratonu, dla zabawy podkręca wiatrową dmuchawę na coraz to wyższe obroty. Na 25. km zameldowałem się z czasem ostatniego odcinaka: 21:01 (4:12). Dostałem od Gosi żel i napój i zacząłem przepychankę z podmuchami.

Robi się ciężko. Nie narzekam na brak energii, wręcz odnoszę wrażenie, że zachowałem jej sporo w rezerwie, ale czuję, że muszę teraz wkładać w bieg więcej mocy, a zwrot z inwestycji zrobił się mniejszy. Więcej płacę - mniej kupuję. Za bardzo nie mam za kogo się schować. Wokół mnie tylko pojedyncze osoby, w dodatku większość z nich mocno zwolniła. Staram się nie odpuszczać. Wszyscy się tasują, ale widzę, że w odległości ok. 50 metrów przede mną, w zwartej grupie biegnie 4 chłopaków. Udaje im się trzymać równe, zbliżone do mojego tempo. „Fajnie byłoby do nich dobić” – myślę i przyspieszam. Po drodze wyprzedzam kolejne osoby. Wygląda to nieciekawie. Kto się poddał i nie jest w stanie wykrzesać z siebie dodatkowej mocy zostaje skutecznie wyhamowany. Zbliżam się do dziewczyny, która do tej pory biegła cały czas przede mną, ale w pewnym momencie po prostu przestała walczyć i wyglądała jakby wypadła ze statku i dała się porwać nurtowi rzeki. Mijający ją dwaj panowie zagaili zachęcająco: „zapraszamy z nami”, ale białogłowa tylko się uśmiechnęła i patrzyła na oddalające się plecy owych dżentelmenów. 

Ściganie upatrzonych wcześniej czterech chłopaków realizowałem przez jakieś 3 kilometry. Nie udało mi się jednak ich dojść i musiałem darować sobie ten pościg. Straciłem mnóstwo sił, które miałem zachomikowane na czarną godzinę, tempo spadło, ale na szczęście nie musiałem jeszcze zaciągać kredytu. „Byle do trzydziestego kilometra..., już nie daleko..., jeszcze trochę...” – pokrzepiałem się. Wiedziałem, że za chwilę dobiegnę do głównego punktu kibicowskiego obsadzonego przez Gosię i jej chłopaków – Eryka i Igora. Ta myśl dawała mi kopa w tyłek za każdym razem kiedy zwalniałem ponad miarę. W końcu minąłem tę wyczekiwaną trzydziestkę z najgorszym jak do tej pory czasem odcinka – 21:35 (4:19). 

Chłopcy przywitali mnie przygotowaną wcześniej planszą z napisem, który jednoznacznie świadczył o tym, że na mecie miałem się stawić z czasem z dwójką z przodu. Przybiłem z nimi piątki i w tym momencie zaczęło się creme de la creme – ostatnie 12 kilometrów…

 

Wiatr nie odpuszczał, ale raport po kompleksowym przeglądzie organizmu, który przeprowadziłem po przebiegu 30. km był bardzo optymistyczny: zapas czasu - jest; siły w rezerwie - są; kontuzje – brak. Cały czas byłem w grze o złamanie 3. godzin i to na całkiem niezłej pozycji. Po chwili spotkała mnie miła niespodzianka – przy trasie stał mój stary znajomy z dziećmi i gdy tylko mnie wypatrzyli zgotowali gromki doping, przebiegli razem ze mną kilkadziesiąt metrów i pomogli podkręcić tempo. Zgodnie z planem od tego momentu miałem powoli przyspieszać. Rozwiązałem worek z rezerwą mocy i wysypałem na stół wszystko co w nim zostało... Za wiele się z niego nie wysypało... 

 

Systematycznie mijałem kolejnych współbiegaczy. Na odcinkach osłoniętych od wiatru bez problemu osiągałem planowaną prędkość przelotową. Niestety zdecydowanie częściej musiałem zmagać się z podmuchami – i wtedy czułem narastającą irytację. Przeklinałem ten wiatr, i to wcale nie pod nosem. Z dużą determinacją wyrzucałem z siebie kolejne wulgaryzmy. To jest moje święto, a ktoś, lub może coś chce je mi zepsuć. Znowu zacząłem odliczać pojedyncze kilometry. „Wytrzymaj chociaż do 35., potem będzie już z górki” – motywowałem w myślach sam siebie. Zaakceptowałem to, że nie przyspieszę: „Trudno. Miał być negative split, a nie będzie. Nic to. Nie biorę przecież udziału w konkursie na najlepsze splity, tyko walczę o konkrety wynik. A ten jest już tak blisko” – klarowałem sobie swoją sytuację.

35. km. Jest Aga, jest napój i jest 21:25 (4:17). Zaczynam gubić się w obliczeniach. Jestem lekko przymulony. Tracę pewność, czy dam radę dobiec do mety, zanim na zegarze pojawi się trójka. Nie mam już żadnej mocy w zapasie. Wszystko co miałem w skarbonce poszło na walkę z wiatrem. Zaczynam lecieć na kredyt. Mijam kolejne kilometry, kontroluję czas na zegarku i nie mogę się połapać w jakim tempie mam, lub mogę biec, żeby zrobić wynik. Nie wiem. Wiem tylko, że powinienem cisnąć jakby jutra nie było. 

Tak jak do tej pory nieprzerwanie wyprzedzałem, tak teraz zdarza się, że to ja jestem wyprzedzany. Nie jest to miłe uczucie. Na 39 km. czeka na mnie z dopingiem mama, która wcześniej przebiegła swoją dychę (55:47), szybko się ogarnęła i ustawiła przy trasie maratonu. Wiedziałem że tam będzie, więc wypatrzyłem ją w tłumie kibiców i dałem tylko znak kciukiem, że nie odpuszczam i walczę. W tym momencie nadal nie wiem, czego mogę spodziewać się na mecie. Czekam na 40 km. – tam będzie dokładane oznakowanie odległości, więc będę mógł zorientować się jakim tempem muszę pokonać końcówkę. 

Cięgle wieje. Zaczynam systematyzować myśli: „umrę, ale jak będzie trzeba to ostanie 2 km zrobię po 4:00/km, do tego na ostatnie 195 metrów daję sobie minutę”. Wychodzi na to, że jeżeli na 40. km będę miał czas poniżej 2:51 to nadal mam szansę. Wreszcie jest Most Świętokrzyski i wreszcie jest 40. kilometr. Ciągle będąc w lekkim otumanieniu matematycznym patrzę na zegarek - jest 2:49:55. Mam minutę zapasu. To dobrze, bo czuję, że z dwóch opcji „umrę albo rozpędzę się do 4:00”, bardziej prawdopodobna byłaby ta pierwsza. Kalkuluję dalej – mogę sobie człapać po cztery i pół minuty i będzie w porządku. Wydaje mi się, że biegnę trochę szybciej, ale od czasu do czasu na zegarku pojawia się 4:30. Niepokój mnie nie opuszcza. Może zegarek przekłamuje… Czuję, że jestem na styk i muszę napierać do samego końca. 

Tuż przed długim finiszem ponowienie słyszę doping mojej mamy. Wszystko mnie boli, ale teraz daję z siebie absolutnie maxa. Jestem na ostatniej „prostej”. Nie widzę jeszcze mety. Regularnie spoglądam na zegarek. Nie wiem, czy jestem w biegowym raju, czy w biegowej d..pie. W końcu po przebiegnięciu lekkiego łuku moim oczom ukazuje się końcowa brama. Piękna, dostojna, bajkowa i oddalona ode mnie o… Bóg wie ile metrów. Kolejne spojrzenie na zegarek – 2:58:00. Na niebiosa – ile zostało do tej mety? 200, 400 metrów, może dalej?… Nie mam pojęcia. Staram się zidentyfikować jakiś charakterystyczny element otoczenia w połowie drogi, która została mi jeszcze do przebiegnięcia i sprawdzić czy dam radę dobiec tam poniżej minuty. Ciągle patrzę na zegarek. Nie wiem, czy teraz szybciej mija dystans pod nogami czy czas. Dociera do mnie ogromna wrzawa. Kibice hałasują, spiker coś krzyczy, w powierze strzelają obłoki dymu. Minęła minuta od ostatniej kontroli. Na wyświetlaczu pojawiło się 2:59. Znowu staram się wyliczyć dystans jaki pozostał mi do mety i… uzmysławiam sobie, że znajduje się ona już tylko kilka kroków przede mną. Oddalona jest o równo 12 sekund. Dopiero w tym momencie, na te 12 sekund przed ukończeniem maratonu, dotarło do mnie, że zrobię to, że dam radę, że tak samo jak Dennis Kimetto będę miał wynik z dwójką z przodu! 

 

 

Miły pan z obsługi wiesza medal na mojej szyi, składa mi gratulacje – to sympatyczne. Jest w tym sporo szczerości. Chyba widzi w moich oczach wielką radość i docenia to, że mam do niej powód. Uwalniają się wszystkie emocje. Ból miesza się z euforią. Satysfakcja ze wzruszeniem. Łzy napływają mi do oczu. Mam to! 2:59:12. Spełniłem swoje marzenie.

 

Czytaj więcej na blogu justRUN!.

Zobacz także