Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

29.11.2017 22:53

Depresja biegacza - wracam, tak myślę...

Tak, pół roku mnie nie było, długie pół roku. W ogóle pisałem z wielkimi niedoczasami, o zawodach, po dwóch tygodniach od ich zaliczenia... Tak zaliczenia, bo to co robiłem przez te pół roku nie mogę nazwać bieganiem. To była walka z samym sobą, z organizmem, z głową, która miała w dupie... wszystko. Ten tekst będzie, nawet nie wiem czym on będzie, spowiedzią, wyjaśnieniem, nie wiem sam. Wiem, że będzie chaotyczny, zdarzą się przekleństwa. Jak ich może nie być. W marcu umiera mi na raka dziadek, szok. Wszystko przestawia się na inne tory, jak może się nie przestawić. Już wcześniej się przestawiło, ale dopiero wtedy rzeczywistość dopada. Tak strzyga. Jak wyjść kiedy się nie chce. Każdy trening - trzeba się zmusić. Noga nie podaje, nie ma szans, żeby coś wychodziło. Nie mogłem się poddać, coś obiecałem. Zagryzłem zęby i wypełniłem cykl. Maraton w Kuks, na tym zakończyłem ostatni wpis. Najszczęśliwszy dzień, pomimo wszystko, pudło w maratonie, to był mój szczyt. Pierwszy raz  poleciały łzy na zawodach. Wiem komu to zawdzięczam, nie dobiegłbym do mety, paradoks ateisty - jego prośba została wysłuchana. I koniec, głowa przestała sobie radzić, zacząłem mieć na wszystko wyjebane. Dosłownie. Kolejne dni, treningi zawody, komu to potrzebne. Wahania nastroju, raz radość, a za chwilę ch*j bombki strzela i czar pryska. Kulam się od zawodów do zawodów, jest co raz gorzej. W czerwcu kolejna bomba, zostawia mnie dziewczyna. I już leżący jest skopany, zmięty, przeżuty, wypluty. To nie na moje nerwy, nokaut, pozamiatany. Wyniki krwi lecą w dół, początek anemii. Kolejny raz wywracam wszystko o 180 stopni, w gównie tkwię po usta, nie ruszam się by w nim nie utonąć. Wrocław mnie przytłacza, wcześniej to miasto dało się znieść, teraz nic mnie w nim nie trzyma. Ops, pardon studia, które muszę zrobić. Właśnie to jest to słowo - muszę, nie chcę. Uciekam w pracę, szukam by mieć jak najwięcej wolnego od biegania, wyszukuję jakieś z dupy wzięte wymówki, dzisiaj nie bo ciemno, jutro nie bo pada, później gówno w dupie mi zaczyna przeszkadzać. Browar, chipsy, chu*owe żarcie to moi nowi przyjaciele. Przebłysk próby nowego życia - couchsurfing w Pardubicach. Poznałem naprawdę zajebistych ludzi, z którymi kontakt mam do dzisiaj i będzie on zapewne trwać. Kolejny przebłysk - wyjazd na Mazowsze - to miejsce gdzie mogę choć trochę odżyć, robię rzeczy, których do tej pory nie robiłem. Zwiedzam na dwóch kółkach, jem, pije piwo. Dalej jednak tkwię w marazmie wspomnień  i umartwiania się na soba. Nijak nie daję rady poprzestawiać sobie nowych faktów w głowie. Żyję wspomnieniem i wyobrażeniem starego życia. Wiecie co jest najgorsze - jak sklejasz swoje życie i nagle roz*ierdala Ci się w drobny mak, a Ty siadasz i kleisz te skorupy jeszcze raz, a życie bejsbolem znowu na*... Tak mija mi kilka miesięcy. Ale...

Za każdym razem odżywam dopiero w Czechach, mieszkam tak blisko granicy, że nawet na rowerze mogę tam dojechać. To nowe miejsce, chcę się tam wyprowadzić, na nowo się tam narodzić. Jest tam wszystko czego szukam. Nie ma tego pędu, jest spokój, porządek. Nie ma takiej zawiści jak w Polsce. Tam nie muszę obawiać się swoich poglądów, że ktoś mi da w ryja. Tam uciekam, bo wiem że jest to mój kraj, a za parę miesięcy stanie się moim domem.

Dzień, który sprawił, że wziąłem się w garść? - 28.11.2017 - poszedłem na film "Najlepszy". Jeżeli gościu po 14 latach ćpania i katowania siebie potrafi wziąć się w garść, zewrzeć dupę i być tym pie*dolonym Mistrzem Świata to co ja kur*a nie ogarnę swojego życia? Dzisiaj zrobiłem pierwszy raz od dawna 10km bez zatrzymania, w tempie na granicy 5min/km. Mało, do dawnej formy dużo brakuje, ale sam fakt. Pierwszy raz od dawna rozciągnąłem się, sam z siebie bez zmuszania się. Może nie jakoś fenomenalnie, bo ścięgna rwały jak ja pier*olę, ale głowa chciała. Pierwszy raz zrobiłem 20 pompek, myślałem że się nie podniosę, ale podołałem wyzwaniu. A życie - cytując ten film - muszę jeszcze raz pójśc spisać sobie te wszystkie cytaty - "Ktoś kiedyś powiedział, żeby uważać na życie, bo może skończyć się śmiercią", a przecież ona jest tylko przystankiem na naszej drodze. A jak już wyjadę do Czech to hajla bajla - tego kwiatu jest pół światu. Jeżeli bohater filmu znalazł drugą kobietę, która wyciągnęła go z dołka to i ja znajdę. Jak to mówią warto wierzyć w coś może się to spełni. A ja mam cel, do którego dążę. Lepiej żebym go już nie zapomniał.  

Czytaj więcej na blogu Jeśli jutra by nie było....

Zobacz także

O autorze fenrir123

avatar

Cześć wszystkim, mam na imię Grzegorz i w pełni biegam od listopada 2014 roku. Wcześniej traktowałem tą dyscyplinę jako uzupełnienie treningu kolarstwa górskiego. 4 lata jazdy na rowerze to za dużo, czas było to zmienić. Żałuję tylko, że tak późno. Najbardziej lubię biegać po górach, gdzie mogę się ...