Szukajcie przyjaciela

Moja rada: nie myśl o wyniku, nie daj się ponieść
Pierwszy i na razie jedyny maraton biegłam rok temu w Poznaniu. Mnie także przygotowywał Wojtek Staszewski. Dostałam plan treningów na 12 tygodni. Zrealizowałam go w jakiś 30 procentach. Podbiegi jakoś znosiłam, ale skipy (wieloskoki) i interwały (szybkie odcinki) omijałam z daleka. Małe dziecko i praca dostarczały zbyt wielu wyzwań.

Żeby podkreślić, że nie idę na całość, nie kupiłam sobie nawet biegackiego zegarka. Jak wyobrażałam sobie maraton? Będzie ciężko, ale jakoś dotrę do mety, może trochę maszerując, to przecież tylko kilka godzin, a potem lata satysfakcji. Zacisnę zęby. Wątpliwości mnie dopadły, gdy na kilka tygodni przed startem biegłam na 25 km i dotarłam na metę chyba ostatnia z czasem 2:50. Czułam się koszmarnie. Nogi sztywne, opuchnięte kolana, ból kręgosłupa. Wtedy ostro wzięłam się do treningów. Ale było już trochę za późno. Przed wyjazdem do Poznania zapytałam Piotra Pacewicza o radę. "Zacznij wolno, przyspieszaj pod koniec. Obetnij paznokcie do zera, bo ci zejdą. Ubierz się tak, żeby nic cię nie obcierało, bo krew się z ciebie poleje. Plastry na sutki, bo..." - poprosiłam, żeby nie kończył. Przesadza, pomyślałam.

Do Poznania przyjechałam dzień wcześniej. Piłam jak smok, wieczorem przed biegiem zjadłam pizzę i spaghetti. Mało paliłam. Położyłam się wcześnie spać. Rano małe śniadanie. Na starcie skoczyła mi adrenalina. Biegłam szybko, pierwsze 20 km zdawało mi się, że jestem boginią. Między 20. a 30. km - zaczęłam słabnąć. Kolana bolały przy każdym kroku. Mijałam coraz więcej pielęgniarzy opatrujących kontuzjowanych. Płakałam, bo czułam, że ja też nie dobiegnę, że cały ten wysiłek na marne. I wtedy zdarzył się cud. Spotkałam na trasie przyjaciela. Myślę o nim "przyjaciel", chociaż nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej ani później. Tylko dzięki niemu dobiegłam, a nie miałam nawet okazji mu podziękować. Chwilę rozmawialiśmy. Kiedy zobaczył, jak mi ciężko, podawał wodę i banany. Cały czas do mnie mówił. Kiedy chciałam zrezygnować - skrzyczał mnie. Gdzieś koło 35. km zaczął mnie oszukiwać "za tym zakrętem jest meta", "jeszcze tylko 2 km" - i tak przez kolejne osiem. Dawałam się oszukać, czułam, że to mi dobrze robi. I tak aż do mety. A potem zniknął mi gdzieś w tłumie.

Moja rada: nie myśl o wyniku, nie daj się ponieść. I rozglądaj się wokół, może znajdziesz przyjaciela...