Poznań największy!

W 10. Poznań Maratonie wzięło udział ponad 5 tys. biegaczy, a do mety dotarło w wyznaczonym czasie nieco ponad 4 tys. To rekord Polski. Maraton Warszawski ukończyło w tym roku tylko nieco ponad 3 tys. zawodników.
- Wydaje mi się, że przeskoczyliśmy także maraton ateński. To ogromny sukces, że od dziesięciu lat za każdym razem organizujemy największy maraton w Polsce. Polska biega! A poznański maraton udaje się tak dobrze również dzięki współpracy z "Gazetą". Trudno by było zebrać taką kolumnę biegaczy bez waszego wsparcia. To nasza wspólna udana akcja - mówił po zakończeniu imprezy Janusz Rajewski , dyrektor Poznańskich Ośrodków Sportu i Rekreacji, organizatora 10. Poznań Maratonu.

Na starcie było dość chłodno, ale sucho. Wymarzona pogoda dla biegacza. Rozpadało się dopiero wtedy, gdy maraton kończyli ostatni zawodnicy, którzy przekroczyli limit sześciu godzin. Jakub Prochacki i Jakub Sybilski z powodów zdrowotnych nie przyjechali do Poznania.

Ale poza nimi cała "Gazetowa" drużyna par , ludzie z różnych stron Polski, którzy po raz pierwszy podjęli takie wyzwanie, dotarła do mety.

Pierwszy bieg ukończył trener drużyny Wojtek Staszewski z czasem 3:00.49. Zabrakło mu 50 sekund do złamania trzech godzin. Drugi był Piotr Pacewicz z życiówką 3:13.50, a chwilę po nim Piotr Sobiechowski z Brodnicy z czasem 3:21.

Wojtek Staszewski:

O minutę od szczęścia

To mój czterdziesty maraton. I najbardziej dramatyczny w moim życiu, bo walczyłem z kontuzją. Na 23 km kolano kazało mi lekko zwolnić, na 30 km dogoniła mnie grupa biegnąca na 3 h, na 33 km kolano kazało już bardzo zwolnić, a potem na 36 km pozwoliło mi biec i gonić grupę. Od 30 km myślałem wyłącznie w kategoriach zwycięstwa i porażki. Permanentna walka - raz wygrywałem ze sobą, raz przegrywałem. Coś było fajnego w tym ściganiu siebie. W końcu to najbardziej emocjonująca walka, jaka może się przytrafić. Udało mi się odrobić dwie minuty straty, ale jednej do szczęścia zabrakło. Wiem, że to nie moja wina, że nie miałem na to wpływu. No cóż, jestem trochę skacowany, ale nie zawsze się wygrywa.

Piotr Pacewicz:

Lot po rekord i buziak na mecie

Pobiłem życiówkę i pokazałem figę swojej metryce, ale sam bieg - aż wstyd się przyznać - był łatwy. Żadnych dramatycznych przeżyć nie miałem. Najtrudniej było gdzieś koło 20 km. Zaczęły boleć nogi, myślałem, że zejdę z trasy. Ale szybko minęło i rozbiegałem się. Od 30 km biegłem zdziwiony, że nic mi nie jest, że mogę przyspieszać, że kilometry mijają bardzo szybko. W Poznaniu jest zresztą fantastyczna trasa - lekko falista i piękna końcówka, z górki, więc się leci. Po drodze ścignęły mnie trzy kobiety. Nie ma większej frajdy. Spotkałem też parę ze Szczecina, która przerodziła się w trójkę - dołączył do nich kolega. A najlepsza okazała się dziewczyna!

Na 40 km wyprzedziłem mężczyznę mniej więcej w moim wieku, jak się później okazało - rolnika. Na mecie tłumaczył, że dał się wyprzedzić, bo dzień wcześniej miał zbiór jabłek. "A po cholerę zbierałem, skoro w skupie dają tylko po 15 gr za kilo?!" - mówił.

Wiele osób na trasie twierdziło, że zdecydowali się na maraton dzięki akcji "Para na maraton". Że to ich przekonało, że każdy może przebiec. Na mecie podeszła do mnie dziewczyna i dała mi buziaka. Pytam, czy się znamy. A ona, że też jest feministką, że przeczytała mój tekst o tym, że bieganie jest dobre dla kobiet i postanowiła wziąć udział w maratonie. Mąż jej mówił, że nie ma szans na złamanie czterech godzin. To ją wkurzyło i zmobilizowało. Pobiegła 3:42. Genialna!