Biegnij, Pia! - jak biliśmy w Warszawie rekord Libanu

Krzyczę łamanym angielskim: "Wind! Go to my back", i wyskakuję przed Pię, żeby ją osłaniać. Atakujemy rekord Libanu! - relacja Wojciecha Staszewskiego, dziennikarza "Gazety Wyborczej", który podczas warszawskiego półmaratonu pomagał biegaczce z Libanu pobić rekord jej kraju.
Stajemy na linii startu w pierwszym rzędzie, ja - szpetny czterdziestoletni, za mną Maria Pia Nehme, najlepsza biegaczka Libanu. 27 lat, uroda bliskowschodniej księżniczki i poważne spojrzenie czarnych oczu. Chce w Warszawie pobić własny rekord kraju w półmaratonie - 1 godzina, 23 minuty, 5 sekund. Mam jej pomóc, bo mój rekord życiowy jest o 4 minuty lepszy.

29 marca, pierwszy naprawdę wiosenny dzień w Warszawie. Pia rano zjada jajko na miękko i płatki na mleku. Pije więcej niż trzeba, by zaspokoić pragnienie. Już w przeddzień biegu - trzy litry wody plus napoje izotoniczne.

Start - Go!

Mój numer to 22. Kiedy Pia w piątek przyleciała do Polski, pokazałem jej na palcach: dwa palce ułożone w literę V, to ma być jej victoria.

Mam zacząć wolniej, w tempie kilometr w równe 4 min. Pia za moimi plecami ma chronić się od wiatru. Gdyby było za szybko, krzyknie, bym zwolnił.

Strzał, cztery tysiące ludzi rusza z kopyta. Po kilkunastu krokach słyszę za sobą: "Wojtek!". Przesadziłem z tempem.

Pia to włoskie imię, po ciotce z Chile. Matka Pii jest Kanadyjką. Ojciec - Libańczyk - studiował w Kanadzie medycynę, wrócił do Bejrutu z dyplomem i żoną.

Mama pracuje teraz w bejruckim szpitalu, jest dietetykiem. Ojciec został chirurgiem-laryngologiem. Starszy brat Pii - lekarzem w Kanadzie, drugi - finansistą w Paryżu. Pia skończyła biologię i postanowiła zostać w Libanie. Pracuje w ochronie środowiska.

- Jestem chrześcijanką, ale to nie jest tak ważne. Mamy w kraju 17 religii, Liban to bardzo otwarty kraj.

5 km - Wind

Tłum się rozciąga. Pia woli biec obok, ale skoro jestem pacemakerem, staram się być pół kroku przed. Efekt - biegniemy za szybko, kolejne kilometry w 3.54-3.55. Tak miało być dopiero po połowie. Zbyt szybki start zwykle się mści.

Na Świętokrzyskiej przytrzymuje nas powiew wiatru. Krzyczę łamanym angielskim: "Wind! Go to my back", i wyskakuję, żeby ją osłaniać. Zwalniam. Ale na Marszałkowskiej Pia znów jest obok i tempo rośnie. Na moście Gdańskim nawet do 3.51 na kilometr.

Bicie rekordu Libanu zaproponował mi dyrektor Fundacji Maraton Warszawski Marek Tronina. Sam startował w maratonie w Bejrucie. Zobaczył, jak miasto, które znamy z migawek o Hamasie, żyje sportem.

- Na głównej promenadzie ludzie grają w miejscowego tenisa, jeżdżą na rolkach, biegają. Kobiety? Sporo, niektóre w spodenkach i koszulkach, inne w dresach i chustach. Ale wyczyn dopiero się zaczyna, okupacja syryjska skończyła się dopiero cztery lata temu.

Pia nie pamięta z dzieciństwa ani syryjskich wojsk, ani 15-letniej wojny domowej między muzułmanami i chrześcijanami.

- Dorastałam w szczęśliwej rodzinie. Razem uprawialiśmy sport - pływanie, rower, tenis, od kiedy pamiętam. Na narty jedzie się samochodem z Bejrutu pół godziny. Takie "spring ski", gorąco, jeździ się w T-shirtach. Od tych białych wzgórz wzięła się nazwa Libanu. To piękny kraj.

Najpopularniejsza jest koszykówka. Bieganie? Też, coraz bardziej.

10 km - Water

Most Świętokrzyski, znów wiatr, wyskakuję przed Pię. Połowa dystansu - tylko 7 sekund lepiej niż planowane. Co powiedzieć na mecie, jeśli Pia nie poprawi rekordu? You have done all your best. W porządku, Pia, next time.

Punkt z wodą. Trzeba pić, żeby nie odwodnić organizmu. Czy woda to water czy the water? - I'll catch water for you - biorę kubeczek dla Pii.

Właściwie nie powinienem, bo korzystanie z "zewnętrznej pomocy" jest zakazane. Trener publicysta Jerzy Skarżyński opisuje, jak w 1991 r. na maratonie w Cleveland do prowadzącej rosyjskiej zawodniczki dołączył się Rosjanin, który odpadł od czołówki. Podawał jej wodę na punktach. Rosjanka wygrała, ale została zdyskwalifikowana. Straciła 15 tys. dol.

Ale przepis jest absurdalny, mnóstwo biegaczy ma na trasie pomocników. Przed biegiem wysyłam SMS-a do Troniny, czy mogę jej podawać picie. Dyrektor maratonu bagatelizuje sprawę.

Pia startowała w reprezentacji szkoły. Po studiach biegała ot tak sobie, dwa razy w tygodniu z i-Podem.

Aż trzy lata temu 55-letni przyjaciel ojca pobiegł półmaraton.

- Pomyślałam, że ja też mogę. Byłam druga wśród kobiet, a to był bieg na 2 km, trasa górzysta.

Miesiąc później wygrała maraton w Bejrucie. - I zwariowałam na punkcie biegania. Zaczęłam ćwiczyć naprawdę. Mam sześć rekordów Libanu. Sponsoruje mnie Nike i Bejrut Marathon Organisation, zarabiam lepiej niż w biurze. Ale ludzie nie traktują tego poważnie. "Co robisz w życiu? Biegam. OK, ale co robisz? No, biegam. Ale czym się zajmujesz? OK, niczym".

Poszłam nawet na studia MBA. Ale kiedyś zostanę trenerem.

Ze swoim starym trenerem rozstała się niedawno.

- Był zbyt dominujący. Nie żeby jakiś konserwatysta, ortodoks, po prostu chciał mną rządzić. Kazał wstawać o piątej, dyktował, kiedy mogę wyjść z domu, nie słuchał, że jestem przetrenowana.

Nowy trener, Włoch, jest też menedżerem Etiopczyków. Teraz Pia biega 80-90 km tygodniowo. Najchętniej w lesie, w górach, na wysokości 800 m n.p.m. Niedzielne wybieganie - 25 km po autostradzie.

Ojciec Pii, 62-latek zaraził się od córki. Trenuje trzy-cztery razy w tygodniu, "dychę" robi w 58 min. 20 minut wolniej od córki.

15 km - Give up

Od półmetka Pia zaczyna dyszeć i już biegnie za mną, ale trzymamy tempo na rekord - kilometr w 3.57. Do mety już tylko 2-3 km.

Tu jest jedyny podbieg - długa, stroma ul. Sanguszki. Jak jest po angielsku "Nie poddawaj się"? Dopiero po biegu zaczyna mi grać w głowie piosenka "Don't give up".

Połowa podbiegu. Pia się poddaje. Traci rytm i sekundy, wiele sekund. "Go, I believe" - mobilizuję. Ale rekord Libanu odskakuje jak pędzący wielbłąd.

Ostrzegałem Pię przed tym podbiegiem. Bagatelizowała: - W Bejrucie są same wzgórza.

Wcześniej opowiadała: - Nie ma u nas świateł dla pieszych i trzeba przebiegać przez ulicę. Życie nocne jest bujne, ludzie na ulicach, ciepło. Wam w telewizji pokazują tylko wojnę.

Na pamiątkę ostrzału z lat 1989-90 zostawiono kilka ruin. - Na trasie mijam trzy: po 4-5 pięter, puste okna, nikt nie mieszka.

Pytam o wojnę 2008 r., ostrzał przedmieść Bejrutu. - Żyliśmy normalnie. Ludzie chodzili do pracy, wieczorem do pubów. Ja pojechałam w góry trenować do maratonu w Berlinie. Ale złapałam kontuzję łydki. Trzy tygodnie ćwiczyłam ze łzami w oczach, nie dałam rady.

Wróciła do biegania w styczniu. O miesiąc za późno, żeby przygotować się na Warszawę.

21,1 km - Catch me

Finiszujemy na Krakowskim Przedmieściu. - Goń go! - krzyczy do Pii kibic. Wołam: "Catch me". Na metę wpadamy w 1.24:02. Zabrakło 57 sekund. Średnio na kilometrze - po 3 sekundy za wolno.

Pia jest 9. wśród 565 kobiet. Ja 131 wśród 3377 mężczyzn.

"Have you done all your best?" - zagaduję.

Ale Pia jest już myślami w Londynie.

Najpierw jednak w Bejrucie, zobaczy się na chwilę z chłopakiem, Eliasem, który jest trenerem w fitness clubie. Potem obóz wysokogórski w Etiopii, by rozmnożyć czerwone krwinki i podnieść poziom hemoglobiny. Poprawia to transport tlenu do komórek. Jak się prosto z gór zjedzie na zawody - efekt murowany.

26 kwietnia Maria Pia Nehme wystartuje w największym maratonie świata w Londynie. Warszawska "połówka" była tylko trampoliną do najważniejszego startu. Bo maratończyk trenuje cały rok, żeby raz-dwa razy zawalczyć o całą pulę.

Chce w Anglii pobić własny rekord Libanu - 3:09.06.

- Chciałabym pobiec 2:55-2:56. Ale żeby dostać nominację na igrzyska w Londynie w 2012, muszę złamać 2:42.

Marek Tronina: - To kraj po wojnie. Jeśli Pia pojedzie na olimpiadę, to cały Liban będzie się cieszył. Tak jak Polska szalała ze szczęścia, kiedy w 1948 r. przywieźliśmy z igrzysk (też w Londynie) jeden medal.

A ja jeszcze raz się z nią pościgam. 26 kwietnia, kiedy Pia będzie walczyła w Londynie, mam najważniejszy start wiosny - maraton w Krakowie.