Facetom rosną piersi

Chodzą na siłownię, chcą mieć sylwetkę prawdziwego mężczyzny i stają się impotentami. Rozmowa z lekarzami o dopingu, sercu i mięśniach
Biegam - czy jestem bardziej narażony na zawał?

- Zawał może się przydarzyć każdemu. O słodkiej śmierci u mężczyzn pan słyszał? Mają zaburzenia erekcji i zamiast iść do lekarza - bo to może być oznaka miażdżycy - szukają potwierdzenia męskości w nieformalnych związkach. I giną z powodu zawału w trakcie aktu seksualnego.

Niemcy podczas mistrzostw świata w piłce nożnej wzięli statystykę z pogotowia. Okazało się, że znacznie więcej ludzi ma zawał podczas oglądania meczów, niż kiedy uprawiają sport.

Ruch jest życiem. Spójrzmy na nogi: wystarczy unieruchomić kończynę i mięśnie zaczną zanikać. Nawet po dwóch-trzech tygodniach. A odbudowa trwa miesiącami.

Sport to samo zdrowie? Spójrzmy na siłownię...

- Na forach kulturystycznych mężczyźni piszą: "Niestety nie mogę już współżyć z kobietą". Stają się impotentami przez steroidy. Dzwonią do nas, proszą o pomoc, odsyłamy ich do endokrynologów. Potem dziękują, ale mówią, że proces powrotu do normalności trwał dwa lata, pięć lat.

U kobiet zaburzenia cyklu miesiączkowego aż do zatrzymania. Zanik gruczołów sutkowych, przerost łechtaczki, owłosienie typu męskiego.

Co jeszcze u mężczyzn?

- Ginekomastia - mężczyznom powiększają się piersi. Dla faceta, który chodził na siłownię, bo chciał mieć sylwetkę prawdziwego mężczyzny, to jednak problem, nieprawdaż?

Na forach oczywiście pojawiają się informacje, co brać, żeby zmniejszyć ryzyko ginekomastii. Ale to błędne koło. Bo jeśli ktoś stosuje testosteron, organizm się broni i przestaje produkować własny. Więc trzeba dostarczać testosteron z zewnątrz. Często to zmiany nieodwracalne.

Jak to "nieodwracalne"?

- Zaburzenia wydzielania plemników i zanik jąder. To samo jest z łysieniem...

To "karki" są łysi przez sterydy?

- To jeden z efektów niepożądanych. Jest ich więcej: zaburzenia psychiczne, agresywność, zaburzenia osobowości, euforia, psychozy, choroby wątroby, obrzęki, przerost gruczołu krokowego, zmiany skórne, czyli tzw. trądzik steroidowy. I śmiertelne zagrożenia dla układu krążenia. Wystarczy?

Jak zabijają sterydy?

- W nienaturalny sposób rozrasta się mięsień sercowy. A to grozi zawałem i nagłą śmiercią sercową. Badaliśmy kilka przypadków zgonów młodych zawodników. Mieli po 16-21 lat. Rano się nie obudzili albo zmarli w trakcie treningu.

Co trenowali?

- Podnoszenie ciężarów, kulturystyka, piłka. Nazwisk nie dostajemy, tylko informację, że miał 18 lat, mama znalazła go rano i już nie żył.

Okazywało się, że wszyscy stosowali steroidy anaboliczno-androgenne. Od kilku tygodni do dziesięciu lat.

Kilku brało dehydroepiandrosteron. To przerażające, bo to substancja reklamowana m.in. przed wiadomościami sportowymi jako preparat, który przedłuża młodość. A to steroid - więc stosowany w nadmiarze może powodować przerost serca.

Ale Mariusz Pudzianowski żyje. I co?

- Nie mamy powodu sądzić, żeby pan Mariusz Pudzianowski stosował steroidy anaboliczno-androgenne albo inne środki dopingujące.

Strongmani stosują, to oczywiste. Tam doping nie jest zakazany.

- Takie związki nie zabijają każdego i natychmiast. Proszę pamiętać o systemie państwowego dopingu w NRD (po niemiecku DDR, co złośliwie tłumaczono jako Deutsche Doping Republik). Pamiętam, jak przeżywałem porażkę Jacka Wszoły z Gerdem Wessigiem w 1980 roku Moskwie, a w latach 90. znalazłem Wessiga na liście zawodników, którzy dostawali wykorzystywany w sporcie Oral-Turinabol. Ale większość z tych ludzi żyje, choć niektóre kobiety musiały zmienić płeć, bo były już tak zmaskulinizowane. To tragedie, które wciąż trwają.

Nie twierdzimy: jeżeli bierzesz steroidy, to zaraz umrzesz. Na siłowni by nas wyśmiali. Ale ostrzegamy, że konsekwencje mogą być różne.

Odżywki białkowe są bezpieczne?

- Kupując odżywkę, nie wiemy tak naprawdę, co w niej jest. Zdarza się, że w aminokwasowych odżywkach, które mają budować rzeźbę, znajdowano steroidy anaboliczne. Pewnie producenci wymyślili, żeby tak zwiększyć skuteczność swoich preparatów. A amatorzy - do których są one kierowane - cieszą się z błyskawicznych efektów.

W badaniach prowadzonych przez laboratoria antydopingowe w latach 2001-2002 stwierdzono, że 15 proc. odżywek na świecie jest zanieczyszczonych. Dotyczy to nie tylko odżywek

białkowych, ale też preparatów zawierających multiwitaminę, magnez, witaminę C, które można kupić w supermarketach.

Na tym polega głośny teraz przypadek reprezentacyjnego piłkarza Jakuba Wawrzyniaka?

- Tak, producenci czasem używają substancji wycofanych z lecznictwa, stosując przy tym mylące nazwy. Zawodnik może w dobrej wierze przyjmować tzw. spalacz tłuszczu. A WADA zakwalifikowała go jako "związek o podobnej budowie i działaniu" do środków niedozwolonych.

Zawodowcy nigdy nie wiedzą, co biorą?

- Różnie. Słynna była wpadka naszych ciężarowców kilkanaście lat temu. Sądzili, że kupili hormon wzrostu na bazie ludzkich przysadek mózgowych - czyli wyciąg ze zwłok. Wtedy niewykrywalny. A to było HCG, gonadotropina łożyskowa, hormon występujący u kobiet w ciąży pobudzający produkcję testosteronu - i wpadli.

Mówi się, że sterydy zwiększają agresywność. Tak?

- W 2001 roku zostaliśmy poproszeni o przeanalizowanie próbek pobranych od dwóch młodych chłopców, którzy zabili matkę jednego z nich. Stwierdziliśmy, że stosowali steroidy anaboliczno-androgenne i marihuanę. Sąd orzekł, że prawdopodobnie używanie steroidów wpłynęło na zwiększenie ich agresywności.

Marihuana też jest zabroniona. Dlaczego, skoro sport wymaga spięcia, a nie rozluźnienia?

- W downhillu, snowboardzie, narciarstwie marihuana może pomóc, bo obniża poziom lęku. Używają jej też sportowcy, którzy mają problem ze stresem, regeneracją między zawodami.

Z narkotyków często stosowane są też stymulanty, np. amfetamina. One są zabronione na zawodach, ale poza zawodami już nie. Dopingowicze w czasie przygotowań i selekcji uzyskują niedozwoloną przewagę nad rywalami z reprezentacji i to oni jadą - już czyści - na zawody.

To przypuszczenia czy naprawdę tak się dzieje?

- W zeszłym roku na zawodach z pewnej dyscypliny mieliśmy jedną próbkę z amfetaminą, a poza zawodami - cztery.

Niedawno startowałem w maratonie. Co by było, gdybym wypił znany syrop na gardło na literę T.?

- Miałby pan pozytywny wynik badania antydopingowego, gdyby je u pana przeprowadzono, bo w tym syropie jest efedryna. Dopuszczalny limit to 10 mikrogramów na mililitr w moczu. Wysoki, bo efedryna występuje też w preparatach, które można kupić bez recepty, np. herbatkach pobudzających. A nikt nie chce pozbawiać sportowców normalnego jedzenia i picia. Tylko stosowanie efedryny tuż przed zawodami niesie ryzyko przekroczenia limitu, bo wskutek odwodnienia organizmu mocz jest zagęszczony.

A jaki byłby efekt dopingu syropem?

- Efedryna m.in. hamuje działanie monoaminoksydazy, czyli enzymu, który rozkłada noradrenalinę. W konsekwencji mamy więcej noradrenaliny - hormonu walki. Jesteśmy pobudzeni do wysiłku ponad siły.

Co w tym szkodliwego?

- Objawy niepożądane są podobne jak przy innych stymulantach: nerwowość, rozdrażnienie, bezsenność, zaburzenia rytmu serca, nadciśnienie tętnicze, zaburzenia łaknienia, zaburzenia orientacji, omamy, zapalenie mięśni. Dawki większe niż lecznicze mogą wywołać drgawki, a po długotrwałym przyjmowaniu - wzrost agresywności i zaburzenia o charakterze psychozy schizofrenicznej.

Na biegu na 10 km w Warszawie dwa lata temu pół kilometra przed metą jeden z zawodników zaczął odpływać. Położyliśmy go, wezwaliśmy karetkę. Podobno brał guaranę. To też stymulant?

- To kofeina pochodzenia naturalnego. Ma mniejszy efekt stymulujący, ale czas działania jest wydłużony. To zasłabnięcie nie musiało być jednak związane z guaraną. Gorsze jest odwodnienie organizmu. To z odwodnienia umarł Filippides, legendarny maratończyk z 490 r. p.n.e. - dostał prawdopodobnie udaru mózgu.

Nie ma pan wyrzutów sumienia, namawiając ludzi do ruchu? Ktoś zacznie biegać i umrze.

- Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym do tego nie namawiał. Więcej będzie zawałów wśród ludzi niebiegających niż wśród biegaczy. A dzieci ważyłyby po 100 kilo i miałyby cukrzycę.

Wyrzuty sumienia miałbym, gdyby ktoś oświadczył, że chce pobiec maraton, ale go pobolewa serce, a ja bym mu powiedział: "Nie przejmuj się, biegnij" - i on by zmarł.

Przychodzą tacy?

- Po zgonie Kamili Skolimowskiej mam dwa razy więcej pacjentów, którzy ruszają się, biegają, ale chcą się przebadać, żeby poczuć się bezpieczniej. To dobrze, bo u niektórych okazało się, że mają nadciśnienie, to wymaga leczenia. Ale ustawienie leków pozwala wrócić do sportu.

A czy Kamilę Skolimowską zabił sport?

- Nie.

Ale czy wpływ miała dyscyplina, jaką uprawiała?

- Żeby osiągać sukcesy w rzucie młotem, trzeba dużo ważyć. A nadwaga zwiększa ryzyko powstania zatoru płucnego. Tak jak podróże samolotem, kiedy człowiek jest długo unieruchomiony. Amerykanie opublikowali w "Lancecie" wyniki badań, jak upowszechnienie podróży lotniczych zwiększyło przypadki zatorowości płucnej. Jest wielu lekarzy, którzy zażywają leki przeciw krzepnięciu podczas lotów transatlantyckich.

Czyli umarła raczej przez nadwagę i latanie samolotem niż przez sport?

- Raczej tak. Jak ktoś ma nadwagę lub otyłość i nie uprawia sportu, to prawdopodobieństwo powstania zatoru jest jeszcze większe. U Kamili doszła jeszcze zapewne genetycznie uwarunkowana nadkrzepliwość.

Śmierć Kamili wielu ludziom skojarzyła się z dopingiem.

- Absolutnie tego nie wiążemy. Sportowcy z najwyższej półki są badani po kilkanaście razy rocznie - przez narodowe agencje, przez konsorcja działające na zlecenie Światowej Agencji Antydopingowej. Międzynarodowe federacje sportowe mają tzw. lotne brygady, więc Kamila z pewnością była badana przez kontrolerów IAAF.

Nie przesadzacie trochę z tymi kontrolami?

- Te kontrole ratują im życie! Gdybyśmy tego nie kontrolowali, mielibyśmy zgony niemal na każdym wyścigu.

Walka z dopingiem na dobre zaczęła się od kolarstwa. Kontrole antydopingowe wprowadzono, gdy Duńczyk Knut Jensen umarł w wyścigu na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku, a potem okazało się, że brał ronikol i amfetaminę. Jensenowi, mówiąc trywialnie, mózg się zagotował. Amfetamina zaburza ośrodek termoregulacji - jeśli dodamy do tego wysiłek, przegrzanie, to następuje zapaść i w efekcie zgon.

Dziś w kolarstwie i lekkoatletyce walczy się głównie z erytropoetyną.

- I to już trzeciej generacji. Ten środek podnosi liczbę czerwonych krwinek, przez co dotlenia mięśnie. Wprowadzono go na listę 20 lat temu, gdy dziennikarz Reutersa Andrew Warner udokumentował związek 18 zgonów kolarzy z Europy w latach 1987-97 ze stosowaniem EPO.

Już w latach 80. wiedzieliśmy, że erytropoetyna jest nadużywana, ale dopiero od igrzysk w Sydney w 2000 roku potrafimy odróżnić erytropoetynę dostarczaną z zewnątrz od naturalnej.

Jak zabija EPO?

- Wzrasta liczba czerwonych krwinek, a co za tym idzie lepkość krwi. To prowadzi do zakrzepów i zatorów. Zwłaszcza gdy przy wysiłku sportowiec jest odwodniony, co jeszcze zagęszcza krew.

Zaraz się to komuś skojarzy z Kamilą...

- W jej dyscyplinie stymulacja EPO nie miałaby sensu. Bo to poprawia wytrzymałość, a nie siłę.

A czy jakieś choroby serca rozwijają się przez sport?

- Nie ma na to dowodów. Nie ma sportów, które jednoznacznie uszkadzają serce. Sport tylko przystosowuje je do ciężkich wysiłków, mamy taki termin - serce sportowca. Są natomiast choroby, które uszkadzają serce. Wtedy nie można uprawiać sportu.

To podam panu kilka przypadków. Rozmawiałem z rodzicami Bartka Bereszyńskiego - miał 16 lat, grał w piłkę w Groclinie Grodzisk Wielkopolski. Trzy lata temu zemdlał podczas meczu. Wysłali go na badania do kliniki w Poznaniu, miał pół roku przerwy. Ale w badaniach nic nie wychodziło, lekarz dał mu zgodę na uprawianie sportu i chłopak na pierwszym meczu umarł. Sekcja niczego nie wykazała.

- Trudna sprawa. Mógł mieć tzw. kanałopatię, to bardzo rzadka choroba uwarunkowana genetycznie, która powoduje zaburzenia w przepływie jonów w obrębie komórek mięśnia sercowego i może wywołać zaburzenia rytmu.

Nie da się tego stwierdzić?

- EKG może to wskazywać, ale tylko pośrednio.

Mógł też mieć coś, co się nazywa wstrząśnieniem serca. W Stanach opisują takie przypadki - giną młodzi sportowcy wskutek uderzenia w klatkę piersiową szybko lecącym przedmiotem: krążkiem hokejowym, piłką baseballową, także futbolową. Jeśli uderzenie następuje w określonej fazie cyklu serca, wywołuje migotanie komór.

Hokeiści od dawna się przed tym strzegą plastikowymi pancerzami. W baseballu też zmniejszono wagę piłek, wzmocniono stroje.

Miałoby się to przydarzyć Bartkowi dwa razy z rzędu? Wstrząśnienie serca zdarzyło się raczej w 2005 roku w Łodzi, kiedy na turnieju taekwondo zginął zawodnik i przyczyny nie ustalono.

- Z tego, co wiem, tam było tak, jakby w boksie przeciw mistrzowi świata wystawić mistrza powiatu. Inny poziom przygotowania, inny gorset mięśniowy. Śmiertelne uderzenie spowodowało bardzo gwałtowne przemieszczenie kręgosłupa szyjnego do przodu. Nastąpiło zerwanie tętnicy kręgowej.

Czyli sporty walki nie są takie bezpieczne.

- Bardziej niebezpieczne jest - upraszczając sprawę - jedzenie schabowego albo palenie papierosów. Bo prowadzi do miażdżycy i zawałów. Słyszałem tylko o kilku zgonach na macie, pozostałe to wstrząśnienie serca. A wielokrotnie słyszałem o ludziach, którzy na przyjęciu spożyli 10 tys. kalorii, od dawna mieli cukrzycę, nieleczone nadciśnienie i w nocy umarli z powodu zawału.

Mówi się, że bardzo zdrowe jest bieganie. To, co pan powie o śmierci Piotra Sękowskiego w 2004 roku? Miał 37 lat, świetny maratończyk (2:15), jego koledzy mówili mi, że harował jak wół, biegał po 50 kilometrów dziennie. Tydzień przed śmiercią zajął piąte miejsce w biegu na 100 km w Winschoten. Umarł w nocy na zawał. Dlaczego?

- Zapewne miał miażdżycę tętnic wieńcowych. Czynników ryzyka miażdżycy jest wiele, m.in. nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, zaburzenia lipidowe, palenie papierosów, nadkrzepliwość, zmiany struktury naczyniowej, zapalenie naczynia.

Zawał to sytuacja, że któreś z naczyń wieńcowych zamyka się i do pewnego obszaru nie dopływa krew. Tak powstaje martwica i to może wywołać migotanie komór - z tego powodu pacjenci giną w zawale.

Czy to się stało przez sport?

- Dlaczego? Mógł mieć zaburzenia jonowe, niedobór potasu, bardzo ciężki niedobór magnezu. Ale nie sądzę, żeby przy takim poziomie sportowym nie uzupełniał minerałów. To raczej tzw. nieunikniona rzadkość.

W dużych biegach maratońskich - wśród 20-30 tys. biegaczy - często ktoś umiera. Czy to nie straszne?

- Statystyka mówi, że kiedyś jedna na 50 tys. osób uczestniczących w maratonie miała ciężkie powikłania sercowe często zakończone śmiercią. Dziś jedna na 200 tys. Poprawiło się to, bo na trasie maratonu są defibrylatory - do zawału dochodzi, ale ludzi można uratować.

Kiedy należy się zatrzymać w biegu?

- Jeśli jest inaczej niż do tej pory. Zmęczenie, zadyszka, ból mięśni - to wszystko jest wpisane w walkę. A ból wieńcowy poprzedzający zawał to pojawiające się za mostkiem gniecenie, rozrywanie, pieczenie, dławienie, ucisk promieniujący do żuchwy, do barku. W spoczynku lub po zażyciu nitrogliceryny zwykle ustępuje.

Każdy sport jest tak samo zdrowy?

- Sporty statyczne - jak ćwiczenia na siłowni - które na krótko uruchamiają duże grupy mięśni, są dla serca mniej zdrowe. Serce, przystosowując się do skoków ciśnienia, ulega koncentrycznemu przerostowi. Powiększa się "do środka".

W sportach dynamicznych - jak bieganie, pływanie, rower - przebudowane serce zachowuje proporcje. Mówi się wtedy "serce jak dzwon".

A mimo to mój kolega uważa, że sportowcy powinni płacić wyższą składkę zdrowotną. Choćby dlatego, że częściej ulegają urazom.

- W pewnym sensie to racja. Ci, co jadą na narty, często wykupują dodatkowe ubezpieczenie "ski". Ale narciarze to szczególna grupa. Wielu z nich w zimie wstaje zza biurka, wsiada w mercedesy

albo samoloty i leci na narty do Chamonix. Mięśnie mają słabe, niewytrenowane - stąd kontuzje.

Na stokach w Alpach najniebezpieczniejsze są godziny popołudniowe. Jak się zjechało kiedyś z Kasprowego i trzeba było czekać godzinę w kolejce, to mięśnie odpoczęły. A w Alpach pan w kółko wyjeżdża i zjeżdża. Mięśnie nie zdążą wypocząć i po południu przestają stabilizować i chronić staw kolanowy. Wtedy łatwo o kontuzję.

Co narciarze powinni robić?

- Odpoczywać, zrobić sobie przerwę na szaszłyk. A przynajmniej od jesieni biegać, jeździć na rowerze, ćwiczyć przysiady. Są teraz drgające platformy, które kapitalnie ćwiczą mięśnie. Albo sesje przygotowawcze do nart w klubach fitness.

Jakie sporty poza nartami są urazowe?

- Sporty kontaktowe - jak piłka nożna, piłka ręczna. Ale jeszcze bardziej tak eleganckie sporty jak tenis czy squash. Tam są szybkie starty, krótkie podbiegi, ostre hamowania. Wystarczy krzywo postawić nogę, żeby nastąpił uraz stawu skokowego albo kolanowego.

Czyli tenisista powinien wzmocnić mięśnie?

- Ale zawsze zostanie słaby punkt - przyczep mięśnia do kości. Przy odpowiednim ćwiczeniu z cienkiego mięśnia możemy zrobić wielki, gruby jak u kulturysty. Jeśli ma 5 cm przekroju, możemy go rozbudować do 15 cm. Ale przyczep, który miał 1 cm, taki pozostanie. Tyle że siła szarpania będzie wielokrotnie większa i przyczep będzie narażony na mikrourazy. A to ból, dolegliwości i rezygnacja.

Można się przed tym zabezpieczyć? Rozciąganie po treningu?

- Mądre rozciąganie zmniejsza ryzyko wystąpienia dolegliwości. Bo w czasie treningu tkanki są obrzęknięte, stwardniałe.

Dobre jest chłodzenie przeciążonych miejsc lodem albo zmrożonym woreczkiem żelowym, to zmniejsza metabolizm po wysiłku. Ostatni krzyk mody to kriokomora - wejście do minus 120 stopni na 2 minuty leczy wszystko.

Przy naderwaniach od jakichś trzech lat stosuje się leczenie tzw. czynnikiem wzrostu, czyli pewną grupą leukocytów wyizolowanych z krwi pacjenta. Pod kontrolą USG ostrzykuje się chore miejsca i to wielokrotnie przyspiesza gojenie.

Pewnie to bardzo drogie i dostępne tylko dla profesjonalistów?

- Nie, taki zabieg kosztuje 2,5 tys. złotych.

Profesjonaliści stosują blokady - np. biegacz Marek Plawgo przed olimpiadą w Pekinie, skoczek Grzegorz Sposób przed olimpiadą w Atenach.

- To zwykłe wyłączenie bólu. Albo krótko przed startem za pomocą leku przeciwbólowego,

albo kilka tygodni wcześniej za pomocą sterydów działających przeciwzapalnie, które się podaje w miejsca bolesne. Trzeba wtedy napisać protokół do WADA, bo to sterydy, które są wykrywalne w kontroli antydopingowej.

Kiedy można stosować blokadę?

- Jeśli wyłączenie bólu nie zagraża, że kontuzja się pogłębi. Normalnie ból jest adwokatem. Jak boli, to znaczy, że coś się tam dzieje. A jak nie boli, to się człowiek przestaje oszczędzać. I mięsień, więzadło, przyczep ścięgna może się dodatkowo uszkodzić.

To banał medyczny. Moi pacjenci zdobyli parę medali na tzw. blokadach. Przyszła do mnie młoda biegaczka przed mistrzostwami Polski z urazem stawu skokowego, kostka była mocno spuchnięta. Wieczorem telefon do domu i okrzyk: "Wygrałam!". Po czterech tygodniach rehabilitacji wróciła do pełnej sprawności.

Największym pechowcem polskiego sportu jest chyba piłkarz Kuba Błaszczykowski. 2007 rok - naderwany mięsień łydki, 2008 - uraz mięśnia dwugłowego uda, 2009 - kontuzja żeber.

- Kontuzja żeber to rzecz odrębna. Ale naderwania lubią się powtarzać, bo naderwany mięsień goi się przez bliznę, a blizna to tkanka, która się nie kurczy i nie rozciąga. Przy kolejnych naderwaniach, choćby nie wiem ile trenować, mięsień już optymalnych możliwości nie osiągnie.

A wielki sport to wielkie pieniądze.

- Tak, w piłce nożnej częste jest zjawisko dyssymulacji. Piłkarz coś sobie po cichu wetrze w bolące miejsce, byle nie być odstawionym na ławkę rezerwowych. Trochę go boli, wyskoczy, odegra, na kontuzję nakłada się nowy wysiłek. I kontuzja, która wymagałaby początkowo odstawienia na 7-10 dni, prowadzi do uszkodzenia mięśnia. Nie radziłbym podobnych numerów - ani zawodowcom, ani amatorom.

O sercu rozmawiałem z prof. Arturem Mamcarzem, o dopingu z dr Dorotą Kwiatkowską i dr. Andrzejem Pokrywką, a o mięśniach z dr. Tadeuszem Ścińskim