"Płynę, jadę, biegnę. Autobiografia mistrzów triathlonu" [RECENZJA]

W 2012 roku cały świat usłyszał o dwóch braciach z Yorkshire. Starszy Alistair został mistrzem olimpijskim, a Jonathan zdobył brąz. Brownlee brothers stali się świetną reklamą dyscypliny i biznesową marką. Wiadomym było, że choćby nie umieli czytać i pisać, książkę muszą wydać.

Przyznam, że sięgając po nią miałem mieszane uczucia. Alistair i Jonathan są dla mnie inspirującym duetem. Śledzę ich zmagania z Javierem Gomezem w zawodach World Triathlon Series, śledzę ich fanpage i doniesienia prasowe. Mając w pamięci miałkość kilku podobnych wydawnictw obawiałem się, że czar braci Be pryśnie po lekturze.

Zacząłem z rezerwą. Najpierw obawiałem się kiepskiego przekładu. Niesłusznie. Poprawna polszczyzna, znajomość triathlonowego tematu u tłumacza, brak dziwnych kalek językowych i angielskich konstrukcji zdań napisanych po polsku. Przyjemne zaskoczenie na początek.

Oczekiwałem zatem na to „niespodziewane” i wzruszające „aż tu nagle”, które byłoby punktem zwrotnym kariery bohaterów. Coś pokroju śmierci ukochanego psa czy mentorskich słów zmarłego dziadka, które sportowiec przypomina sobie zawsze w chwilach kryzysu. Dzięki Bogu, zawiodłem się.

Agnieszka Jerzyk: Nie wiem skąd w Polsce ten drafting wśród amatorów

Jest dużo o braterskiej więzi, rywalizacji, ale wulgarnego grania na emocjach brak. Są relacje z zawodów, opowieści o walce i tryumfach, ale nie ma wymuszonej sensacji, szukania na siłę niezwykłego momentu. Wreszcie są porady treningowe, cenne uwagi, ale czytelnik nie uświadczy moralizatorskich tyrad ex cathedra mistrzów triathlonu.

Jacy są bracia Brownlee? Kłócą się ze sobą, rywalizują, mają do siebie pretensje, ale ostatecznie jeden i drugi daliby się za siebie pociąć. Kto ma brata (ja mam starszego), wie w czym rzecz.

Co ciekawe, chociaż obaj należą do światowej czołówki, ba, są chyba najbardziej utytułowanymi zawodowymi triathlonistami, to są jak ogień i woda.

Poznaj historię pierwszych triathlonów

Alistair to lekkoduch, wiecznie spóźniony, obdarzony ułańską fantazją. Jonathan do życia i treningu podchodzi z obsesyjną wręcz precyzją, w której znajduje spokój. Na basenie musi być przed czasem, a przed zawodami sprawdza wszystko 10 razy, zanim upewni się, że buty, kask i buty do biegania są na swoim miejscu w strefie zmian.

Obaj są trochę zmęczeni tym szumem i zainteresowaniem ich skromnymi osobami. Są wszak dwójką zwykłych, uroczych chłopaków z Yorkshire. Lubią obejrzeć mecz piłki nożnej, kibicują miejscowej drużynie rugby, lubią rybę z frytkami i piwo w lokalnym pubie. Nade wszystko jednak uwielbiają sport i każdą wolną chwilę wykorzystują na jego uprawianie.

Triathlon okiem debiutanta: Nie taki ten smok straszny

Moim zdaniem w tym tkwi tajemnica sukcesu. Pływanie, bieganie i jazda na rowerze towarzyszą im od wczesnego dzieciństwa. Uprawianie tych trzech dyscyplin od zawsze było dla nich przede wszystkim dobrą zabawą i sposobem na spędzenie czasu z przyjaciółmi. Kamyczek do ogródka wszystkich rodziców, którzy aktywność fizyczną dzieci traktują jako przykrą konieczność. Kamyczek do ogródka tych, którzy trenując zapominają o głównej motywacji, która powinna pchać ludzi do sportu - dobrej zabawie.

Podsumowując, wierzcie lub nie, ale „Płynę, jadę biegnę. Autobiografia mistrzów triathlonu” to bardzo dobrze napisana książka. Ponad 300 stron wchłonąłem w 3 dni i potem było mi trochę przykro, że mój kontakt z braćmi Brownlee ograniczy się wyłącznie do oglądania ich startów w internecie.

Książka w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Foksal.

Eva

Zdjęcie Płynę jadę biegnę. Autobiografia mistrzów triatlonu
Płynę jadę biegnę. Autobiografia mistrzów triatlonu
w okazje.info