Pierwsze koty za płoty

Przez ostatnie 10 tygodni przygotowywali się do maratońskiego debiutu pod opieką Wojciecha Staszewskiego, reportera "Gazety" i licencjonowanego trenera lekkoatletyki. Biegną w niedzielę we Wrocławiu. Czy się denerwują?

Jacek Kazubowski
44 lata
inżynier budownictwa
Białe Błota pod Bydgoszczą

Po co dzwonisz? Co się stało, co, maraton odwołali? - mówi Jacek, gdy dzwonię do niego w czwartek wieczorem. - Tremę czuję, dociera do mnie, że to poważna sprawa. No ale jak się mówi A, trzeba powiedzieć B. Przecież nie ucieknę sprzed startu. Wojtek Staszewski ocenia, że złamię cztery godziny, ale bądźmy realistami - ustawiam się na 4.30. Do Wrocławia jadę jutro z Gosią, moją żoną, przez którą „TO wszystko” [trenowała w „Gazetowej” drużynie rok temu]. To mój drugi trener. Mówi, ile mam biegać i żebym nie przesadzał, makarony gotuje, chce mnie chyba na całe życie dokarmić. W przyszłym roku startujemy w maratonie razem - to pewne.


Dariusz Kowalczyk
44 lat
dyrektor ds. personalnych
Wrocław

Ja w ogóle biegam tylko od stycznia; jak mnie wybraliście do „Gazetowej” drużyny, to się najpierw bardzo się ucieszyłem, a potem... przestraszyłem. Długą drogę przeszedłem, żadnego treningu nie odpuściłem, na wakacjach też biegałem. Na szczęście obyło się bez kontuzji. 
Debiut w czymś takim jak maraton to wielka niewiadoma. Pierwsze koty za płoty, zobaczymy, jak będzie. Nawet nie próbuję myśleć, jaki czas mógłbym osiągnąć. Moim marzeniem jest zmieścić się w 6-godzinnym limicie czasu - wcale się nie kryguję! A potem? Hmm... Jak wszystko będzie w porządku, chyba wystartuję w Warszawie i w Poznaniu. 


Czesław Przybylski
65 lat
technik mechanik na emeryturze
Świdnica (woj.dolnośląskie)

Zacząłem biegać trzy lata temu - to dawało mi wolność: od domowych problemów, podwyższonego cholesterolu, wódki. Biegam, kiedy chcę, kiedy chcę, się zatrzymam, czuję się wolny jak ptak. Nikt mi nic nie może zabronić, niczego narzucić. Planów treningowych Wojtka Staszewskiego nigdy nie traktowałem jak reżim, ja zaszczycony jestem, że ktoś taki, trener z papierami. co tydzień pisze mi, co mam robić. To mnie dopinguje.
Czy denerwuję się przed maratonem? Tylko czy nogi mi wytrzymają. Ostatnio bolała mnie lewa kostka, może się przeforsowałem, bo zawsze biegałem więcej, niż było w planie. W razie czego mam tabletki przeciwbólowe, zęby zagryzę, a ten maraton ukończę.

 
Łukasz Sulima-Dolina
22 lata
student UMCS
Radom

Maraton to marzenie z czasów, gdy schudłem ze 140 do 90 kilo. Biegałem, by utrzymać wagę, potem się wkręciłem: że tempo szybsze, że więcej kilometrów. Jak zaczynałem z „Gazetą”, chciałem zbić trochę masy, niestety, jestem kilka kilo do przodu. Ale trenowałem solidnie! Nie dopuszczam jeszcze „Reisefieber”: nie czytam o trasie, gdzie podbiegi, muzę wybiorę w ostatniej chwili. Po co się stresować? Na treningach wolne bieganie mnie denerwowało, ciężko mi sobie wyobrazić, że będę tak musiał przez pierwsze 30 kilometrów. Ale kolejne 12,195 km - jeśli siły pozwolą - na maksa. Marzenie: zejść poniżej 4 godzin. Trzeba iść ambitnie.