Dali radę mimo upału

Czterech debiutujących mężczyzn - pierwsza z "gazetowych" drużyn - pobiegło we Wrocławiu. Za dwa tygodnie w Warszawie wystartują panie, a 16 października rodzice z dziećmi. Kto będzie najszybszy?

Nagły powrót lata nie pomógł zawodnikom 29. Hasco-Lek Wrocław Maratonu. W południe (trzy godziny po starcie) temperatura wyniosła 30 st. C.

Być może dlatego nie pobito rekordu trasy. Zwycięzca Vincent Kipchirchir z Kenii dobiegł do mety w czasie 2:20:20 - o 4 minuty i 5 sekund gorzej niż ubiegłoroczny zwycięzca - także Kenijczyk Sammy Kemeli Limo, który dziś nie został sklasyfikowany.

Nagły powrót lata nie pomógł zawodnikom 29. Hasco-Lek Wrocław Maratonu. W południe (trzy godziny po starcie) temperatura wyniosła 30 st. C. Być może dlatego nie pobito rekordu trasy. Zwycięzca Vincent Kipchirchir z Kenii dobiegł do mety w czasie 2:20:20 - o 4 minuty i 5 sekund gorzej niż ubiegłoroczny zwycięzca - także Kenijczyk Sammy Kemeli Limo, który dziś nie został sklasyfikowany.

Tuż przed metą doszło bowiem do dramatycznych scen z jego udziałem. Kilkadziesiąt metrów przed metą Limo padł z wycieńczenia. Dwóch sanitariuszy ocuciło go i przeprowadziło przez metę, skąd - już na noszach - wniosło go do punktu sanitarnego.

Najlepszy z Polaków Przemysław Rojewski był piąty, a najlepsza Polka Agnieszka Kuzyk trzecia wśród kobiet.

Jak krewetki na patelni

- Upał ścina ludzi strasznie - relacjonował mi przez telefon Wojciech Staszewski, trener „gazetowych” drużyn, który pojechał do Wrocławia kibicować męskiej ekipie. Wśród nieco ponad 3 tys. uczestników maratonu (w ubiegłym roku było ich 2200) pobiegł: Jacek Kazubowski, Czesław Przybylski, Łukasz Sulima-Dolina i Darek Kowalczyk. Przed startem dostali do trenera karteczki z dwoma czasami - lepszym, gdyby był cień i o 15 minut gorszym na wypadek słońca.
Staszewski: - Boję się, że kwadrans zakładki, to za mało. Na 31 km mijali mnie znajomi, którzy celowali na 3:30, a byli z grupą na 4:00. Ludzie przegrzewają się jak krewetki na patelni. Widziałem przy trasie człowieka przykrytego folią termiczną - słyszę karetkę, może jedzie właśnie do niego. Na 34 km 80 proc. uczestników zamiast biec, idzie.
O, widzę naszego Łukasza, biegnie, ma nawet cień uśmiechu na twarzy. Będziesz walczył o 5 godzin? Mówi, że tak. Wszedł w niego sportowy duch, dobrze.
Łukasz wystartował razem z Darkiem na 4:20. Łukasz pytał o zabytki, a Darek, Wrocławianin, jak rasowy przewodnik pokazywał mu: tu mamy renesans, tu barok. Potem się rozdzielili. Czesław biegł tuż za grupką na 4:15, skarżył się na ból kolana.
Wśród kibiców była Alena Shumchyk, Białorusinka, która pobiegła z „Gazetą” w 2008 roku. - Przyjechałam dopingować kolegów, a wzięłam udział w akcji ratunkowej. Zobaczyłam, że jeden z uczestników mdleje, traci całkiem kontrolę nad ciałem. Kazałam mu usiąść i wezwałam karetkę. - opowiada.
„We are the champions” i woda z węża
Magda Wójtowicz z „gazetowej” drużyny pań przyjechała na Maraton z mężem, pokibicować. Ale spontanicznie kupiła pakiet startowy i pobiegła - jak sama podkreśla - treningowo. Biegła do 30 km, dalej poszła spacerkiem. Śmiała się, że wypuszcza się na przeszpiegi i że będzie facetom podstawić im nogę, żeby babki na maratonie w Warszawie wypadły lepiej.
Doping rozczarował. - Może to przez walkę Adamek-KIiczko - próbował usprawiedliwić Wrocławian Wojtek Staszewski.
Mimo to nie zabrakło miłych akcentów - jak piosenka „We are the chempions” puszczana na okrągło z okien kamienicy przy ul. Wybrzeże Wyspiańskiego. Wrocławianie zadbali też o chłodzenie zawodników: przy ul. Henryka Kamińskiego mieszkaniec wiadrami podawał przez okno wodę wolontariuszom, którzy polewali nią biegnących. Na 35 km mieszkańcy domków jednorodzinnych na ul. Wincentego a Paulo polewali maratończyków sami - z węży ogrodowych.
Trochę biegłem, trochę szedłem
Pierwszy na mecie pojawił się Jacek Kazubowski z czasem netto 4:07:13. - Obiecałem trenerowi 4:10, to jest 4:10 - obwieścił z triumfem.
Następny był Czesław Przybylski. - Trochę biegłem, trochę szedłem. Kolano mi wysiadło, ale jestem szczęśliwy, 4:30 też dobrze!
Darek ukończył bieg, ale nie złamał 5 godzin. Ostatni na mecie był Łukasz. Kończył maraton w towarzystwie trenera. - Właściwie szliśmy - relacjonuje Staszewski. - I odpadały nam kolejne progi do pokonania: 5:10, 5:05, 5:10. Na 41 kilometrze mówię: Jest jeszcze szansa na 5:15 ale musisz wziąć się do roboty. I ruszył. Widziałem jego sylwetkę zbliżająca się do mety i zegar. Gdy przekroczył linię było 5:14:30 (zegar pokazuje czas brutto). Udało się!
Za dwa tygodnie w Warszawie pobić ten wynik spróbują doświadczone w biegach kobiety, a 16 października wystartują rodzice z dziećmi w specjalnych wózkach - tzw. joggerach. I okaże się, który z trzech „Gazetowych” ekip poradziła sobie najlepiej.