Maratońskie opowieści: już za chwileczkę, już za momencik...

"Dorota: Maraton się zbliża coraz większymi krokami. Zegar tyka, a my... przestaliśmy prawie trenować. Nie wiem czy to paraliż przed startem, czy problemy z motywacją (a może z brakiem czasu), ale nie wróży to nic dobrego..."
Dorota i Michał przeprowadzili się do Warszawy z Lublina, tutaj pracują i się uczą. Pomysłów jak okiełznać nowe miasto mieli wiele, jednym z nich stało się bieganie. Już za kilka dni zadebiutują w maratonie w Warszawie. Relacje z ich przygotowań mieliście okazję śledzić na PolskaBiega.pl przez kilka ostatnich miesięcy. Co myślą, co czują, czego się boją tuż przed startem?

Michał: Przestaliśmy regularnie biegać z dwóch powodów: czujemy się tak mocni, że wystarczą nam dwa treningi w tygodniu: na 10 km i dłuższe wybieganie, 25, 30 km.
Drugi powód: nawał pracy u Doroty, a u mnie dużo meczów piłkarskich.          

Dorota: Oswajamy się powoli z maratońskimi obyczajami. Co ze sobą wziąć, co zjeść przedtem (bułeczkę z masłem i dżemem), a czego nie (moich ulubionych czekoladowych płatków z mlekiem). Że rozgrzewka powinna być lekka, żeby na punktach odżywczych nie brać wody od pierwszego lepszego "wododajcy", żeby zaczynać z rozsądkiem i później się rozkręć, a już najlepiej biec z zegarkiem. A to tylko kropla w morzu. Kiedyś wydawało mi się, że to nic skomplikowanego.

Michał: Przywiązujemy baczną uwagę do tego jak biegamy, co jemy i jak mamy się zachowywać podczas biegu. Sami podgrzewamy atmosferę, myślimy coraz więcej, rozmawiamy coraz więcej, stresujemy się coraz bardziej.    

Dorota: Na tydzień przed startem mieliśmy pobiec kontrolną dychę, żeby dostosować swoje tempo na maratonie do aktualnych możliwości. A tu dopadła nas grypa. Gile do pasa to nie jest to, z czym chciałabym debiutować w maratonie, pojechałam więc leczyć się do rodzinnego Lublina. W domu zawsze choruje się jakoś przyjemniej. Mama na pewno postawi mnie do niedzieli na nogi! Tylko Michała trochę szkoda, został w Warszawie, bo musi chodzić do pracy.

Michał: Tak, gile nawet poniżej pasa, ale mimo choroby musiałem zagrać w poniedziałek w piłkę (odkryłem ostatnio, że bieganie sprawia mi taką samą frajdę jak gra w piłkę).
W piłkę z katarem i bolącym gardłem mogę grać, mam nadzieję, że mogę też biegać na dłuższych dystansach. Michael Jordan w pamiętnym finale NBA z Utah Jazz grał w meczu numer 5 z gorączką, był po infekcji wirusowej, a jednak został bohaterem meczu rzucając decydujące punkty na minutę przed końcem spotkania. Przy zachowaniu skali porównawczej, ja w przypadku choroby też dam z siebie wszystko. Jordana po meczu koledzy znieśli z boiska, mam nadzieję, że mi na mecie nikt nie będzie musiał pomagać.      

Dorota: Maraton już w tę niedzielę. Czuję się trochę jak na wieczór przed maturą - człowiek zdaje sobie sprawę, że niczego już się nie nauczy i ma wyrzuty, że mógł przyłożyć się bardziej. Jedyne co nam teraz pozostaje, to pracować nad emocjami, żeby w razie, gdyby nogi odmówiły, to one poniosą nas do mety. Przynajmniej taki mamy plan, legalny doping we własnej głowie.

Michał: Miło jest jeździć rowerem po Warszawie i mijać zawieszone na latarniach tabliczki: Trasa 33. Maratonu Warszawskiego. Miło jest jeździć metrem i widzieć na ekranie reklamę maratonu. Miło będzie odebrać numery startowe. Miło będzie pobiec razem, obok siebie,  rozmawiać na pierwszych 20 km, a na ostatnich 10 km się wspierać. Wspaniale będzie wpaść na metę, popłakać się ze szczęścia, zobaczyć Dorotę w objęciach rodziców którzy będą nam kibicować.
Cudowanie będzie wstać w poniedziałek rano, 27 września, pocałować i uśmiechnąć się do Doroty - kobiety, studentki, grafika, operatora i... maratończyka!

Powodzenia wszystkim debiutantom!

Zobacz więcej odcinków bloga:
Maratońskie opowieści: poważne buty
Maratońskie opowieści: królowie szos
Maratońskie opowieści: upalne dni
Maratońskie opowieści: 15 km nie robi już na nas wrażenia

Dołącz do nas na Facebooku.