IV Maraton Karkonoski - 44 kilometry górskich ścieżek

"Tutaj nawet największych wyjadaczy dopadają kryzysy. Każdy z nas musiał rozegrać ten bieg we własnej głowie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i ruszyliśmy". To będzie opowieść o pokonywaniu dystansu i własnych słabości, o biegu, który nikogo nie rozpieszcza, wielu zaskakuje - IV edycji Maratonu Karkonoskiego.

 

Więcej niż maraton
Maraton Karkonoski. Tutaj nawet największych wyjadaczy dopadają kryzysy. Każdy z nas musiał rozegrać ten bieg we własnej głowie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i ruszyliśmy.
Dawid Hajok
Stało się. Minął rok odkąd przeczytałem relację z III Maratonu Karkonoskiego. Nie pozbawiona biegłości rzemiosła opowieść redakcyjnego kolegi Wojciecha Fuska, o męskiej zaciekłości i sprawie honoru, zasiała we mnie płomienne postanowienie, by dołączyć do grona górskich biegaczy.
Może to euforia wywołana socjotechniką zręcznie zmajstrowanego tekstu, relacji pełnej emocji i szczerej walki z własną słabością, może absolutna ignorancja nowicjusza, a być może coś zgoła innego - męska pycha - sprawiły, że przystałem na rzuconą przez Wojtka propozycję startu w odbywającym się w październiku „Biegu pod górę” na Kasprowy Wierch. To był mój pierwszy kontakt z wyścigami po górskich szlakach.
Zaprawa?
Mając na koncie dwa zimowe starty w biegach skiturowych, dwa biegi górskie na krótkim dystansie, jeden górski półmaraton oraz uliczny Cracovia Maraton znalazłem się w końcu w Szklarskiej Porębie. Od tego przecież wszystko się zaczęło.
W piątek (3 sierpnia) w nie pełnym składzie (Przemysław Sobczyk Zakopane, Jacek Grzędzielski Kraków i Tomasz Gorszko Kraków) okrojonego kontuzjami Teamu Dynafit Polska, znalazłem się w mekce górskich maratończyków - Szklarskiej Porębie. Stamtąd już następnego dnia o godzinie 8.30, u podnóża Szrenicy ruszyć miał IV Maraton Karkonoski.
Z godziny na godzinę górski kurort, pełen wczasowiczów zaczął zapełniać się biegaczami. Bliżsi i dalsi znajomi tłoczyli się w restauracjach. Czuć było napięcie przedstartowej atmosfery. Nad miskami zup i makaronów omawiano trasę, wymieniano doświadczenia. Urlopowe rozpasanie wakacjuszy kontrastowało z rygorystyczną zaprawą maratończyków.
Zobarzysz - ostrzegał mnie teamowy kolega Jacek, który już rok temu ścigał się na trasie tego morderczego biegu, palcem wskazując wyoblone grzbiety Głównego Szlaku Sudeckiego zataczając pętlę ze Szrenicy (1362 m) na Śnieżkę (1603 m) i z powrotem. Poczujesz to - mówił, głosem weterana z osiemnastoma maratonami na koncie.
Trasa liczy 44 km (2150m podbiegów, 1350 zbiegów) została zmieniona i wydłużona w tym roku o blisko dwa kilometry, zyskując tym samym kluczowy 6 km podbieg ze Szklarskiej Poręby do Śnieżnego Kotła (przed rokiem zawodnicy wjeżdżali na górę kolejką i startowali ze Szrenicy). A wszystko po to, aby przyszłoroczny bieg mógł odbyć się w już randze mistrzostw świata w biegach górskich na długim dystansie.
Dobra mina do złej gry.
To szaleństwo - powiedzieliśmy sobie z Tomkiem (to miał być nasz pierwszy górski maraton), a widmo nadciągającej tyrady nie dawało mam spokoju już od wyjazdu z Krakowa. Przypomniałem sobie słowa z tekstu, który jeszcze przed rokiem skłonił mnie do przyjazdu w Karkonosze: „ (...) to jedna z najgłupszych rzeczy jaką w życiu zrobiliśmy i jednocześnie jedno z bardziej fascynujących doświadczeń”.
Tym razem demotywujących myśli nie zdołały zagłuszyć nawet przedstartowe docinki i rytuały, które zazwyczaj sprawnie rozładowywały atmosferę. Składanie rzeczy, rozciąganie, pakowanie depozytu. W powietrzu stale czuć było napięcie, choć nikt nie zdradzał na zewnątrz oznak słabości. Nabici węglowodanami i napojami izotonicznymi jak komary po krwistej uczcie, pokrzepieni wynikami naszych sportowców na Olimpiadzie położyliśmy się do łóżek. Rano przywitało nas słońce i tłum maratończyków na starcie przy dolnej stacji kolejki na Szrenicę.
Choć dystans dłuższy i trudy trasy większe niż przed rokiem do rywalizacji przystąpiło rekordowo wielu, bo aż 463 zawodników. Malownicza pętla o bardzo zróżnicowanym podłożu - kamienie, piach, szutry, drewniane mostki a nawet asfalt - zaliczana jest do najtrudniejszych biegów długodystansowych w naszym kraju. Tutaj nawet największych wyjadaczy dopadają kryzysy. Każdy z nas musiał rozegrać ten bieg we własnej głowie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i ruszyliśmy.
Big Milk zamiast Śnieżki.
Zacząłem ostrożnie. Rozsądek i widmo dystansu jaki jest do pokonania po nierównym terenie powstrzymywał przed nierozważną szarżą. W takim biegu nie będzie gdzie odzyskać głupio straconych sił. Trzeba mądrze rozłożyć akcenty. Kiedy pierwszy podbieg w końcu łagodnieje, ruszam mocniej. Pojawiają się pierwsze zbiegi. Na trawersie Wielkiego Szyszaka (1509 m) dobrze przewiane granitowe głazy, pomimo rzęsistej ulewy poprzedniego dnia są już suche. Jest słonecznie i bezchmurnie. Pogoda wymarzona... dla górskich wycieczek, więc na szlaku spory ruch. Ruszam w dół ile sił w nogach. Nie hamuję, buty Dynafita ze specjalnym, wzorowanym na oponach rowerowych protektorem, zaprojektowane do górskich biegów trzymają świetnie.
Przemek już daleko przede mną. Jak się potem okaże na mecie będzie... czwarty w klasyfikacji generalnej. W kategorii Senior II stanie na pudle jako trzeci! Wbiegam na asfaltowy odcinek, najpierw lasem, nie hamując zbiegam w dół aż do schroniska, przed którym otwiera się olbrzymi parking. Jestem zaskoczony z jakim rozmachem Czesi zabudowali te Góry Olbrzymie. Z autobusów wysiadają zaspani turyści, przeciągają się. Ktoś zajada loda. Duży, biały pewnie śmietankowy, wygląda na Big Milka. Słońce praży, a ja modlę się o odrobinę wody. Gdzie ta Śnieżka? - zastanawiam się.
Grupa z Niemiec inicjuje mocny doping. Śmielej ruszam asfaltem znowu pod górę. Droga ponownie zmienia się w górską ścieżkę. Po drodze mijam piękne krajobrazy. Ostatni raz byłem tu w podstawówce. Nie mam czasu przystanąć nawet na moment. Teraz rozumiem dlaczego właśnie w tych okolicach kręcono część scen baśni „Opowieści z Narni”. W końcu dostrzegam okazałe obserwatorium na Śnieżce, niestety nadal w stanie katastrofy budowlanej. Tłum turystów gęstnieje. Niektórzy nie chcą przepuścić biegaczy. Jest ciasno i coraz bardziej stromo. Ostatkiem sił wspinam się po granitowych głazach. Raz po raz chwytam się łańcuchów. Gubię rytm i oddech. Rzucam do Tomka, że to dopiero 20 km. Słysząc to turyści pieją z podziwu, my padamy ze zmęczenia. Przed nami jeszcze połowa dystansu.
Do utraty tchu.
Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie biegnę już tak pewnie, muszę pilnować by wysoko podnosić stopy. Chwila nieuwagi na wypłaszczeniu i cudem ratuję się przed upadkiem. W myślach zastanawiam się po co to robię. Myślę o zimnym piwie i innych przyjemniościach. Po drodze turyści rozmawiają o chłodnych drinkach. Ktoś rzuca, że zasłużył na obiad. Mam ochotę się zatrzymać, więc stanowczo w żołnierskich słowach motywuję sam siebie. Chyba robię to zbyt głośno, bo patrzą na mnie jak na wariata.
Zmieniam taktykę. Pod górę stosuję już tylko szybki marsz, za to w dół biegnę ile sił aby odrabiać straty. Patrzę na zegarek. Minęła piąta godzina. Z wysiłku bolą mnie płuca i tchawica. Oddycham z dużym trudem. Mijam dwie, może trzy osoby, które radzą sobie jeszcze gorzej, mnie zaś wyprzedza aż pięć w tym jedna kobieta, krakowianka Magdalena Chełmicka z RDM Montrail Team i to tuż przed samą metą. Tomek zaczyna wyrywać się 10 km przed wierzchołkiem Szrenicy. Na piątym kilometrze ucieka mi tak, że tracę go z widoku. Finiszuje o trzy minuty lepiej ode mnie. Wrzawa i doping na mecie stawiają mnie na równe nogi. Odbierając medal z podobizną Ducha Gór - Liczyrzepy słyszę w głośnikach swoje imię. Rozglądam się dookoła, czuję olbrzymią satysfakcję. Udało się. Dobiegłem. Gratulujemy sobie nawzajem. Wszyscy jesteśmy na mecie. Szczęśliwi. Już wiem, że za rok tu wrócę. Patrzę na swoich towarzyszy i nie mam wątpliwości oni też tu będą.
Kategoria Open:
1. Marcin Świerc: 3.43.24
2. Piotr Koń 3.52.48
3. Piotr Hercog 3.55.17
Team Dynafit Polska:
4. Przemysław Sobczyk: 04.00.59
79. Tomasz Gorszko: 05.23.03
86. Dawid Hajok: 05.26.09
207. Jacek Grzędzielski: 06.06.20.

Stało się. Minął rok odkąd przeczytałem relację z III Maratonu Karkonoskiego. Nie pozbawiona biegłości rzemiosła opowieść redakcyjnego kolegi Wojciecha Fuska, o męskiej zaciekłości i sprawie honoru, zasiała we mnie płomienne postanowienie, by dołączyć do grona górskich biegaczy. Może to euforia wywołana socjotechniką zręcznie zmajstrowanego tekstu, relacji pełnej emocji i szczerej walki z własną słabością, może absolutna ignorancja nowicjusza, a być może coś zgoła innego - męska pycha - sprawiły, że przystałem na rzuconą przez Wojtka propozycję startu w odbywającym się w październiku "Tatrzańskim Biegu pod górę" na Kasprowy Wierch. To był mój pierwszy kontakt z wyścigami po górskich szlakach.

Zaprawa?

Mając na koncie dwa zimowe starty w biegach skiturowych, dwa biegi górskie na krótkim dystansie, jeden górski półmaraton oraz uliczny Cracovia Maraton znalazłem się w końcu w Szklarskiej Porębie. Od tego przecież wszystko się zaczęło. W piątek (3 sierpnia) w niepełnym składzie (Przemysław Sobczyk z Zakopanego, Jacek Grzędzielski z Krakowa i Tomasz Gorszko z Krakowa) okrojonego kontuzjami Teamu Dynafit Polska, znalazłem się w mekce górskich maratończyków - Szklarskiej Porębie. Stamtąd już następnego dnia o godzinie 8.30, u podnóża Szrenicy ruszyć miał IV Maraton Karkonoski.

Z godziny na godzinę górski kurort, pełen wczasowiczów zaczął zapełniać się biegaczami. Bliżsi i dalsi znajomi tłoczyli się w restauracjach. Czuć było napięcie przedstartowej atmosfery. Nad miskami zup i makaronów omawiano trasę, wymieniano doświadczenia. Urlopowe rozpasanie wakacjuszy kontrastowało z rygorystyczną zaprawą maratończyków. Zobarzysz - ostrzegał mnie teamowy kolega Jacek, który już rok temu ścigał się na trasie tego morderczego biegu, palcem wskazując wyoblone grzbiety Głównego Szlaku Sudeckiego zataczając pętlę ze Szrenicy (1362 m) na Śnieżkę (1603 m) i z powrotem. Poczujesz to - mówił, głosem weterana z osiemnastoma maratonami na koncie.

Nabici węglowodanami i napojami izotonicznymi jak komary po krwistej uczcie, pokrzepieni wynikami naszych sportowców na Olimpiadzie położyliśmy się do łóżek.

 

Trasa liczy 44 km (2150m podbiegów, 1350 zbiegów) została zmieniona i wydłużona w tym roku o blisko dwa kilometry, zyskując tym samym kluczowy 6 km podbieg ze Szklarskiej Poręby do Śnieżnego Kotła (przed rokiem zawodnicy wjeżdżali na górę kolejką i startowali ze Szrenicy). A wszystko po to, aby przyszłoroczny bieg mógł odbyć się w już randze mistrzostw świata w biegach górskich na długim dystansie.

Dobra mina do złej gry

To szaleństwo - powiedzieliśmy sobie z Tomkiem (to miał być nasz pierwszy górski maraton), a widmo nadciągającej tyrady nie dawało mam spokoju już od wyjazdu z Krakowa. Przypomniałem sobie słowa z tekstu, który jeszcze przed rokiem skłonił mnie do przyjazdu w Karkonosze: "(...) to jedna z najgłupszych rzeczy jaką w życiu zrobiliśmy i jednocześnie jedno z bardziej fascynujących doświadczeń". Tym razem demotywujących myśli nie zdołały zagłuszyć nawet przedstartowe docinki i rytuały, które zazwyczaj sprawnie rozładowywały atmosferę. Składanie rzeczy, rozciąganie, pakowanie depozytu. W powietrzu stale czuć było napięcie, choć nikt nie zdradzał na zewnątrz oznak słabości. Nabici węglowodanami i napojami izotonicznymi jak komary po krwistej uczcie, pokrzepieni wynikami naszych sportowców na Olimpiadzie położyliśmy się do łóżek.

Rano przywitało nas słońce i tłum maratończyków na starcie przy dolnej stacji kolejki na Szrenicę. Choć dystans dłuższy i trudy trasy większe niż przed rokiem, do rywalizacji przystąpiła rekordowa liczba, bo aż 463 zawodników. Malownicza pętla o bardzo zróżnicowanym podłożu - kamienie, piach, szutry, drewniane mostki a nawet asfalt - zaliczana jest do najtrudniejszych biegów długodystansowych w naszym kraju. Tutaj nawet największych wyjadaczy dopadają kryzysy. Każdy z nas musiał rozegrać ten bieg we własnej głowie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i ruszyliśmy.

Big Milk zamiast Śnieżki

Zacząłem ostrożnie. Rozsądek i widmo dystansu jaki jest do pokonania po nierównym terenie powstrzymywał przed nierozważną szarżą. W takim biegu nie będzie gdzie odzyskać głupio straconych sił. Trzeba mądrze rozłożyć akcenty. Kiedy pierwszy podbieg w końcu łagodnieje, ruszam mocniej. Pojawiają się pierwsze zbiegi. Na trawersie Wielkiego Szyszaka (1509 m) dobrze przewiane granitowe głazy, pomimo rzęsistej ulewy poprzedniego dnia są już suche. Jest słonecznie i bezchmurnie. Pogoda wymarzona... dla górskich wycieczek, więc na szlaku spory ruch. Ruszam w dół ile sił w nogach. Nie hamuję, buty Dynafit ze specjalnym, wzorowanym na oponach rowerowych protektorem, zaprojektowane do górskich biegów trzymają świetnie. Przemek już daleko przede mną. Jak się potem okaże na mecie będzie... czwarty w klasyfikacji generalnej. W kategorii Senior II stanie na pudle jako trzeci!

Wbiegam na asfaltowy odcinek, najpierw lasem, nie hamując zbiegam w dół aż do schroniska, przed którym otwiera się olbrzymi parking. Jestem zaskoczony z jakim rozmachem Czesi zabudowali te Góry Olbrzymie. Z autobusów wysiadają zaspani turyści, przeciągają się. Ktoś zajada loda. Duży, biały, pewnie śmietankowy, wygląda na Big Milka. Słońce praży, a ja modlę się o odrobinę wody. Gdzie ta Śnieżka? - zastanawiam się. Grupa z Niemiec inicjuje mocny doping. Śmielej ruszam asfaltem znowu pod górę. Droga ponownie zmienia się w górską ścieżkę. Po drodze mijam piękne krajobrazy. Ostatni raz byłem tu w podstawówce. Nie mam czasu przystanąć nawet na moment. Teraz rozumiem dlaczego właśnie w tych okolicach kręcono część scen baśni "Opowieści z Narni". W końcu dostrzegam okazałe obserwatorium na Śnieżce, niestety nadal w stanie katastrofy budowlanej. Tłum turystów gęstnieje. Niektórzy nie chcą przepuścić biegaczy. Jest ciasno i coraz bardziej stromo. Ostatkiem sił wspinam się po granitowych głazach. Raz po raz chwytam się łańcuchów. Gubię rytm i oddech. Rzucam do Tomka, że to dopiero 20 km. Słysząc to turyści pieją z podziwu, my padamy ze zmęczenia. Przed nami jeszcze połowa dystansu.

Do utraty tchu

Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie biegnę już tak pewnie, muszę pilnować by wysoko podnosić stopy. Chwila nieuwagi na wypłaszczeniu i cudem ratuję się przed upadkiem. W myślach zastanawiam się po co to robię. Myślę o zimnym piwie i innych przyjemniościach. Po drodze turyści rozmawiają o chłodnych drinkach. Ktoś rzuca, że zasłużył na obiad. Mam ochotę się zatrzymać, więc stanowczo w żołnierskich słowach motywuję sam siebie. Chyba robię to zbyt głośno, bo patrzą na mnie jak na wariata. Zmieniam taktykę. Pod górę stosuję już tylko szybki marsz, za to w dół biegnę ile sił aby odrabiać straty. Patrzę na zegarek. Minęła piąta godzina. Z wysiłku bolą mnie płuca i tchawica. Oddycham z dużym trudem. Mijam dwie, może trzy osoby, które radzą sobie jeszcze gorzej, mnie zaś wyprzedza aż pięć w tym jedna kobieta, krakowianka Magdalena Chełmicka z RDM Montrail Team i to tuż przed samą metą. Tomek zaczyna wyrywać się 10 km przed wierzchołkiem Szrenicy. Na piątym kilometrze ucieka mi tak, że tracę go z widoku. Finiszuje o trzy minuty lepiej ode mnie. Wrzawa i doping na mecie stawiają mnie na równe nogi. Odbierając medal z podobizną Ducha Gór - Liczyrzepy słyszę w głośnikach swoje imię. Rozglądam się dookoła, czuję olbrzymią satysfakcję. Udało się. Dobiegłem. Gratulujemy sobie nawzajem. Wszyscy jesteśmy na mecie. Szczęśliwi. Już wiem, że za rok tu wrócę. Patrzę na swoich towarzyszy i nie mam wątpliwości oni też tu będą.

Wyniki:
Kategoria Open:

1. Marcin Świerc: 3.43.24
2. Piotr Koń 3.52.48
3. Piotr Hercog 3.55.17

Team Dynafit Polska:
4. Przemysław Sobczyk: 4.00.59
79. Tomasz Gorszko: 5.23.03
86. Dawid Hajok: 5.26.09
207. Jacek Grzędzielski: 6.06.20

Startowałeś w Maratonie Karkonoskim? Podziel się swoimi wrażeniami na naszym Facebooku.