Jak to z maratonem było czyli biegnę za cztery tygodnie w Warszawie

Jan Półzięć (56 lat, Strzyżów, woj.podkarpackie), członek drużyny ?Polska biega dla wnuków? opisał, co się zmieniło w jego życiu odkąd się do niej zgłosił.

Od końca lipca wydarzenia nabrały takiego tempa, że dopiero, gdy trener Wojtek Staszewski przysłał mi plan treningowy, dotarło do mnie, że nie wiem czy zdołam się z tych przyjętych zobowiązań wywiązać. Cztery treningi w tygodniu, a tu praca, swoja firma, coś koło domu trzeba zrobić, jeszcze igrzyska olimpijskie i trzeba czasem pokibicować. Wojtek napisał, że przesyła mi plan treningowy „pod sukces” i że granica 3:30 jest do złamania, bo dotychczas to ja sobie biegałem, a teraz będę trenował.

"Słowo się rzekło, kobyłka u płota" jak powiadał Jan III Sobieski. Wziąłem się do treningów z prawdziwego zdarzenia. Taki impuls był mi potrzebny, bo jeszcze nigdy w ciągu miesiąca nie przebiegłem 160 km, nie robiłem podbiegów i interwałów.

W sumie w okresie przygotowawczym od 24 lipca do teraz przebiegłem ponad 200 km. Treningi są urozmaicone, jedne ciężkie (interwały, bieg dwugodziny), a inne lżejsze (wolny bieg przez godzinkę) i sam jestem ciekaw efektów i czy rzeczywiście złamię granicę 3,5 godziny na maratonie.

Pierwszym sprawdzianem formy był Nocny Uliczny Bieg Solidarności w Rzeszowie na dystansie 6 km, który odbył się w sobotę 1 września. Przebiegłem go w czasie 0:25:02. Dzień później (!) był Bieg Pokoju z Przełęczy Dukielskiej do słowackiego Svidnika - zrobiłem 19 km w 1:23:55. Na obu biegach czułem się dobrze, bez większych problemów je ukończyłem i w konfrontacji z innymi zaprezentowałem się nieźle. Jeszcze cztery tygodnie przygotowań i forma powinna pójść w górę. Naprawdę jestem ciekaw efektów. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

O drużynie "Polska biega dla wnuków" czytaj więcej w "Gazecie Wyborczej" w poniedziałek, 10 września.