34. Maraton Warszawski - dziadkowie bohaterami Stadionu Narodowego

Na moście Poniatowskiego taki wiatr, że mnie - z wielką tablicą z napisem POLSKA BIEGA - przesuwa w lewo. W tłumie maratończyków raz na jakiś czas miga mi koszulka z naszym strusiowym logo, ktoś zagaduje: "A kiedy w przyszłym roku biegowy weekend, bo chcemy się w Gołdapi wpasować w termin?", machają, uśmiechają się. Krzyczę: "Trzymajcie się. Powodzenia, dawaj, dawaaaaj!", zdzieram głos. Zazdroszczę im. Też chciałabym być uczestniczką tego wydarzenia.

To było w niedzielę, tuż po godz. 9, w centrum Warszawy. Na starcie 34. Maratonu Warszawskiego stanęło prawie 8 tys. ludzi. Wśród nich trzech dziadków (czyli posiadaczy wnuków), którzy od końca lipca przygotowywali się do tego startu pod okiem Wojciecha Staszewskiego: Jan Półzięć, Jerzy Nowak i Wacław Winiarz.

Wacław Winiarz z drużyny Fot. Kuba Atys

Wacław Winiarz

W sobotę maratończycy z drużyny "Polska biega dla wnuków" spotkali się z trenerem. Najbardziej zdenerwowany był Wacław - przez ostatnie dwa tygodnie dokuczała mu kontuzja uda, bał się, że może nie ukończyć biegu. Jurek spokojny, a Janek z pamiątkami dla wszystkich, z rodzinnego Strzyżowa. Wokół żony, wnuki, dzieci, znajomi. Wielka biegowa rodzina. Gdy odbieraliśmy numery startowe na Stadionie Narodowym, który po raz pierwszy pełnił funkcję gospodarza maratonu, Wacek się zmartwił, że na końcowych metrach jest tyle barierek, że trudno mu będzie przejąć wnuka Adasia i dobiec z nim do mety. Obawy okazały się płonne.

Jan Półzięć z drużyny Fot. Kuba Atys

Jan Półzięć

34. Maraton Warszawski był przełomowy. Nigdy jeszcze w Polsce nie było tak dużego maratonu. Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy, rozmarzyła się, że może kiedyś dogonimy nawet Nowy Jork (45 tys. maratończyków). I jeszcze nigdy nie było mety na 58-tysięcznym stadionie.

Zanim na płytę Narodowego zaczęli wbiegać pierwsi maratończycy, wydawało mi się, że jednak ten stadion za duży, bo przecież kibiców aż tylu nie przyjdzie. Ale potem zobaczyłam setki, a może nawet tysiące ludzi dopingujących biegaczy na ostatnich kilkuset metrach przed metą. I wzruszyłam się. Gdy wybiegali z tunelu na płytę stadionu, podnosili ręce do góry, śmiali się w głos, robili obroty, krzyczeli, płakali. Widać, że czuli się jak mistrzowie olimpijscy. Płakałam razem z nimi się na tym stadionie ze sto razy.

Zwycięzcą 34. Maratonu Warszawskiego został Kenijczyk James Mutua z czasem 2:15.02. Agnieszka Ciołek z AZS AWF Wrocław była najszybsza wśród kobiet, zdobyła tytuł mistrzyni Polski. Jej wynik to 2:34.15.
 

Jerzy Nowak z drużyny Fot. Kuba AtysJerzy Nowak

Oto, co członkowie drużyny "Polska Biega dla wnuków" powiedzieli kilka godzin po ukończeniu 34. Maratonu Warszawskiego.

Jerzy Nowak
61 lat, Szczecin
czas netto: 3:28.55

- O znowu komórka dzwoni! To moi koledzy z pracy, to znaczy już nie z pracy, bo przecież od dziś jestem emerytem. I to emerytem z nową życiówką w maratonie - mówi zadowolony Jurek i odbiera kolejny telefon z gratulacjami.
Nie spodziewał się, że pobiegnie tak dobrze. Poprawił maratońską życiówkę o 7 min i zajął szóste miejsce w swojej kategorii wiekowej. - Jakoś tak samo mi się biegło - mówi skromnie.
Na prawej dłoni ma wypisany czas, jaki miał na 10. i na 30. kilometrze w Maratonie Poznańskim w 2009 r., żeby mieć porównanie. - Jak dobiegłem do 10. kilometra, patrzę na mój stoper i potem na tę rękę i widzę, że już jestem 3 min szybciej. 
- Ja już wtedy też wiedziałam, że idzie jak burza, jak nigdy dotąd - mówi żona Ela, która pęka z dumy. Na trasie dopingował Jurka mały klub kibica: przyjechały wszystkie wnuki - część z nich specjalnie przyleciała z Anglii, dzieci, zięć, krewni z Kutna. Łącznie 13 osób.
Jurek biegł w czarnej koszulce z długim rękawem.
- Nie było ci za gorąco? - pytam.
- Nieee. W rękawy powtykałem sobie żele energetyczne, które miałem zjeść na trasie, telefon komórkowy. I na przykład dzwoniłem do syna na 25. kilometrze i opowiadałem, jak mi idzie.
- Jakie plany na teraz? - pytam.
- Może wystartuje w maratonie w Dębnie w kwietniu - podpowiada żona.
- A na razie lecę na początku października do Anglii - będę córce i zięciowi pomagał dom remontować. Bo człowiek musi dla wnuków nie tylko maratony biegać - śmieje się Jurek.

Wacław Winiarz
59 lat, Lubaczów woj.podkarpackie
czas netto:  4:35.13

 - Lekko nie było. Tak mnie noga bolała, że klękajcie narody. Po 3. kilometrze raz szedłem, raz biegłem. Gdyby nie te zobowiązania, ci ludzie, którzy o mnie czytali i na mnie liczyli, to bym chodnik pocałował i zszedł z trasy. Ale ja ze wschodu jestem - zawziąłem się. I zrobiłem życiówkę w maratonie.!
Opowiada wrażenia z trasy: - Wszędzie wszystko świetnie przygotowane. Dużo kibiców, kilka grup muzycznych, ci wolontariusze - dzieci uśmiechnięte - kapitalne. I dla nikogo napojów nie zabrakło. Strasznie się cieszę, że dobiegłem!
Przed ostatnią prostą na stadionie rodzina przerzuciła mu przez barierki wnuczka Adasia i - tak jak marzyli - wbiegli na metę razem. - Mały jest przeszczęśliwy. Ja potem u rodziny odpoczywam, leżę z nogami do góry, a on koło mnie, nogi hop w górę i pyta: „Dziadziu, a kiedy będziesz znowu biegł? - mówi Wacek.
- Na mecie chciałem pozdrowić wszystkich, których lubię, a najbardziej to pewnego strażnika Karkonoskiego Parku Narodowego. Gdy byłem w sierpniu w Szklarskiej Porębie, to mu opowiadałem, że się do maratonu szykuję i gazeta o mnie pisze. On nie chciał mi wierzyć. Teraz powinien uwierzyć - śmieje się Wacek.
Wacław nie planuje kolejnego maratonu. - Nie robicie może jakieś akcji dla chętnych na triatlon? Bo obiecałem sobie, że w przyszłym roku na sześćdziesiąte urodziny koniecznie muszę triatlon ukończyć.

Jan Półzięć
56 lat, Strzyżów, woj.podkarpackie
czas netto: 3:39.15

 - Jestem wściekły.  Szedłem na życiówkę, czułem się świetnie, a tu nagle łup! Od 28. kilometra ciągle łapały mnie skurcze. Nawet musiałem się dwa razy położyć, ratownicy zimne okłady przykładali, masowali. Trochę lepiej mi się zrobiło, to biegłem, ale potem znowu musiałem maszerować., potem jeszcze troche się rozciągałem. Prądu mi nie zabrakło. Mógłbym jeszcze z 10 kilometrów przebiec, tylko te cholerne skurcze. - denerwuje się Janek. 
Żona Zosia przytakuje: - Jak go pocałowałam na mecie, to on w ogóle niespocony. Pytam: - „Ty się tam na trasie obijałeś, czy co?”.
Janek na początku biegł razem z Jurkiem, potem przyspieszył, ale kiedy skurcze uniemożliwiły mu bieg, Jurek go prześcignął. 
- Za tydzień biegnę maraton w Budapeszcie, coś chyba będę musiał w diecie pozmieniać, jakieś suplementy łykać albo dietę drwala zastosować: schabowy, bigos, sznycle.
Ale na Węgry jedzie na spokojnie, bez parcia na życiówkę. 
Niedawno wspominał, jak biegnąc Maraton Nowojorski, cały czas się śmiał: - Myślałem sobie wtedy: ja, chłopak z takiego małego Strzyżowa, w takim maratonie, w takim mieście biegnę! Dzisiaj przez te skurcze uśmiechu na trasie było mniej, ale wrażenie z finiszu na Narodowym kolosalne! Znakomity pomysł z tą metą na stadionie. Jestem bohaterem Narodowego! Tego mi nikt nie zabierze!


Rozmawiała: Małgorzata Smolińska.

Chcesz pogratulować panom z maratońskiej drużyny dla wnuków? Możesz to zrobić na naszym Facebooku.

Przeczytaj również relację z Wrocławia, ze startu pierwszej części maratońskiej drużyny dla wnuków, w Hasco-Lek Wrocław Maratonie.

O bardzo udanym debiucie naszej redakcyjnej koleżanki - Ani Szczypczyńskiej w 34. Maratonie Warszawskim przeczytasz w artykule: Maraton Warszawski okiem debiutantki.