Maraton odwołany, ludzie podzieleni

Facebook, Twitter i lokalne strony społeczne pokazały społeczną siłę zdolną zmobilizować masy ludzi i spowodować odwołanie najliczniejszego na świecie maratonu dla ponad 45 tysięcy biegaczy - znaku firmowego wielkiego miasta, biegu oglądanego przez miliony telewidzów.
To dzięki naciskom mediów społecznościowych burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg odwołał w piątek nowojorski maraton z powodu zniszczeń po uderzeniu w miasto huraganu Sandy. - Bieg zawsze łączył Nowy Jork i inspirował nas do odwagi i determinacji. Mamy siłę i środki, aby przeprowadzić maraton, ale jest jasne, że impreza stała się źródłem kontrowersji i podziałów - wyjaśniali urzędnicy Bloomberga na internetowej stronie miejskiej.

Decyzja została podjęta w piątek popołudniu.

Ale zaczęło się w czwartek rano, od petycji niejakiego Jeffa Smitha, którą wrzucił ją na Change.org, platformę protestów przeciwko władzy. Opublikowała ją mocna i nagradzana nowojorska strona miejskich blogów i wideoblogów The Gothamist. I się zaczęło.

Wpisy ludzi pod petycją w Gothamist były dramatyczne, pełen emocji i dotykały również sprawy maratonu. Dotąd w newsowych telewizjach reporterzy szeroko relacjonowali, w jakiej sytuacji są mieszkańcy najbardziej dotkniętych przez huragan Sandy nowojorskich okolic - Long Beach, Staten Island, południowego Manhattanu - i New Jersey, ale od maratonu trzymali się z daleka. A nawet mówili, że maraton jest symbolem siły miasta i chwalili Bloomberga za to, że nie wycofał się. Faktycznie, jeszcze w piątek rano burmistrz mówił, że maraton się odbędzie.

Ale na Gothamist było inaczej niż w telewizji: " Michael Bloomberg i Mary Wittenberg (szef maratonu), jak śmiecie marnować nasze pieniądze na frywolne gówno, gdy ludzie wciąż wykopują ciała z błota?" pisała Luisa Lisciandrello z Brooklynu. Ktoś inny napisał: "U siebie nie mamy prądu, więc jechaliśmy do Brooklynu do rodziny, która ma prąd, aby się ogrzać. Nie zabrakło benzyny na tak długą podróż, więc czekaliśmy na autobus. Długo nie przyjeżdżał. Po drugiej stronie ulicy siedzieli policjanci w wielkim vanie, silnik grzał, a oni ustawiali barierki na niedzielny bieg".

Takich głosów było mnóstwo.

Ostatnim punktem, który chyba przeważył, było wezwanie maratonki Penny Krakoff, jednoczesnie pracownika socjalnego z New Jersey. Poprosiła biegaczy z Nowego Jorku, aby stawili się na start na Staten Island o 9 rano i aby w czasie maratonu pracowali tam przy naprawianiu szkód. Jej apel na fejsie podchwycił Gothamist. Było to w okolicach piątkowego południa. Około 17. burmistrz odwołał bieg.

Biegacze są podzieleni, co dają wyraz na stronie FB maratonu i portalach dla biegaczy.

Część uważa, że maraton nowojorski został sprowadzony do zabawy, parady, strywializowany po prostu do głupiego biegu. Jeszcze trzy dni temu był marzeniem i wyzwaniem dla milionów, inspiracją, pokazem witalności i odwagi miasta, które się nie poddaje, oraz ludzi którzy się nie poddają. Na przykład z Australii przyjechał maratończyk na wózku Ken Fearnley. W 2009 roku, po zwycięstwie w maratonie w Chicago i po trzecim miejscu w Nowym Jorku, wziął udział w biegu na 100 kilometrów w Kokoda Track na Nowej Gwinei. Bez wózka. Czołgając się, bo jest sparaliżowany od pasa w dół. Zajęło mu to 10 dni.

Numer 1 wśród amerykańskich maratończyków, Meb Kaflezighi, zwycięzca z 2009 roku powiedział w runnersworld.com: - Bieg jest wyjątkowy dla mnie i milionów ludzi, ale rozumiem, dlaczego nie może być przeprowadzony. Jakiekolwiek narzekania na niewygody związane z odwołaniem uczyniłyby ze mnie i z tysięcy ludzi, którzy ciężko trenowali do tego biegu, świrami w porównaniu z nowojorczykami dotkniętymi przez huragan.

Wielu jest rozżalonych, że decyzję podjęto dopiero w piątek, a nie na przykład we wtorek. Podejrzewają, że to z rozmysłem, aby uczestnicy, ich rodziny i przyjaciele jednak przyjechali i zostawili w mieście pieniądze - oblicza się że ponad 300 mln dol. Ich żal jest zrozumiały. Około 20 tysięcy osób przyleciało na bieg z zagranicy. W sumie koszt pięciodniowego pobytu w Nowym Jorku z przelotem z Europy wraz ze startowym, przekracza 7 tysięcy złotych. Nie wiadomo, jak organizator - New York Road Runners - poradzi sobie z tym realnym problemem. Czy zwróci przynajmniej 550 dol startowego. Na pewno ci, którzy sami zrezygnowali, nie dostaną z powrotem pieniędzy, ale mają zagwarantowane miejsce w przyszłym roku. Wiadomo też, że NYRR jest ubezpieczony od odwołania biegu. Ale podejrzenia o umyślne wstrzymywanie się decyzją o odwołaniu biegu, biorą się z frustracji. Rozmiar tak gigantycznych katastrof odsłania się nie od razu, jak dzieje się to w przypadku katastrof komunikacyjnych. Potrzeba kilku dni, aby uświadomić skalę zniszczeń i tragedii - tak działo się to, gdy Nowy Orlean niszczyła Katrina, Japonię, a wcześniej Tajlandię, Indie, Indonezję, Cejlon tsunami. Na Staten Island jeszcze wczoraj wyciągano z opuszczonych domów ciała, liczba zabitych w USA przekroczyła setkę.

Są też biegacze, którzy uważają, że maraton stał się kozłem ofiarnym dla nowojorczyków, którzy zostali poszkodowani przez huragan i czują, że zwiodła ich władza, że są bezradni. Jeśli przeciwnicy odwołania wypowiadają się publicznie, dostają niebywałe lanie.

Amerykańska olimpijka z Londynu Julie Culley napisała: - Był to tydzień emocjonalnej szarpaniny, serce mnie od tego boli. Ludzie mnie przeklinają na twitterze, w forach pod moimi wypowiedziami. Tego w naszym sporcie wcześniej nie było. Maraton pomaga miastu zarobić miliony, miliony dolarów, które można przeznaczyć na pomoc. I musicie pamiętać, że jest to dla wielu z nas po prostu zawód - zarabiamy maratonami na życie. Więc dajcie nam pracować.

Pod tą wypowiedzią w runnersworld wpisał się forumowicz: - Julie, jak śmiesz porównywać się do ludzi z Nowego Jorku i New Jersey, którzy cierpią, ich domy zostały zniszczone. Jak możesz być taka wredna.

Okazało się, że domek urodzonej w New Jersey Julie przy plaży na Long Island został zniszczony.

- Nie każdy ma to szczęście, że mu daczę zmyło. Tu ludzie mają zniszczone własne domy rodzinne - napisał inny.

Okazało się jednak, że dom rodzinny Julie w New Jersey, także dostał od huraganu cięgi.

- Przecież ona w ogóle nie mieszka w New Jersey, pewnie w ciepłych stanach biega - napisał kolejny.

Okazało się, że jednak Julie mieszka w tym zniszczonym domu w New Jersey. Wątek się urwał.