Radosław Kłeczek przed 35. PZU Maratonem Warszawskim: "Zgrywanie kozaka nie popłaca" [WYWIAD]

Spędziłem pięć tygodni na obozie w Jakuszycach. W naszych górach czuję się najlepiej. Trenowałem dwa razy dziennie. Tygodniowo pokonywałem 200 km. W Warszawie planuję poprawić swój rekord życiowy - mówi 28-letni Radosław Kłeczek, jeden z najlepszych polskich długodystansowców, który wystartuje w 35. PZU Maratonie Warszawskim.

 

belka Rozmowa z Radosławem Kłeczkiem, wicemistrzem Polski w maratonie z 2010 r.

 

Damian Bąbol: Kiedy pierwszy raz poprosiłem o rozmowę, na początku nie chciałeś zgodzić. Dlaczego?

Radosław Kłeczek: Przede mną trzeci bieg na tak długim dystansie. Do maratonu zawsze podchodzę z wielką pokorą i szacunkiem. Wiem jak wiele czynników wpływa na porażkę lub ostateczny sukces. Dlatego przed startem staram się być maksymalnie skoncentrowany. Co innego na mecie, kiedy już wiem, że wszystko skończyło się bardzo dobrze. Pierwszy raz na 42,195 km wystartowałem cztery lata temu w holenderskim Eindhoven. To nie był udany występ. Źle się czułem, miałem problemy ze skurczami mięśni łydek. Ostatecznie wycofałem się na 23 km. Porażka wynikała z tego, że za szybko zdecydowałem się na maraton. To nie była dobra decyzja, przeskok był zbyt duży. Wcześniej startowałem na 5 i 10 km. Dobitnie poczułem wtedy na czym polega maraton, ale nie przestraszyłem się. Wiedziałem, że chcę dalej podążać tą drogą i realizować się w tej konkurencji.

Wystarczył rok i na mistrzostwach Polski w Dębnie pognałeś na 2:16:57, zdobywając srebrny medal.

- Ten wynik jest trochę niedoceniany, ale doskonale pamiętam, jakie warunki wtedy panowały. Była straszna wichura. Z tego powodu straciłem z dobre dwie minuty. Ale taki jest ten sport. Czasami pogoda potrafi popsuć wszystkie plany. Wracając do startu w Dębnie, to wiąże się z nią ciekawa historia. Do mistrzostw Polski byłem już świetnie przygotowany. Maraton początkowo był zaplanowany na 11 kwietnia. Dzień wcześniej jednak rozbił się prezydencki samolot w Smoleńsku i impreza została przełożona na październik. Nie chciałem jednak startować w innym biegu. Wszystko podporządkowałem temu konkretnemu maratonowi. Ale mocny trening, jaki wykonałem nie zabił u mnie szybkości. Dzięki temu na bieżni poprawiłem życiówki na dystansach 1500, 5000 i 10000 metrów.

Z opowiadań wielu zawodników też wiem, że maraton potrafi być zdradliwy. Zgrywanie kozaka przed startem nie popłaca?

- Nie polecam. To naprawdę solidny i bardzo poważny dystans. W Polsce największą popularnością cieszą się biegi na 10 km, ale to jest nieporównywalny wysiłek z maratonem. Na „dychę” jeżeli dopada nas kryzys, to raczej tylko na chwilę i w ogóle dysponuje się większymi siłami. W przypadku maratonu, gdy wystartuje się zbyt szybko, najczęściej trzeba zapłacić wysoką cenę, w postaci bolesnego kryzysu w drugiej fazie biegu.

Masz już przygotowaną taktykę na 35. PZU Maraton Warszawski?

- Chcę zacząć spokojnie i powoli się rozkręcać. Taki jest mój styl, w którym czuję się najlepiej. Wiem, że Kenijczycy nastawiają się na pobicie rekordu trasy [2:08:17 - red], ale niektórzy z nich mogą się przeliczyć i zderzyć ze ścianą. Postaram się to wykorzystać. W niedzielę chcę poprawić rekord życiowy. Na tym mi najbardziej zależy.

Jak wyglądały twoje przygotowania do niedzielnej imprezy?

- Spędziłem pięć tygodni na obozie w Jakuszycach. Postawiłem na polskie góry, bo tam czuję się najlepiej. Trenowałem dwa razy dziennie. Tygodniowo pokonywałem 200 km. Teraz przede wszystkim staram się myśleć pozytywnie. Szukam sobie też jakichś dodatkowych zajęć, żeby nie skupiać się wyłącznie na samym maratonie.

Stresujesz się?

- Jeszcze nie. Ale nerwy na pewno się pojawią. Pewnie tuż przed startem, kiedy już poznam rywali i poczuję tę atmosferę. Staram się teraz dużo wypoczywać i spać w ciągu dnia. Zwracam też uwagę na odżywianie. W środę zmieniłem dietę, w której dominowały białka, a od czwartku ładuje się węglowodanami, aby zmagazynować glikogen w mięśniach.

Jak wygląda regeneracja zawodnika, który maraton planuje śmignąć w granicach 2 godzin i 15 minut?

- Przez pierwsze dwa, trzy dni w ogóle nie biegam. Wtedy jest najgorzej. Mięśnie bardzo bolą, włókienka są ponadrywane. Nawet zwykłe poruszanie się czasem jest bolesne. Korzystam z odnowy biologicznej, jacuzzi, biorę masaże i staram się pływać. Trzeba to po prostu przetrwać. Później lekko zaczynam truchtać i tydzień po maratonie jestem nawet w stanie ścigać się na 10 km. Moim celem jest najbliższy start w zawodach Biegnij Warszawo właśnie na „dychę”, w których rok temu zwyciężyłem. To kolejna superimpreza biegowa z udziałem około 10 tys. osób. Mogę jeszcze odczuwać niewielkie skutki maratonu, ale mimo to chciałbym powalczyć o czołowe miejsce.

Rozmawiał Damian Bąbol