110 lat temu pokazano jak uatrakcyjnić maraton

Co by mogło uatrakcyjnić maraton? Piękne krajobrazy, bieg w wielkim mieście, specjalnie robione dla biegaczy stroje, doping kibiców? To wszystko już mamy. A może np. pokonanie kawałka trasy samochodem czy uzupełnianie płynów alkoholem? Może też dodać gdzieś w połowie trasy zawody w zrywaniu jabłek i ucinaniu drzemki? Takie rzeczy tylko w Ameryce!

To wszystko też już było i wydarzyło się w 1904 roku w St. Louis podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich. Historia ta jest doskonałym, gotowym już scenariuszem na hollywoodzką produkcję!

Jeden z uczestników olimpijskiego maratonu z 1904 roku, Fred Lorz, spory kawałek trasy - bo aż około 16 kilometrów - przejechał samochodem! Na trasie złapały go skurcze, wsiadł więc do samochodu, który... po drodze, na ok. 7 kilometrów przed metą, po prostu się zepsuł. Lorz, czując się już znacznie lepiej, przebył resztę trasy na własnych nogach. Wbiegł na stadion jako pierwszy i został okrzyknięty zwycięzcą. Gdy historia z samochodem wyszła na jaw - Lorz oczywiście nie miał zamiaru przyznawać się do oszustwa - maratończyk został zdyskwalifikowany nie tylko z tego biegu, ale zakazano mu także udziału w innych.

Credit: Wellcome Library, London. Wellcome ImagesWellcome Images

Po ok. 15 minutach, drugi (choć tak naprawdę pierwszy) na metę wbiegł Thomas Hicks. W obecnych czasach on też zostałby zresztą zdyskwalifikowany. Za używanie niedozwolonych substancji dopingowych.

Hicks otrzymywał od swoich trenerów coś przypominającego dzisiejsze dopalacze mięśniowe, spotykane w sklepach z odżywkami. Problem w tym, że tak nowoczesnych związków chemicznych 110 lat temu nie było. Trenerzy biegacza podawali mu więc... strychninę, czyli po prostu trutkę na szczury. Hicks wypił dwie dawki trucizny, popijając nie wodą, a surowymi jajkami i brandy. Wykończony - nie tylko samym biegiem, ale i trucizną w organizmie - pijany maratończyk był na mecie cucony przez lekarzy, po czym szczęśliwie wrócił do domu.

W tym miejscu trzeb przyznać, że Hicks miał ogromne szczęście lub/i potwornie wytrzymały organizm. Nie dość, że biegł w okropnym upale, to jeszcze pijany, otruty i swój bieg wygrał. Próba biegania w ponad 30-stopniowym ukropie przy "nawadnianiu się" alkoholem, powinna się skończyć się tragicznie.

Wszelkie granice absurdu przekroczył jednak Felix Carvajal, który został lokalnym bohaterem. Carvajal nie miał żadnej strategii biegowej, trenera, sponsorów, ale biegł jakby nic go nie ruszało. Kubańczyk zakończył maraton na czwartej pozycji, po drodze rozmawiając z gapiami ustawionymi przy trasie. Tłumaczył później, że ćwiczył swój angielski. To jednak nie wszystko. Carvajal najpewniej mógł dobiec do mety jako pierwszy, jednak w połowie biegu zgłodniał i zbiegł do leżącego przy drodze sadu, aby zjeść kilka jabłek. Historia głosi, że najedzony uciął sobie jeszcze drzemkę, odpoczął i pobiegł dalej.

Dwóch innych uczestników olimpijskiego maratonu było gonionych przez agresywne i wściekłe psy.

Parafrazując nieco dawne hasło reklamowe jednego z operatorów sieci komórkowych: takie rzeczy tylko w Ameryce i tylko 110 lat temu. Bez dwóch zdań maraton z St. Louis to najbarwniejszy bieg wszechczasów.

Szczepan Radzki

Twitter: @szczepanradzki