Zabiegajmy Śląsk! Akcja Gazety i PKO Silesia Marathonu

- Bieganie to sport indywidualny, ale każdy z nas od czasu do czasu chce pobiegać w grupie, wymienić się doświadczeniami. Fenomen grup biegowych dopiero do Polski przychodzi - mówi Bohdan Witwicki, organizator Silesia Marathonu.
"Zabiegany Śląsk" to akcja PKO Silesia Marathonu i "Gazety Wyborczej" w Katowicach, która ma pokazać zaangażowanych ludzi i ich biegową pasję. Chcemy też przedstawić wasze "miejscówki" tym, którzy połknęli już bakcyla biegania, ale również, i tym, którzy wciąż szukają swojego miejsca na biegowej mapie Śląska.

W zeszłym roku rozpoczęliśmy publikację "Śląskiej mapy biegowej". Tegoroczny projekt jest rozwinięciem tamtej akcji - finałem, której będzie gazeta prezentująca "Zabiegany Śląsk" - pierwsze tego typu wydawnictwo pokazujące, gdzie i z kim biegamy.

Będziemy opisywać miejsca i grupy biegowe, z którymi możecie zacząć swoją przygodę. A mamy w naszym regionie naprawdę dużo fantastycznych miejsc do trenowania i całą masę pozytywnie zakręconych ludzi, z którymi możesz biegać czy wymieniać się doświadczeniami. Nieważne, czy chcesz ustanowić swój kolejny rekord w biegu maratońskim, czy może dopiero stawiasz pierwsze kroki, z nami bieganie może stać się jeszcze ciekawsze.

Bieganie na Śląsku jest zdrowsze niż w wielu innych rejonach Polski. Katowice, Chorzów, Siemianowice Śląskie to miasta znajdujące się w czołówce najbardziej zielonych miast w Polsce.

Ukoronowaniem treningów, oczywiście jak na mieszkańca regionu przystało, będzie start w śląskim święcie biegania, czyli PKO Silesia Marathonie. 1 i 2 października każdy z Was może wziąć udział w tym wydarzeniu, które rozegrane zostanie na ulicach Katowic, Siemianowic Śląskich i Mysłowic. Do wyboru macie maraton (42 km), półmaraton (21 km) i minimaraton (4 km). Każdy w zależności od poziomu zaawansowania biegowego, ambicji i możliwości znajdzie więc coś dla siebie.

CO NAS INTERESUJE

1. Jak się nazywacie?

2. Gdzie i kiedy spotykacie się na wspólne treningi?

3. Gdzie najczęściej biegacie?

4. Ile osób należy do grupy i ile uczęszcza na treningi?

5. Jak do was dołączyć?

6. Może są jakieś ciekawostki o grupie, którymi chcecie się podzielić?

7. Gdzie was namierzyć - strona internetowa, profil na Facebook'u?

Odpowiedzi ślijcie na adres: wojciech.todur@katowice.agora.pl.





Wojciech Todur: Po co biegaczowi grupa? Gdzie tu miejsce na samotność długodystansowca?

Bohdan Witwicki, organizator i dyrektor PKO Silesia Marathonu: Bieganie to wolność. Możesz wyjść z domu, kiedy tylko masz na to ochotę. Obrać kierunek, którego nikt ci nie narzuca. Tyle że jeżeli robisz to pięć, sześć razy w tygodniu, to przychodzi w końcu taki dzień, że chcesz, żeby ktoś ci w tym wysiłku towarzyszył. Czasami tej samotności jest już za dużo. Chcesz zwyczajnie pogadać.

O czym?

- Ostatnio biegłem na zamek w Będzinie. Po drodze mało ludzi, ale gdy już wracałem i obrałem kierunek na górę Świętej Doroty w Grodźcu, to natknąłem się na dwóch mężczyzn. Różnica wieku wskazywała, że mógł być to ojciec z synem. Zaczyna się od kontaktu wzrokowego. Potem słowo o pogodzie. O planach startowych. To takie niezobowiązujące pogaduchy. Na koniec "cześć, cześć" i każdy rusza w swoją stronę.

Są już jednak i takie miejsca, gdzie biegacz biegacza nawet nie pozdrawia. Po prostu jest nas za dużo. To byłoby uciążliwe, gdyby co kilkanaście sekund kiwać do kogoś głową.

Wykorzystuje pan takie chwile podczas treningu, żeby zachęcać do udziału w Silesia Marathonie?

- Nie. No chyba że już dochodzi do tego, że to mnie namawiają do startu. Bo i tak się zdarzało. Miło usłyszeć pochwały na temat biegu, który się samemu organizuje.

Mówi pan o biegu na zamek w Będzinie. Wokół drogi i torowiska. Co to za frajda biec ramię w ramię z tramwajem linii 21?

- Gdzieś biegać trzeba. Kiedyś, gdy mieszkałem w pobliżu Parku Śląskiego, wybór był naturalny. Miałem swoją pętlę. Znajome alejki. Teraz jest bardziej industrialnie. Może nie tak zielono, ale na pewno ciekawie.

Ile jest dziś grup biegowych na Śląsku i w Zagłębiu?

- Nikt tego nie policzył, ale myślę, że około czterdziestu. To głównie grupy miejskie. Sam nie słyszałem o grupie biegających rolników. Dużo jest za to górników. To już nie te czasy, gdy górnik po szychcie kojarzył się przede wszystkim z kuflem piwa i tłustą golonką. Myślę, że ciężka praca pod ziemią sprawia, że gdy już taki górnik wyjedzie na powierzchnię, to chce zaczerpnąć powietrza pełną piersią.

Kto w ogóle organizuje takie grupy?

- Sami biegacze. Ludzie, którzy skupiają się wokół jakiegoś miejsca, trasy. Liderzy kreują się w sposób naturalny. Najczęściej decydują o tym umiejętności i doświadczenie. Są jednak i takie grupy jak ta z Dąbrowy Górniczej, na czele której stoi człowiek, który nie biega. Po prostu jest to osoba, który lubi sport i ma żyłkę organizacyjną.

Grupy lubią się wyróżniać. Własne stroje, nazwy, barwy... Czy to widać chociażby podczas Silesia Marathonu?

- Coraz mocniej, ale jednak wciąż można wiele poprawić. Nieco ponad miesiąc temu brałem udział w biegu "Two Oceans" w RPA. W okolicach mety powstało miasteczko namiotowe. Flag sponsorów jednak tam nie było. Każdy namiot reprezentował inną grupę biegaczy. Można było podejść, pogadać, dowiedzieć się czegoś o treningach danej grupy. Na zachętę czekało ciasto, napoje. Istny piknik.

Śląsk pod względem ilości grup biegowych wyróżnia się na tle reszty kraju?

- Równać może się z nami tylko Warszawa. Tyle że tam poszczególne grupy identyfikują się z dzielnicami, a u nas z miastami. Są jednak i białe plamy. Chociażby Siemianowice Śląskie. Biega tam wiele osób, ale o zorganizowanej grupie nie słyszałem.

Są ludzie, który jeżdżą pobiegać do innych miast. Takim magnesem jest np. Pogoria w Dąbrowie Górniczej. Nie brakuje tam biegaczy z Katowic, którzy przyjeżdżają specjalnie po to, żeby trenować właśnie tutaj.

Grupy organizują też własne biegi. Często się to zdarza?

- Często, bo taki bieg to wizytówka. Forma reklamy i sposób na dotarcie do innych ludzi. Organizacja biegu tylko z pozoru wydaje się łatwa. Co innego zrobić jednak bieg dla przyjaciół w parku, a co innego wyjść z nim do ludzi.

Pamiętam, jak zgłosili się do mnie młodzi ludzie z Nowej Wsi niedaleko Pyrzowic . Był w nich zapał, ale i zdolności organizacyjne. Zrobili bieg, który zgromadził na starcie ponad dwieście osób. Po roku startujących było już ponad trzystu. No i pojawił się problem z pomiarem czasu, bo takiej liczby uczestników na stoper już się nie złapie. Potrzeba czipów, fotokomórki. Próbować jednak trzeba.

A pan jak zaczął biegać?

- Dawno to było, w roku 1978. Trenowałem wtedy wyczynowo judo. Wyczynowo, bo to było i dziesięć treningów w tygodniu. Doszedłem jednak do takiego poziomu, że... nie mogłem ruszyć z miejsca. Przyszło zniechęcenie i stagnacja. Zastanawiałem się, co dalej... Decyzję pomógł podjąć Tomasz Hopfer. Dziennikarz sportowy, który propagował bieganie w Telewizji Polskiej.

I tak za jego namową zacząłem biegać. Pierwszy maraton pokonałem we wrześniu 1983 r., dokładnie cztery dni po moich 18. urodzinach. To był oczywiście bieg w Warszawie. Wtedy w naszym kraju były tylko dwa maratony. W Warszawie i Dębnie. Tyle że Dębno to były zawody dla zawodników z licencjami i klubowymi legitymacjami. Przez lata ten maraton miał rangę mistrzostw Polski.

Pierwszy bieg maratoński zapada w pamięć. Tym bardziej że wówczas w Warszawie było wyjątkowo, jak na końcówkę września zimno. Ledwie kilka stopni powyżej zera. Podobno był to do dzisiaj najzimniejszy Maraton Warszawski.

Dodatkowo przez cały bieg padał deszcz, co potęgowało uczucie chłodu, zwłaszcza u tak niedoświadczonego biegacza jak ja. Padający deszcz sprawił, że mój zwykły "analogowy" i niewodoodporny zegarek zaparował po kilku minutach i ułożony plan trzymania się odpowiedniego tempa po chwili runął.

Teraz każdego roku przebiegam ok. 3-4 tysiące kilometrów, choć zdarzały się lata, gdy przebiegałem nawet ponad 7 tysięcy kilometrów rocznie. Przez te 33 lata od pierwszego maratonu w życiu przebiegłem już około 100 tys. km. Nigdy nie chorowałem. Nie miałem kontuzji biegowych. I co biegaczy nie dziwi - ciągle chce mi się jeszcze biegać. Dziś już zmieniły się jednak moje priorytety. Nie gonię za własnymi rekordami. Frajda z biegania jest jednak równie wielka jak 33 lata temu.

* "Zabiegany Śląsk!" jest realizowany pod patronatem PKO Silesia Marathon, "Gazety Wyborczej", Runner's World i współfinansowany ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki

Skomentuj:
Zabiegajmy Śląsk! Akcja Gazety i PKO Silesia Marathonu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX