Dawaj, dawaj, yes, you can!

Jestem kibicem. Bo lubię. Bo doping pomaga. Bo tak już mam. Na maratonach czekam do ostatniego. Liczę na rewanż, bo może w Poznaniu 10 października sama będę na szarym końcu? Chciałabym wtedy, żeby ktoś przynajmniej się do mnie uśmiechnął.

Przez trzy godziny przelewa się ulicą rzeka biegaczy. Słychać ostre gitarowe solo. Na chodnikach pełno gapiów, niektórzy na składanych krzesełkach. Klaszczą, wymachują, czym popadnie, krzyczą: ''You can do it!''. Robią hałas. Tak było 1 listopada 2009 roku, gdy przez pięć dzielnic Nowego Jorku przebiegło 45 tysięcy maratończyków.

Nowojorczycy cieszą się swoim maratonem. Nie zwalałabym na to, że Amerykanie ''tacy już są'', że łatwo się entuzjazmują, że są dziecinni, że naiwni. Oni to po prostu lubią. Zresztą lepiej być głupio uśmiechniętym, niż wiecznie marudzić.

Stałam z tatą na Manhattan Avenue na Brooklynie i oglądałam maratończyków: od czołówki kobiet (zawsze startują przed mężczyznami) z Paulą Radcliffe, słynną angielską maratonką, po ostatnich człapaczy. Został mi na pamiątkę bidon wyrzucony przez - jak się potem okazało - zwyciężczynię Derartu Tulu z Etiopii.

Trudno było o miejsce na chodniku. Tata zachrypł, bałam się, że dostanie zawału, ale krzyczał dalej. Doskonale sprawdza się imię na koszulce - koniecznie z przodu - żeby kibic wiedział, komu ma krzyczeć: ''Go! go!''. Biegacze w przebraniu podwójnie skupiali uwagę. Moim faworytem był człowiek z wieżą Eiffla na głowie.

Wypatrywaliśmy w tłumie Justyny Kowalczyk - nie, nie tej. Nasza Justyna Kowalczyk mieszka w Warszawie, brała udział w dwóch sztafetach Polska Biega - naszej biegackiej akcji. Ale tłum biegaczy był taki, że w końcu to ona nas wypatrzyła - pomogła polska flaga. Przebiegłam się z nią chwilę, porobiłam zdjęcia.

Wysapała mi, że powaliła ją nowojorska różnorodność, bo z dzielnicy ortodoksyjnych Żydów wbiegała w ulice pełne Latynosów, a potem nagle zagłębie knajp i hipsterów. Co chwila coś gdzieś krzyczało, grało i śpiewało. Była pierwszy raz w życiu w Nowym Jorku. - Niesamowicie się tu biegnie! - krzyknęła.

Wskoczyłam w metro, żeby dostać się do Central Parku, w okolice mety. Manhattan prawie bez samochodów, śmiesznie. Wiele ulic poblokowanych, kierowcy w korkach, ale przez cały dzień nie widziałam nikogo, kto kląłby matkę policjanta za to, że mu ulicę zamknęli. Nowojorczycy byli na to przygotowani. W miejscach, którymi wiedzie trasa, wisiały dużo wcześniej wielkie pomarańczowe tablice z informacją, że 1 listopada ruch będzie wstrzymany. W metrze roiło się od plakatów.

Podobny entuzjazm (a może i lepszy?) jest w Londynie, Berlinie, Chicago, Paryżu. U nas - jeszcze nie. Dobrze, że organizatorzy największych maratonów: Poznania, Warszawy, Krakowa, Wrocławia, dbają o oprawę muzyczną - ustawiają na trasie zespoły: bębniarzy, chóry, szkoły samby. Ale w Nowym Jorku ludzie spontanicznie włączali się w takie kibicowanie. Wystawiali w oknach głośniki i puszczali muzykę. Nikt ich nie zachęcał, nikt za to nie płacił. Na polskich maratonach zdarzają się, jak w Poznaniu, kobiety walące łyżką w garnek. Ale ciągle mi tego za mało - są kilkukilometrowe odcinki, na których nie ma żywego ducha - biegacz słyszy tylko własny oddech i tupot adidasów.

I ciągle z zaskoczeniem czytam potem wściekłe komentarze: ''Jak oni mogli nam miasto zablokować?'', ''Niech sobie biegają po stadionach!''.

Wiem, wiem: gdy maratończycy ruszają w miasto, nigdzie nie można dojechać. Ale maraton jest raz do roku - przez pozostałe 364 dni można sobie w niedzielę jeździć po mieście, ile wlezie. A czy jest fajniejszy sposób na promocję sportu? Niech dzieciaki zobaczą, że biegać każdy może (nawet ten siwy pan na samym końcu), że to frajda (bo biegnie pszczółka, diablica albo wieża Eiffla) i że nie trzeba być Robertem Kubicą w supersamochodzie, by zrobić coś niezwykłego.

Problemem kierowców jest u nas nie maraton, tylko to, że brakuje obwodnic, po których można by puścić ruch samochodowy w takie ''ciężkie'' dni.

I brak informacji. Maraton z zaskoczenia jest trudniejszy do zaakceptowania.

Na wąskich londyńskich ulicach kibiców jest tak dużo, że biegaczom ciężko się przecisnąć. Maratończycy narzekają nawet, że w okolicach nieszczęsnej ''ściany'' (po 30. kilometrze) duży hałas może zaboleć. Zazdroszczę im takich problemów.

Uwielbiam kibicować. Można spalić trochę kalorii. Doping ma maksa wymaga wytrzymałości - koleżanka, która podczas łowickiego półmaratonu zagrzewała do biegu swojego męża, była chyba bardziej zmęczona niż on. A Ewelina Wolszczak z naszej ''Gazetowej'' drużyny po przedopingowaniu maratonu sama zaczęła trenować i za dziesięć dni (Boże, to już za dziesięć dni!) biegniemy razem Poznań.

Wieczorem na nowojorskich ulicach i w knajpach widziałam setki osób z medalami wręczonymi za ukończenie maratonu. Podchodzili do nich ludzie, klepali ich po plecach, wypytywali o wynik i pili na zdrowie. Bardzo amerykańskie, ale czy nie fajne? Lepiej mieć taki temat do rozmów niż wciąż o krzyżu pod Pałacem.