Polska Biega 3 Maratony: my kobiety

"Z kobiecej perspektywy start w dużym biegu wygląda inaczej. Nie o bicie życiówek zawsze najbardziej nam, biegaczkom, chodzi. Miło byłoby zrobić lepszy czas, ale bez ciśnienia, jak mówi Magda Wójtowicz z naszej "Gazetowej" drużyny. Chcemy dotrzeć do mety uśmiechnięte, w dobrym nastroju, ładnie wyglądać, a potem cieszyć się efektami tej naszej harówki - ostrzejszy zarys talii, spódnica tańcząca swobodnie wokół bioder. Dlatego wiele z nas, kobiet, ciągnie się w ogonach masowych biegów. Ale to wcale nie oznacza, że łatwo dajemy za wygraną. O, nie."

Od siedmiu tygodni do startu w maratonie trenuje drużyna "Gazety": czterech mężczyzn, którzy zadebiutują na 42,195 km, czwórka rodziców, którzy chcą wystartować z małymi dziećmi w specjalnych trzykołowych wózkach, i cztery panie, doświadczone maratonki. Co tydzień konsultują się z Wojciechem Staszewskim, reporterem "Gazety" i trenerem lekkoatletyki, i dostają plan treningowy na kolejny tydzień. Mężczyźni staną na starcie już 11 września we Wrocławiu, kobiety - dwa tygodnie później w stolicy, rodzice z maluchami - 16 października w Poznaniu. Te trzy zespoły mają ze sobą mądrze rywalizować i pokazać, że można przygotować się do maratonu nawet przy nawale codziennych obowiązków, będąc emerytem, mamą na dwóch etatach czy panem dyrektorem w rozjazdach.

Z trasy nie zejdę

18 czerwca wystartowałam w półmaratonie Chełmno - Świecie. Ponad 80 zawodników na trasie, co oznacza, że będzie mocne tempo, bo na małych imprezach nie ma przypadkowych zawodników. To nie bieg na 5 km dla 5 tys. po ulicach Warszawy, gdzie człowiek może się powolutku snuć Gallowayem (idziesz, biegniesz, znowu idziesz). Na pierwszych kilometrach przez urokliwą starówkę Chełmna twardo trzymałam się tych prawdziwych biegaczy. Efekt? Dawno nieodczuwana kolka. Musiałam zwolnić, wyprzedziło mnie kilkanaście osób, ale daleko za mną dreptał jeszcze jeden biegacz. Spokojnie, spokojnie, nie jestem ostatnia, można biec dalej. Gdy wbiegłam do Świecia - przede mną jeszcze całe miasto - nagle usłyszałam za plecami "tyr, tyr, tyr". Obracam się, robi mi się słabo. Za mną karetka, potem busik, do którego zbiera się tych, którzy schodzą z trasy. Ale wstyd. Ludzie z politowaniem patrzą na "tę ostatnią", choć są i tacy, którzy dodają animuszu: - Dawaj, dziewczyno, dasz radę do mety!
Czuję się jak staruszka, a przecież biegnę na 2:10 (limit czasu w półmaratonie to 3 godziny). Policjanci kierujący ruchem namawiają, żeby wsiąść do busika:
- Pani wsiądzie, pani się nie męczy, oni jadą w tym samym kierunku. "Ja miałabym zejść z trasy? Nigdy! Przecież dobrze się czuję. Po prostu inni są szybsi" - myślę i drepczę dalej. Na podbiegu poruszam się tak wolno, że ambulans musi się zatrzymać, inaczej zgasłby mu silnik. Kilometr przed metą zrównałam się z chłopakiem, trochę truchtał, trochę szedł, miał kurcze. Wyprzedziłam go i na metę dotarłam przedostatnia.

"Ja miałabym zejść z trasy? Nigdy! Przecież dobrze się czuję. Po prostu inni są szybsi"

W małej sali w fabryce papieru w Świeciu zaczyna się dekoracja. Prowadzący zaprasza na scenę dziesięciu najszybszych mężczyzn. Każdy dostaje wydrukowany duży czek z wpisaną kwotą. Pierwszy 1 tys. zł, drugi - 900, trzeci - 800, i tak dalej. Brawa. Teraz panie: pierwsza Białorusinka i znowu czek na tysiąc, potem miejsce drugie, trzecie, szóste, siódme, i nagle słyszę: "Ósme miejsce i 200 zł - Małgorzata Smolińska". O Jezu, to przecież ja! Ale jak? Jak? Przecież byłam ostatnia! Szok. Okazało się, że w półmaratonie wzięło udział tylko osiem kobiet, tak więc - mimo upokorzeń - stanęłam na pudle.

Pamiętajcie o ostatnich

Zdarza się, że gdy większość startujących jest już na mecie, organizatorzy zaczynają zwijać trasę, likwidują punkty żywieniowe, na mecie brakuje wolontariuszy. A przecież tam na końcu ktoś jeszcze biegnie. Organizatorzy i kibice, nie zapominajcie o ostatnich. W ogonie ciągnie się dużo kobiet, niektóre po raz pierwszy startują na takim dystansie. Mogą się obrazić na bieganie i nigdy już na linię startu nie wrócić. Szkoda.
Pod tym apelem podpisują się też cztery dziewczyny z "Gazetowej" drużyny.

Walcząc z zegarkiem

Joanna Kozanecka
33 lata
ukończyła siedem maratonów
pracuje w firmie farmaceutycznej
Warszawa


To nie tylko polska przypadłość, że metę zwija się, gdy na trasie jeszcze ktoś jest. Na maratonie w Sztokholmie sama widziałam, jak ludzie doczłapują do mety, a już bannery ściągnięte, dzieciaki, które mają pomagać biegaczom, bawią się komórkami, nie zwracają uwagi na tych ostatnich. Dopiero w takich sytuacjach trzeba mieć silną psychikę! Moja koleżanka Aneta swój pierwszy maraton biegła do 35. kilometra jako ostatnia. Jechał za nią autobus z napisem "koniec maratonu". Presja ogromna, ale Aneta trzymała się swojego tempa, udało jej się potem wyprzedzić dwóch facetów. Ja bym chyba tego nie wytrzymała. Aneta tak się zawzięła, że proszę bardzo, wystartowałyśmy w tym roku w Biegu Rzeźnika (78 km po górach). Biegnie się w parach po bieszczadzkich połoninach. Nie ukończyłyśmy go jednak. Na ostatnim punkcie kontrolnym, na 70. kilometrze, musiałyśmy zejść z trasy, bo wypadłyśmy z limitu czasu. Przyjęłyśmy to spokojnie. Ale następnego dnia rano w schronisku byłyśmy złe, zaczęłyśmy analizować, co było nie tak. Za rok wracamy i wszystkim pokażemy! Dla mnie ten bieg ma ogromne znaczenie, bo to krok w kierunku mojego wielkiego marzenia - biegu górskiego wokół Mt. Blanc.

04.07.2011 WARSZAWA , POLSKA BIEGA 3 MARATONY , JOANNA KOZANECKA .  FOT. FRANCISZEK MAZUR / AGENCJA GAZETA

Ja zresztą ciągle mam nowe pomysły. A to przeczytam artykuł o maratonie na Antarktydzie, a to o nowym szczycie. Chciałabym zrobić maraton w każdej stolicy europejskiej. Trzy-cztery maratony w roku... powinnam dać radę (biegam od trzech lat, ale intensywnie). Chcę zaliczyć Koronę Ziemi (najwyższe szczyty każdego kontynentu) oraz dołączyć do Klubu 7 Kontynentów (maraton na każdym kontynencie). Ale to marzenia z serii "daleka przyszłość", w tej chwili przekraczają moje możliwości finansowe. W lipcu weszłam na Pik Lenina (7134 m n.p.m.). Jestem z siebie dumna. W zimie będę atakować Aconcaguę (6962 m).

Przed każdym startem myślę o wyniku, ale zauważyłam, że im bardziej się nastawiam, tym mniej z tego wychodzi. Więc wolę być ostrożna. Byłoby super, gdybym zeszła poniżej czterech godzin. Mam jednak dużo pokory - tak wiele zależy od pogody, od zdrowia. Jak dobiję do piątego kilometra, będę wiedziała, jaki zrobię czas. Taki licznik mam w środku.
Mam pięć dobrych "biegowych" koleżanek. Dla nich każdy start to próba bicia rekordu, choć zawsze mówią, że będą biegły "treningowo". Ale potem widzę walkę na trasie. Wojtek Staszewski śmieje się ze mnie, że ja chyba też nie potrafię pobiec luźno. Cóż, taki organizm. W moim życiu było zawsze dużo sportu. Pierwsza dyscyplina to tenis stołowy (tato był trenerem), potem koszykówka, siatkówka, na AWF-ie przygoda z szermierką, potem korfball, wspinaczka i bieganie.

Dla mnie ten bieg ma ogromne znaczenie, bo to krok w kierunku mojego wielkiego marzenia - biegu górskiego wokół Mt. Blanc.

Mój chłopak nie biega, po górach nie chodzi, ale rozumie moje pasje. Efekt: od czterech lat nie byliśmy na wspólnym urlopie. Ale godzimy się z tym.
Dopóki nie trenowałam w "Gazetowej" drużynie, nawet długie wybiegania robiłam w mocnym tempie. Walczyłam z sekundami, bo ja nigdy nie walczę z ludźmi, tylko z zegarkiem. A teraz trener każe mi biegać w tempie 6.30 min na kilometr. Strasznie ciężko.
Nie umiem biegać bez zegarka. Wychodzenie na trening to jak rytuał. Biegam z muzyką, więc pamiętam o naładowaniu grajka. Następnie wystawiam Garmina (urządzenie pokazujące m.in. odległości, tempo etc.) na balkon, żeby złapał satelitę - potem pod blokiem nie marnuję już czasu. Na lewą rękę zakładam zegarek i m-balance - sylikonową opaskę, która, jak zapewniają producenci, poprawia wydolność; to teraz bardzo modne wśród sportowców amatorów. Na prawą nakładam road ID. To specjalna opaska na rzep z wygrawerowanymi danymi, moją grupą krwi i numerami do najbliższych. Już dwa razy nieomal potrącił mnie samochód, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Do kieszeni wrzucam aplikator na astmę - ataki łapią mnie w zupełnie nieoczekiwanych momentach.
Z tym "strzeżeniem się" to poważna sprawa. Czasem, gdy jadę wieczorem samochodem i mijam biegacza ubranego na ciemno, jestem przerażona: zupełnie go nie widać! I na rower, i do biegania kupuję ubrania i buty z odblaskami, mam żółtą kurtkę, dużo żarówiastych rzeczy. Odchodzę od czarnego. Od dłuższego czasu szukam spódniczki do biegania, ale nie czarnej. Niełatwo.

Za rok w Paryżu

Leonora Karłowska
51 lat
1 maraton na koncie
właścicielka sklepów odzieżowych
Dzierzążenko, woj. wielkopolskie


Tak, byłam ostatnia. To był bieg w Lotyniu (Wielkopolskie), mały - jakieś 60-80 osób - na 7 km. Wyprzedził mnie nawet kulawy pan z kontuzją. A za mną straż. Ale z trasy nie zeszłam. Obraziłam się wtedy na bieganie. Na pół roku dałam spokój. Ale nie poddałam się. I nie jestem już ostatnia! Choć nadal w ogonie! (śmiech). W lipcu zrobiłam 10 km w Dźwirzynie po plaży, wiatr był, dość trudno. Nawet udało mi się kilka osób wyprzedzić (szacun dla Wojtka za plany treningowe). Przy okazji utwierdziłam się w przekonaniu, że na końcu zawsze biegną weseli ludzie.

Kiedyś, jak nie było czasu albo pogoda nie ta, to nie szłam na trening, ale teraz - nieważne, że goście, rodzina, długi weekend, mycie naczyń, plan trzeba wykonać i już!

Mąż Jurek to mój trener numer dwa. Biegamy osobno, to znaczy wyjeżdżamy z domu razem, ale potem on w lesie robi swoje kółko w swoim tempie, a ja w swoim. W Warszawie też startuje, a jeśli wszystko będzie OK, to postanowiliśmy, że będziemy co roku robić maraton w innej stolicy europejskiej. Kwiecień 2012 - Paryż.  
W "Gazetowej" drużynie czuję reżim. Kiedyś, jak nie było czasu albo pogoda nie ta, to nie szłam na trening, ale teraz - nieważne, że goście, rodzina, długi weekend, mycie naczyń, plan trzeba wykonać i już!

06.07.2011 ZLOTOW , LEONORA KARLOWSKA ( L Z KRESKA ) .  FOT. KRZYSZTOF SZATKOWSKI / AGENCJA GAZETA

Na moich ścieżkach coraz więcej biegających pań. I to nie nastolatek. Widać, że to pierwsze próby, bawełniane koszulki, zwykłe dresy, żadna tam profesjonalna odzież do biegania. Jak te panie spacerują albo z kijkami chodzą i widzą biegaczy, to czasami też chcą spróbować. Może któraś zapatrzyła się właśnie na mnie?

Czego boję się w Warszawie? Wcale nie tego, że nie skończę. Ostatnio boli mnie prawe biodro, ale robię ćwiczenia, smaruję maściami, na pewno jakoś je wyleczę. Nasłuchałam się o atmosferze podczas maratonu, a raczej braku atmosfery, że mieszkańcy są negatywnie nastawieni, nie ma komu bić braw, kierowcy trąbią. Biegłam rok temu w Berlinie - tam całe miasto kibicowało, mimo że deszcz lał strumieniami. Byłoby cudownie, gdyby było przynajmniej w połowie tak jak w Niemczech. Szkoda, że w polskiej telewizji nie ma transmisji z maratonów. Na Eurosporcie - a to Londyn, a to Nowy Jork. Zwykli ludzie zobaczyliby, że maraton to wspaniała impreza, a nie tylko generator korków.

Jak nie teraz, to kiedy?

Magdalena Wójtowicz
32 lata
ma na koncie jeden maraton
nauczycielka angielskiego
Janów Lubelski


Strasznie się bałam 30. urodzin (śmieszne, nie?) i żeby coś sobie udowodnić, zafundowałam sobie maraton. Teraz zastanawiam się: co ja wymyślę na czterdziestkę? Marzy mi się triatlon, nie iron, tylko olimpijski.

Biegam po części dla swojej córeczki Majki. Mój mąż też trenuje - jest ode mnie szybszy i wytrzymalszy, dlatego nigdy nie biegamy razem. Mała widzi, że sport w naszym życiu to ważny rozdział. Jeździ z nami na zawody, obraca się "w środowisku", wie, co to znaczy kibicować. Czasami, jak mam zrobić dwugodzinne wybieganie, to nie bardzo mam z kim ją zostawić. Nagle teść mówi: - To ja ją wezmę, idź pobiegać. I dwie minuty później jestem gotowa i lecę na trening.

05.07.2011 JANOW LUBELSKI . BIEGACZKA , BOHATERKA NR 7 MAGDALENA WOJTOWICZ . POLSKA BIEGA 3 . MARATONY .  FOT. IWONA BURDZANOWSKA / AGENCJA GAZETA

Starty dodają pikanterii, są celem, ale mnie wielką przyjemność sprawia czas przygotowań. Nie mam napinki na wynik, stawiam sobie realne cele. 4:30 w Warszawie? Hmm. Jak zejdę poniżej pięciu godzin, to będzie ekstra (rok temu 5:11). Mam taką technikę, że na trasie wybieram osobę, którą chciałabym wyprzedzić, i czatuję. W okolicznych biegach startuje taki jeden pan, na którego się zawsze zasadzam. Jeździmy na zawody do Tarnobrzega, do Stalowej Woli. Inni byli ciekawi: "A wy tam w Janowie nie macie żadnego biegu?". Pytałam burmistrza dlaczego. A on na to: "Zróbcie. Będziemy pomagać". No i miasto pomogło. W czerwcu mieliśmy I Bieg Partyzantów na 12 km. Uczniowie z mojego liceum włączyli się w przygotowania, wystartowało kilkadziesiąt osób. Już mojej młodzieży zapowiedziałam, żeby się szykowali na następny rok.

Śmieszne. Ale pijaczki spod pobliskiego sklepu często, chwiejąc się, z ławeczki wstają i biją brawo.

Niestety, od początku lipca jestem 2 kg do przodu. Moją zmorą są słodycze. Wydaje mi się, że jeśli biegam, to mogę sobie na nie pozwolić. Moje mundurki do szkoły stają się przyciasne. Muszę nad tym popracować.

Nie mam za dużo biegających koleżanek, jedynie młodszą o dziesięć lat Klaudię. Ona biega dla siebie, dla figury, nie chce startować. Namawiam ją czasem: "Klaudia, chodź, jak nie teraz, to kiedy?". Biegam coraz więcej po asfalcie. Nie chce mi się autem do lasu dojeżdżać, a i nogi muszą się przyzwyczajać do twardego. Ale nie latam po centrum Janowa. Niby ludzie się przyzwyczaili, że ktoś biega, chociaż niektórzy nadal sądzą, że nauczycielce nie wypada. Śmieszne. Ale pijaczki spod pobliskiego sklepu często, chwiejąc się, z ławeczki wstają i biją brawo.

Pobudka 5.15

Małgorzata Łoboz
48 lat
ma za sobą 1 maraton
sędzia w sądzie okręgowym


Raz w życiu zajęłam ostatnie miejsce. To były zawody w brydża na Politechnice Krakowskiej, wystartowaliśmy z mężem. Czy cięliśmy z tego powodu żyły? Skądże!
Od kilkunastu lat wspinam się. To jest moja pasja numer jeden. Ona uczy godzić się z losem, uczy wytrwałości. Mój pierwszy maraton (Wrocław 2008) to jakby dziecko przygotowań do wyprawy na Gasherbrum II. Tak się nabiegałam, aż olśniło mnie, że może i maraton dałabym radę. Dałam. 4 godziny 37 minut. Lampka się włączyła, zamarzyła mi się korona maratonów polskich, ale życie idzie własnymi ścieżkami i w ubiegłym roku nie miałam czasu, by przygotować się do maratonu. Ale teraz plany i wspinaczkowe, i biegowe nabierają rumieńców. Jest maraton w Stambule - biegnie się z Europy do Azji. Super. Na pewno tam wystartuję.

06.07.2011 KRAKOW , BIEGACZKA MALGORZATA LOBOZ (

Oczywiście chcę poprawić czas z mojego debiutu. Ale mam dolegliwości (kiedyś poważna kontuzja kolana, przez co cały układ ruchowy nie działa tak, jak powinien), więc powstrzymuję się od deklaracji.

Mój pierwszy maraton (Wrocław 2008) to jakby dziecko przygotowań do wyprawy na Gasherbrum II. Tak się nabiegałam, aż olśniło mnie, że może i maraton dałabym radę.

Jestem teraz z córką Weroniką nad jeziorem Garda. Jest masakryczny upał. 34 stopnie, w ciągu dnia nie ma mowy o bieganiu. Całą sobotę jechałyśmy z Polski w ogromnych korkach. A w niedzielę - pobudka o 5.15 i dwie godziny biegiem, już wtedy było 26 stopni. Jest plan, trzeba go wypełnić. Nie ma, że boli.

Dołącz do nas na Facebooku.