Bieganie wciąga, często nawet uzależnia. Nietrudno przegiąć pałę [WYWIAD]

- Kiedyś 40-latek uprawiający jogging uważany był za dziwaka. Dziś już nikogo nie dziwi. Bieganie jest wielkomiejską modą, choć prawdziwy boom dopiero przed nami - mówi Janusz Czapiński, psycholog społeczny

Biegowe ciekawostki, porady i newsy. Śledź nas na Facebooku i Twitterze @PolskaBiega!

O fenomenie biegania w Polsce rozmawiałem z Januszem Czapińskim, psychologiem społecznym i kierownikiem badań „Diagnozy Społecznej”, analizy zajmującej się warunkami i jakości życia w Polsce.

Damian Bąbol: Coraz więcej Polaków bieg. Pan również?

Janusz Czapiński: Nie, ale widać, że w dużych miastach bieganie rzeczywiście kwitnie. Nazwałbym to wielkomiejską modą.

Zbzikowaliśmy na jej punkcie?

- Ta moda ewoluowała. Na początku były medialne kampanie w celu rzucania palenia. Później stopniowo coraz bardziej zwracaliśmy uwagę na poprawę zdrowia. Zaczęliśmy się ruszać, m.in. wychodzić do fitness clubów. Teraz nadchodzi era biegania.

Polacy się zaktywizowali?

- Niestety, nie do końca. W ostatniej Diagnozie Społecznej do uprawiania sportu przyznało się zaledwie 40 proc. naszych respondentów, czyli ponad połowa w ogóle nie rusza się z fotela. To niepokojący wniosek.

Może moda na bieganie to zmieni?

- Paradoksalnie, badania wykazują, że jeszcze nie jest to najchętniej uprawiany sport przez Polaków. Połowa z tych aktywnych na pierwszym miejscu stawia jazdę na rowerze. Na drugim pływanie. Prawdziwy boom na bieganie dopiero nas czeka. Na razie ta aktywność dominuje w dużych miastach, ale sądzę, że już niedługo mieszkańcy mniejszych miejscowości też rozsmakują się w tym sporcie. Bo chyba nadal jest tak, że ludzie z miasteczek z pewnym zażenowaniem patrzą na biegających ludzi. Ale w Warszawie - zaledwie kilka lat temu - było podobnie, zwłaszcza kiedy na jogging wybrała się osoba po 40-stce. Ktoś taki był uważany za dziwaka. Dziś już takie sytuacje się nie zdarzają.

Oj, zdarzają... Jakiś czas temu biegałem przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie, akurat obok sklepu monopolowego, z którego wyszedł lekko wstawiony klient i rzucił do mnie: „Ooo, fasscet w rajtuzach popier...”.

- (śmiech) No cóż, bywają wyjątki, ale z całą pewnością nie jest to masowe szydzenie.

Ale grupa biegowych sceptyków i tak jest chyba spora. Przy każdym większym biegu narzekają, że przez biegaczy muszą stać w korkach.

- To głównie starsze pokolenie ma z tym problem. Złości się i przeklina, że biegacze zamknęli jakąś ulicę. Młodzi ludzie widzą  to inaczej. Ale to przejściowe. Jak ci młodzi staną się starsi, będą do takich imprez podchodzić z większą wyrozumiałością.

Zwłaszcza, że tych imprez jest mnóstwo. Warszawa jest jedynym miastem w Europie, która organizuje dwa duże maratony i półmaratony.

- To chyba jedna z naszych narodowych cech, że jak się w coś zaangażujemy, to robimy to na wielką skalę. Polak lubi się pokazać. Jak mu coś zaczyna wychodzić, to idzie na całość. Weźmy wesela - jak już je robimy, to na dwieście osób.

Inna sprawa, że coraz większa popularność biegów ulicznych wynika z tego, że przestrzeń publiczna nie jest wystarczająca zagospodarowana. Lubimy uczestniczyć w takich imprezach. Na trasie spotykamy znajomych, kibicuje nam rodzina. Bieganie łączy w sobie wiele potrzeb m.in. stowarzyszania się, przynależności. Na dobrą sprawę Polacy nie mają zbyt wiele okazji, żeby w taki niezawodowy sposób przebywać z innymi i coś wspólnie porobić. Maraton temu sprzyja, jest czymś w rodzaju sportu zespołowego.

Często zgłaszamy się do maratonu, choć nie jesteśmy do niego przygotowani.

- Bieganie wciąga, często nawet uzależnia. I jak w przypadku każdego nałogu, kolokwialnie mówiąc, nietrudno przegiąć pałę. W dodatku ludzie nastawieni na sukces bardzo lubią stale się sprawdzać. Jeśli tylko uważają, że są zdrowi, to próbują swoich sił w najtrudniejszych sprawdzianach, czyli maratonach. Uważam, że w biegach na 42,195 km startują jednak te osoby, które wcześniej zdążyły się już uzależnić.

Sporo jest takich, którzy lubią przegiąć. Szukają dodatkowych bodźców, np. w ultramaratonach, biegach na 80, 100, czy nawet 200 km!

- Szukają niszy, chcą w niej zaistnieć. A w tej dziedzinie pole do popisu jest ogromne. Biegowym Mount Everestem wydaje się przebiegnięcie czterech pustyń [Sahara, Gobi, Atacama, Antarktyda]. Teraz tej sztuki próbuje dokonać czterech Polaków.

No, i oczywiście najlepiej takim wyczynem pochwalić się na Facebooku. Chętnie dzielimy się przebiegniętymi dystansami na portalach społecznościowych. Lubimy się chwalić, czy szukamy dodatkowej motywacji?

- Jeśli ktoś osiągnął sukces w bieganiu np. po raz pierwszy pokonał 5 km, to trudno się dziwić, że chce się tym pochwalić całemu świata. I nie widzę w tym nic złego, podobnie jak w portalach społecznościowych. No chyba, że dochodzi tam do hejterstwa, ale na razie nie jest z tym najgorzej. W ogóle jeśli ludzie dzielą się własnymi sukcesami czy wiedzą w internecie, to bardzo dobrze. To też służy w utrzymaniu motywacji. Skoro jedni doceniają, inni zazdroszczą, to mamy sygnał, żeby dalej zajmować się swoją pasją.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: