Siła biegania tkwi w różnorodności

Bieganie staje się w Polsce normalnością. Biegowa społeczność rośnie i jak w każdym społeczeństwie, zaczął się proces polaryzacji. Nie ma tu jednak zwalczających się obozów. Biegacze wyznają różne teorie, ale znacznie częściej wzajemnie się inspirują niż rywalizują.

Biegacze minimalistyczni i gadżeciarze, zwolennicy trenowania według planu i szukający w bieganiu pełnej wolności, weganie i mięsożercy. Biegowa Polska jest coraz bardziej różnorodna, ale równocześnie wyjątkowo zgodna.

Według planu lub dla funu

Dwa obozy - osób biegających z planem treningowym oraz tych spontanicznych, biegających bez zegarka - zdarza się, że wzajemnie się z siebie podśmiewają. Jedni są „spięci”, drugim „brakuje ambicji”, ale nie ma między nimi walki. Bo obu stronach jest radość. - Być może coś w tym jest, że, trenowanie jota w jotę według planu czasami zabija frajdę z samego biegania. Co innego jeśli uwielbiamy rywalizację na zawodach, bicie życiówek i sprawdzanie swoich pozycji w różnych klasyfikacjach. Wtedy najczęściej zapomina się o wszystkich wyrzeczeniach i ciężkich treningach - mówi Hubert Król, trener lekkiej atletyki, prowadzący grupę kilkudziesięciu biegaczy amatorów oraz triathlonistów. Bieganie według planu często wynika z charakteru. Ktoś, kto najpierw w szkole, potem w pracy wszystko miał zawsze zaplanowane, w bieganiu również potrzebuje dyscypliny. - Dla mnie plan i jego wykonanie to świętość. Nie zawsze wychodzi na 100 proc., nie zawsze dam radę pobić życiówkę, ale przynajmniej mam wyznaczony cel. Dzięki treningom biegowym, zmaganiu się z trudnymi zadaniami, nauczyłam się lepiej znosić porażki. Plan wyznacza mi drogę do bycia lepszą. Jak czasami nie uda się go zrealizować, to wiem, że za chwilę będą następne zawody i w końcu osiągnę cel - mówi Żaneta Wota, która biega amatorsko.

Życiówka? Nie, dziękuję

Inną biegową filozofię stosuje Filip Bojko. Mieszka na warszawskiej Pradze, ma psa Eto, znanego jako „Pieskomandos” i razem startują w zawodach biegowych. Zazwyczaj są to górskie ultramaratony, podczas których na trasie przebywają przez kilkanaście godzin. - Wyznaję zasadę, że należy robić to co się lubi i czerpać z tego przyjemność. W górach czujemy się najlepiej. Nie czuję potrzeby bicia rekordów. Lubię za to porządnie się zmęczyć na łonie natury - podkreśla Filip. - Od zawsze biegam dla radochy. Nie stosuję żadnego planu treningowego, ruszam się bez zegarka. Staram się słuchać własnego organizmu, więc biegam tak jak mam ochotę. Filip nie unika startów w biegach miejskich, ale jako pacemaker, prowadząc innych zawodników na określone wyniki. Zdarza się też, że pomaga jako wolontariusz. - Dla mnie jednak bieganie to forma wietrzenia się ze złych emocji, swego rodzaju terapia i odskocznia od zawrotnego tempa w jakim żyjemy. Dlatego chętniej wydłużam kilometraż niż podkręcam tempo.

Filip Bojko i EtoPiotr Dymus

Z pianką czy bez

Silna grupa zwolenników biegania naturalnego lub minimalistycznego - o ile nie boso - biega w butach bez wsparcia, tak by „czuć ziemię” pod stopami. Grupą przeciwstawną są zwolennicy biegania w butach z amortyzacją, śledzący nowinki sprzętowe i dobierający buty w zależności od nawierzchni, na jakiej biegają. Ważne, by but miał co najmniej kilkanaście milimetrów pianki amortyzującej w podeszwie i zapewniał komfort biegania. Obie grupy funkcjonują zupełnie niezależnie od siebie, często wymieniając się doświadczeniami.

Otwarte głowy, szybkie nogi

Popularność zyskują różne grupy biegowe, wokół których tworzą się społeczności, jak np. parkrun, Night Runners czy Vege Runners. Są równie mocno widoczni na biegach, co w mediach społecznościowych. Ci ostatni to zwolennicy kuchni wegetariańskiej lub wegańskiej. Zachęcają do włączania do diety dań bezmięsnych i uczestnictwa w organizowanych przez nich inicjatywach. - Klub powstał dziesięć lat temu. Wtedy rzeczywiście była to chęć pokazania, że można funkcjonować na diecie roślinnej oraz próba obalenia mięsa, jako niekwestionowanego symbolu siły w naszym społeczeństwie. Okazało się, że podobnie jak ja i mój kolega, myśli więcej osób i liczba członków Vege Runnersów szybko rosła. - mówi Tomasz Pająk, jeden z założycieli Vege Runners. - Dziś nic nie udowadniamy. Promujemy aktywny styl życia oraz dietę bezmięsną. Nie narzucamy jednak nikomu naszej filozofii, która dla wielu osób wciąż jest kontrowersyjna. Chcemy raczej inspirować i dawać przykład - podkreśla.

Według Tomka Pająka środowisko biegowe jest pod tym względem bardziej otwarte niż reszta społeczeństwa. - Jak zaczynasz biegać, zaczynasz też analizować swoje nawyki żywieniowe. Czytasz, kombinujesz, zastanawiasz się co ulepszyć, by jeszcze trochę schudnąć albo szybciej biegać - mówi Tomek. I dodaje: - Ruch biegowy tworzą ambitni i pozytywni ludzie. Biegacze mają otwarte głowy i szczególnie dbają o siebie. Są świadomi ciała i tego co dla nich jest dobre. Sami poszukują swojej drogi, także żywieniowej.

Różne tempo, smak ten sam

Być może to właśnie ta zgoda w różnorodności, ta zupełna dowolność w wybieraniu swojej biegowej drogi jest jego największą siłą. Siłą, która przyciąga i sprawia, że na ulicach wielkich miast i małych miasteczek pojawia coraz więcej biegaczy. - Mam sąsiada około pięćdziesiątki. Od pięciu lat codziennie biega 5 km przed pracą. Spytałem go kiedyś, czy może nie chciałby wystartować w biegu ulicznym. Odpowiedział, że w ogóle go to nie kręci. Rozumiem i szanuję oba bieguny. Super, że coraz więcej ludzi się rusza. Biegowe endorfiny smakują tak samo niezależnie od tempa i kilometrażu - mówi Filip Bojko.

Biegacze minimalistyczni i gadżeciarze, zwolennicy trenowania według planu i szukający w bieganiu pełnej wolności, weganie i mięsożercy. Biegowa Polska jest coraz bardziej różnorodna, ale równocześnie wyjątkowo zgodna.

Według planu lub dla funu

Dwa obozy - osób biegających z planem treningowym oraz tych spontanicznych, biegających bez zegarka - zdarza się, że wzajemnie się z siebie podśmiewają. Jedni są „spięci”, drugim „brakuje ambicji”, ale nie ma między nimi walki. Bo obu stronach jest radość. - Być może coś w tym jest, że, trenowanie jota w jotę według planu czasami zabija frajdę z samego biegania. Co innego jeśli uwielbiamy rywalizację na zawodach, bicie życiówek i sprawdzanie swoich pozycji w różnych klasyfikacjach. Wtedy najczęściej zapomina się o wszystkich wyrzeczeniach i ciężkich treningach - mówi Hubert Król, trener lekkiej atletyki, prowadzący grupę kilkudziesięciu biegaczy amatorów oraz triathlonistów. Bieganie według planu często wynika z charakteru. Ktoś, kto najpierw w szkole, potem w pracy wszystko miał zawsze zaplanowane, w bieganiu również potrzebuje dyscypliny. - Dla mnie plan i jego wykonanie to świętość. Nie zawsze wychodzi na 100 proc., nie zawsze dam radę pobić życiówkę, ale przynajmniej mam wyznaczony cel. Dzięki treningom biegowym, zmaganiu się z trudnymi zadaniami, nauczyłam się lepiej znosić porażki. Plan wyznacza mi drogę do bycia lepszą. Jak czasami nie uda się go zrealizować, to wiem, że za chwilę będą następne zawody i w końcu osiągnę cel - mówi Żaneta Wota, która biega amatorsko.

Życiówka? Nie, dziękuję

Inną biegową filozofię stosuje Filip Bojko. Mieszka na warszawskiej Pradze, ma psa Eto, znanego jako „Pieskomandos” i razem startują w zawodach biegowych. Zazwyczaj są to górskie ultramaratony, podczas których na trasie przebywają przez kilkanaście godzin. - Wyznaję zasadę, że należy robić to co się lubi i czerpać z tego przyjemność. W górach czujemy się najlepiej. Nie czuję potrzeby bicia rekordów. Lubię za to porządnie się zmęczyć na łonie natury - podkreśla Filip. - Od zawsze biegam dla radochy. Nie stosuję żadnego planu treningowego, ruszam się bez zegarka. Staram się słuchać własnego organizmu, więc biegam tak jak mam ochotę. Filip nie unika startów w biegach miejskich, ale jako pacemaker, prowadząc innych zawodników na określone wyniki. Zdarza się też, że pomaga jako wolontariusz. - Dla mnie jednak bieganie to forma wietrzenia się ze złych emocji, swego rodzaju terapia i odskocznia od zawrotnego tempa w jakim żyjemy. Dlatego chętniej wydłużam kilometraż niż podkręcam tempo.

Z pianką czy bez

Silna grupa zwolenników biegania naturalnego lub minimalistycznego - o ile nie boso - biega w butach bez wsparcia, tak by „czuć ziemię” pod stopami. Grupą przeciwstawną są zwolennicy biegania w butach z amortyzacją, śledzący nowinki sprzętowe i dobierający buty w zależności od nawierzchni, na jakiej biegają. Ważne, by but miał co najmniej kilkanaście milimetrów pianki amortyzującej w podeszwie i zapewniał komfort biegania. Obie grupy funkcjonują zupełnie niezależnie od siebie, często wymieniając się doświadczeniami.

Otwarte głowy, szybkie nogi

Popularność zyskują różne grupy biegowe, wokół których tworzą się społeczności, jak np. parkrun, Night Runners czy Vege Runners. Są równie mocno widoczni na biegach, co w mediach społecznościowych. Ci ostatni to zwolennicy kuchni wegetariańskiej lub wegańskiej. Zachęcają do włączania do diety dań bezmięsnych i uczestnictwa w organizowanych przez nich inicjatywach. - Klub powstał dziesięć lat temu. Wtedy rzeczywiście była to chęć pokazania, że można funkcjonować na diecie roślinnej oraz próba obalenia mięsa, jako niekwestionowanego symbolu siły w naszym społeczeństwie. Okazało się, że podobnie jak ja i mój kolega, myśli więcej osób i liczba członków Vege Runnersów szybko rosła. - mówi Tomasz Pająk, jeden z założycieli Vege Runners. - Dziś nic nie udowadniamy. Promujemy aktywny styl życia oraz dietę bezmięsną. Nie narzucamy jednak nikomu naszej filozofii, która dla wielu osób wciąż jest kontrowersyjna. Chcemy raczej inspirować i dawać przykład - podkreśla.

Według Tomka Pająka środowisko biegowe jest pod tym względem bardziej otwarte niż reszta społeczeństwa. - Jak zaczynasz biegać, zaczynasz też analizować swoje nawyki żywieniowe. Czytasz, kombinujesz, zastanawiasz się co ulepszyć, by jeszcze trochę schudnąć albo szybciej biegać - mówi Tomek. I dodaje: - Ruch biegowy tworzą ambitni i pozytywni ludzie. Biegacze mają otwarte głowy i szczególnie dbają o siebie. Są świadomi ciała i tego co dla nich jest dobre. Sami poszukują swojej drogi, także żywieniowej.

Różne tempo, smak ten sam

Być może to właśnie ta zgoda w różnorodności, ta zupełna dowolność w wybieraniu swojej biegowej drogi jest jego największą siłą. Siłą, która przyciąga i sprawia, że na ulicach wielkich miast i małych miasteczek pojawia coraz więcej biegaczy. - Mam sąsiada około pięćdziesiątki. Od pięciu lat codziennie biega 5 km przed pracą. Spytałem go kiedyś, czy może nie chciałby wystartować w biegu ulicznym. Odpowiedział, że w ogóle go to nie kręci. Rozumiem i szanuję oba bieguny. Super, że coraz więcej ludzi się rusza. Biegowe endorfiny smakują tak samo niezależnie od tempa i kilometrażu - mówi Filip Bojko.

Biegacze minimalistyczni i gadżeciarze, zwolennicy trenowania według planu i szukający w bieganiu pełnej wolności, weganie i mięsożercy. Biegowa Polska jest coraz bardziej różnorodna, ale równocześnie wyjątkowo zgodna.

Według planu lub dla funu

Dwa obozy - osób biegających z planem treningowym oraz tych spontanicznych, biegających bez zegarka - zdarza się, że wzajemnie się z siebie podśmiewają. Jedni są „spięci”, drugim „brakuje ambicji”, ale nie ma między nimi walki. Bo obu stronach jest radość. - Być może coś w tym jest, że, trenowanie jota w jotę według planu czasami zabija frajdę z samego biegania. Co innego jeśli uwielbiamy rywalizację na zawodach, bicie życiówek i sprawdzanie swoich pozycji w różnych klasyfikacjach. Wtedy najczęściej zapomina się o wszystkich wyrzeczeniach i ciężkich treningach - mówi Hubert Król, trener lekkiej atletyki, prowadzący grupę kilkudziesięciu biegaczy amatorów oraz triathlonistów. Bieganie według planu często wynika z charakteru. Ktoś, kto najpierw w szkole, potem w pracy wszystko miał zawsze zaplanowane, w bieganiu również potrzebuje dyscypliny. - Dla mnie plan i jego wykonanie to świętość. Nie zawsze wychodzi na 100 proc., nie zawsze dam radę pobić życiówkę, ale przynajmniej mam wyznaczony cel. Dzięki treningom biegowym, zmaganiu się z trudnymi zadaniami, nauczyłam się lepiej znosić porażki. Plan wyznacza mi drogę do bycia lepszą. Jak czasami nie uda się go zrealizować, to wiem, że za chwilę będą następne zawody i w końcu osiągnę cel - mówi Żaneta Wota, która biega amatorsko.

Życiówka? Nie, dziękuję

Inną biegową filozofię stosuje Filip Bojko. Mieszka na warszawskiej Pradze, ma psa Eto, znanego jako „Pieskomandos” i razem startują w zawodach biegowych. Zazwyczaj są to górskie ultramaratony, podczas których na trasie przebywają przez kilkanaście godzin. - Wyznaję zasadę, że należy robić to co się lubi i czerpać z tego przyjemność. W górach czujemy się najlepiej. Nie czuję potrzeby bicia rekordów. Lubię za to porządnie się zmęczyć na łonie natury - podkreśla Filip. - Od zawsze biegam dla radochy. Nie stosuję żadnego planu treningowego, ruszam się bez zegarka. Staram się słuchać własnego organizmu, więc biegam tak jak mam ochotę. Filip nie unika startów w biegach miejskich, ale jako pacemaker, prowadząc innych zawodników na określone wyniki. Zdarza się też, że pomaga jako wolontariusz. - Dla mnie jednak bieganie to forma wietrzenia się ze złych emocji, swego rodzaju terapia i odskocznia od zawrotnego tempa w jakim żyjemy. Dlatego chętniej wydłużam kilometraż niż podkręcam tempo.

Z pianką czy bez

Silna grupa zwolenników biegania naturalnego lub minimalistycznego - o ile nie boso - biega w butach bez wsparcia, tak by „czuć ziemię” pod stopami. Grupą przeciwstawną są zwolennicy biegania w butach z amortyzacją, śledzący nowinki sprzętowe i dobierający buty w zależności od nawierzchni, na jakiej biegają. Ważne, by but miał co najmniej kilkanaście milimetrów pianki amortyzującej w podeszwie i zapewniał komfort biegania. Obie grupy funkcjonują zupełnie niezależnie od siebie, często wymieniając się doświadczeniami.

Otwarte głowy, szybkie nogi

Popularność zyskują różne grupy biegowe, wokół których tworzą się społeczności, jak np. parkrun, Night Runners czy Vege Runners. Są równie mocno widoczni na biegach, co w mediach społecznościowych. Ci ostatni to zwolennicy kuchni wegetariańskiej lub wegańskiej. Zachęcają do włączania do diety dań bezmięsnych i uczestnictwa w organizowanych przez nich inicjatywach. - Klub powstał dziesięć lat temu. Wtedy rzeczywiście była to chęć pokazania, że można funkcjonować na diecie roślinnej oraz próba obalenia mięsa, jako niekwestionowanego symbolu siły w naszym społeczeństwie. Okazało się, że podobnie jak ja i mój kolega, myśli więcej osób i liczba członków Vege Runnersów szybko rosła. - mówi Tomasz Pająk, jeden z założycieli Vege Runners. - Dziś nic nie udowadniamy. Promujemy aktywny styl życia oraz dietę bezmięsną. Nie narzucamy jednak nikomu naszej filozofii, która dla wielu osób wciąż jest kontrowersyjna. Chcemy raczej inspirować i dawać przykład - podkreśla.

Według Tomka Pająka środowisko biegowe jest pod tym względem bardziej otwarte niż reszta społeczeństwa. - Jak zaczynasz biegać, zaczynasz też analizować swoje nawyki żywieniowe. Czytasz, kombinujesz, zastanawiasz się co ulepszyć, by jeszcze trochę schudnąć albo szybciej biegać - mówi Tomek. I dodaje: - Ruch biegowy tworzą ambitni i pozytywni ludzie. Biegacze mają otwarte głowy i szczególnie dbają o siebie. Są świadomi ciała i tego co dla nich jest dobre. Sami poszukują swojej drogi, także żywieniowej.

Różne tempo, smak ten sam

Być może to właśnie ta zgoda w różnorodności, ta zupełna dowolność w wybieraniu swojej biegowej drogi jest jego największą siłą. Siłą, która przyciąga i sprawia, że na ulicach wielkich miast i małych miasteczek pojawia coraz więcej biegaczy. - Mam sąsiada około pięćdziesiątki. Od pięciu lat codziennie biega 5 km przed pracą. Spytałem go kiedyś, czy może nie chciałby wystartować w biegu ulicznym. Odpowiedział, że w ogóle go to nie kręci. Rozumiem i szanuję oba bieguny. Super, że coraz więcej ludzi się rusza. Biegowe endorfiny smakują tak samo niezależnie od tempa i kilometrażu - mówi Filip Bojko.

 

Biegacze minimalistyczni i gadżeciarze, zwolennicy trenowania według planu i szukający w bieganiu pełnej wolności, weganie i mięsożercy. Biegowa Polska jest coraz bardziej różnorodna, ale równocześnie wyjątkowo zgodna.

Według planu lub dla funu

Dwa obozy - osób biegających z planem treningowym oraz tych spontanicznych, biegających bez zegarka - zdarza się, że wzajemnie się z siebie podśmiewają. Jedni są „spięci”, drugim „brakuje ambicji”, ale nie ma między nimi walki. Bo obu stronach jest radość. - Być może coś w tym jest, że, trenowanie jota w jotę według planu czasami zabija frajdę z samego biegania. Co innego jeśli uwielbiamy rywalizację na zawodach, bicie życiówek i sprawdzanie swoich pozycji w różnych klasyfikacjach. Wtedy najczęściej zapomina się o wszystkich wyrzeczeniach i ciężkich treningach - mówi Hubert Król, trener lekkiej atletyki, prowadzący grupę kilkudziesięciu biegaczy amatorów oraz triathlonistów. Bieganie według planu często wynika z charakteru. Ktoś, kto najpierw w szkole, potem w pracy wszystko miał zawsze zaplanowane, w bieganiu również potrzebuje dyscypliny. - Dla mnie plan i jego wykonanie to świętość. Nie zawsze wychodzi na 100 proc., nie zawsze dam radę pobić życiówkę, ale przynajmniej mam wyznaczony cel. Dzięki treningom biegowym, zmaganiu się z trudnymi zadaniami, nauczyłam się lepiej znosić porażki. Plan wyznacza mi drogę do bycia lepszą. Jak czasami nie uda się go zrealizować, to wiem, że za chwilę będą następne zawody i w końcu osiągnę cel - mówi Żaneta Wota, która biega amatorsko.

Życiówka? Nie, dziękuję

Inną biegową filozofię stosuje Filip Bojko. Mieszka na warszawskiej Pradze, ma psa Eto, znanego jako „Pieskomandos” i razem startują w zawodach biegowych. Zazwyczaj są to górskie ultramaratony, podczas których na trasie przebywają przez kilkanaście godzin. - Wyznaję zasadę, że należy robić to co się lubi i czerpać z tego przyjemność. W górach czujemy się najlepiej. Nie czuję potrzeby bicia rekordów. Lubię za to porządnie się zmęczyć na łonie natury - podkreśla Filip. - Od zawsze biegam dla radochy. Nie stosuję żadnego planu treningowego, ruszam się bez zegarka. Staram się słuchać własnego organizmu, więc biegam tak jak mam ochotę. Filip nie unika startów w biegach miejskich, ale jako pacemaker, prowadząc innych zawodników na określone wyniki. Zdarza się też, że pomaga jako wolontariusz. - Dla mnie jednak bieganie to forma wietrzenia się ze złych emocji, swego rodzaju terapia i odskocznia od zawrotnego tempa w jakim żyjemy. Dlatego chętniej wydłużam kilometraż niż podkręcam tempo.

Z pianką czy bez

Silna grupa zwolenników biegania naturalnego lub minimalistycznego - o ile nie boso - biega w butach bez wsparcia, tak by „czuć ziemię” pod stopami. Grupą przeciwstawną są zwolennicy biegania w butach z amortyzacją, śledzący nowinki sprzętowe i dobierający buty w zależności od nawierzchni, na jakiej biegają. Ważne, by but miał co najmniej kilkanaście milimetrów pianki amortyzującej w podeszwie i zapewniał komfort biegania. Obie grupy funkcjonują zupełnie niezależnie od siebie, często wymieniając się doświadczeniami.

Otwarte głowy, szybkie nogi

Popularność zyskują różne grupy biegowe, wokół których tworzą się społeczności, jak np. parkrun, Night Runners czy Vege Runners. Są równie mocno widoczni na biegach, co w mediach społecznościowych. Ci ostatni to zwolennicy kuchni wegetariańskiej lub wegańskiej. Zachęcają do włączania do diety dań bezmięsnych i uczestnictwa w organizowanych przez nich inicjatywach. - Klub powstał dziesięć lat temu. Wtedy rzeczywiście była to chęć pokazania, że można funkcjonować na diecie roślinnej oraz próba obalenia mięsa, jako niekwestionowanego symbolu siły w naszym społeczeństwie. Okazało się, że podobnie jak ja i mój kolega, myśli więcej osób i liczba członków Vege Runnersów szybko rosła. - mówi Tomasz Pająk, jeden z założycieli Vege Runners. - Dziś nic nie udowadniamy. Promujemy aktywny styl życia oraz dietę bezmięsną. Nie narzucamy jednak nikomu naszej filozofii, która dla wielu osób wciąż jest kontrowersyjna. Chcemy raczej inspirować i dawać przykład - podkreśla.

Według Tomka Pająka środowisko biegowe jest pod tym względem bardziej otwarte niż reszta społeczeństwa. - Jak zaczynasz biegać, zaczynasz też analizować swoje nawyki żywieniowe. Czytasz, kombinujesz, zastanawiasz się co ulepszyć, by jeszcze trochę schudnąć albo szybciej biegać - mówi Tomek. I dodaje: - Ruch biegowy tworzą ambitni i pozytywni ludzie. Biegacze mają otwarte głowy i szczególnie dbają o siebie. Są świadomi ciała i tego co dla nich jest dobre. Sami poszukują swojej drogi, także żywieniowej.

Różne tempo, smak ten sam

Być może to właśnie ta zgoda w różnorodności, ta zupełna dowolność w wybieraniu swojej biegowej drogi jest jego największą siłą. Siłą, która przyciąga i sprawia, że na ulicach wielkich miast i małych miasteczek pojawia coraz więcej biegaczy. - Mam sąsiada około pięćdziesiątki. Od pięciu lat codziennie biega 5 km przed pracą. Spytałem go kiedyś, czy może nie chciałby wystartować w biegu ulicznym. Odpowiedział, że w ogóle go to nie kręci. Rozumiem i szanuję oba bieguny. Super, że coraz więcej ludzi się rusza. Biegowe endorfiny smakują tak samo niezależnie od tempa i kilometrażu - mówi Filip Bojko.