Bieganie. To u nich rodzinne. "Wychowujemy dzieci bez smartfonów i telewizji. Sport jest na pierwszym miejscu"

Łucja przyszła z przedszkola z kwaśną miną. Spytałam, co się stało. Odpowiedziała, że dzieci nie chcą z nią biegać. Tłumaczyły, że jest dla nich za szybka

Ewa Witek-Piotrowska ze swoim mężem Andrzejem prowadzą klinikę rehabilitacyjną Ortoreh. Mają trójkę dzieci: 3-letniego Wiktora, 4-letnią Ludwikę i 6-letnią Łucję.

DAMIAN BĄBOL: " Bieganie. To u nas rodzinne". Tak brzmi hasło 12. Weekendu Polska Biega, który zaplanowaliśmy na 20-22 maja. Może chcecie zostać ambasadorami naszej akcji?

EWA WITEK-PIOTROWSKA: - Dlaczego nie? (śmiech). Jesteśmy sportową rodziną. Biegamy z dziećmi, startujemy razem na zawodach.

Jak to wygląda?

- Z Łucją przebiegłam półmaraton w Sochaczewie, jak miała pięć miesięcy. Pchając tzw. jogger, specjalny wózek z trzema kołami. Razem osiągnęłyśmy niezły czas, bo godzinę i 40 minut.

I córeczka była spokojna?

- Tamtego dnia tak, ale nigdy nie może przewidzieć, co się za chwilę stanie. Nie można zapominać, żeby do wózka zabrać pieluchy, picie, jedzenie. Dziecko często prosi o przystanki na siku.

Biegałaś też w ciąży?

- Nie. Regularnie przebierać nogami zaczęłam dziesięć lat temu. Można powiedzieć, że byłam aktywnym świadkiem biegowego szału, który wciąż rozwija się u nas z roku na rok. Byłam wtedy na etapie poszukiwania kolejnego bodźca, nowej sportowej aktywności, którą pokocham, po tym jak przestałam trenować w teatrze tańca współczesnego. Postawiłam na bieganie. W końcu to najprostsza forma ruchu. I było warto.

XXVII Półmaraton Szlakiem Walk nad Bzurą, Ewa Witek-Piotrowska, fot. Antoni Trawiński Ewa Witek-Piotrowska z córką Łucją na finiszu XXVII Półmaratonu Szlakiem Walk nad Bzurą. Sochaczew, 5 września 2010

Pierwszy maraton?

- Zgłosiłam się już na drugi rok i debiutu nie zapomnę. Było ciężko. Walczyłam z kryzysami, skurczami, a nawet ze sznurówkami. Mimo to osiągnęłam czas 3 godziny i 48 minut.

Lubisz ekstremalny wysiłek?

- Tak, bo jak nic nie boli, to co to za życie? (śmiech). Bieganie to fajna ucieczka od codziennych problemów. Trening jest dla mnie relaksem, a po udanych zawodach nie ma chyba lepszego uczucia. Kiedy biegnę z Andrzejem ostatnie kilometry ultramaratonu, to czasami czuję nawet, jak dusza odrywa się od ciała.

Bieganie z całą rodziną daje ci najwięcej satysfakcji?

- Chyba tak. To fantastyczna sprawa, kiedy widzisz, jak twoje dzieci uwielbiają być w ruchu i są coraz bardziej sprawne. Ukończyliśmy razem jesienno-zimowy cykl City Trail, w którym organizatorzy przewidzieli również rywalizację dla najmłodszych. Po każdym starcie nie mogły się doczekać kolejnych zawodów. Pokochały atmosferę zawodów i kibicowania innym uczestnikom. To dla nas naprawdę fantastyczna sprawa. Dzięki temu z mężem nie musimy ukradkiem wymykać się na bieganie i rezygnować z własnych przyjemności, tylko zabieramy całą rodzinę. To wydarzenie rodzinne, które jest wpisane w nasz kalendarz.

Nasze dzieci uwielbiają biegać. Kiedyś Łucja przyszła z przedszkola z kwaśną minę. Spytałam, co się stało. Odpowiedziała, że dzieci nie chcą z nią biegać. Tłumaczyły, że jest dla nich za szybka. Rzeczywiście jest niezła. Niedawno byłam z nią na zajęciach przygotowujących do testu sprawnościowego pierwszej klasy. Dała czadu. Biegła jak Kenijka, wybijała się ze śródstopia.

Jak wygląda wasz tygodniowy grafik? Przychodzi weekend i całą rodziną wybieracie się na marszobieg do lasu?

- U nas aktywnie jest cały czas, nie tylko w weekendy. Ostatnio z mężem zastanawialiśmy się, na czym to polega, bo nasze dzieci bardzo mało odpoczywają. Czasami ich dzień wygląda tak, że jadą na półtoragodzinny trening na rolkach, następnie pędzą na basen, wieczorem szaleją na trampolinach, a do domu wracają z nami na rolkach. Dla nich to jest w pewien sposób trening. To tak jak z dorosłym biegaczem, który kiedy regularnie biega, to zwiększa swoją wytrzymałość i w efekcie mniej się męczy.

Zdarza się, że musicie studzić ich zapał do wysiłku?

- Na szczęście dzieci mają w sobie naturalny instynkt samozachowawczy. Jak jest im ciężko, nie dają rady, to zwyczajnie odpuszczają. Ludwisia jest taka. Gdy dopada ją zmęczenie, to otwarcie prosi, żeby ją wziąć na rączki.

W ubiegłym roku pisaliśmy o 9-letniej Elizie z Pruszkowa, która dystans 5 km pokonywała w czasie 19 minut i 30 sekund. Rodzice co tydzień zabierali ją na takie zawody. Na forum zawrzało, a ty co o tym myślisz?

- Nie robiłabym z tego dramatu. Oczywiście ważne, żeby nie fundować dziecku w tak młodym wieku profesjonalnego treningu biegowego, bo to rzeczywiście jest porażka. Próbujmy z naszymi pociechami różnych dyscyplin, rozwijajmy je multisportowo. Problem pojawia się wtedy, gdy rodzica przerasta ambicja i zamiast inspirować, staje się katem. Ale mam nadzieję, że do takich sytuacji raczej nie dochodzi. Chyba jednak mamy zdrowy rozsądek.

Trudno jest namówić dziecko do aktywności fizycznej w erze smartfonów?

- W naszym domu nie oglądamy telewizji. Owszem, mamy telewizor, ale cały czas jest podłączony do DVD, na którym dzieci czasami włączają swoje ulubione bajki. Nie grają też na komputerze. Inne tego typu gadżety nie są obecne w ich życiu. Zdaję sobie sprawę, że to się pewnie wkrótce zmieni, szczególnie jak pójdą do szkoły. Zobaczymy, jak będzie, ale myślę jednak, że mimo wszystko bardziej atrakcyjne dla nich będą zajęcia sportowe. Jak wybieramy się na dłuższy wyjazd na zawody, to włączamy audiobooki i też się nie nudzimy.

Chciałabyś, żeby twoje dzieci były zawodowymi biegaczami?

- Zawodowymi chyba jednak nie, ale na pewno zależy mi, żeby były bardzo aktywne i kochały sport. Chyba że okaże się, że będą miały predyspozycje do bycia olimpijczykami i spore chęci. Jeśli tak się okaże, to na pewno niczego im nie zabronię.

Na co dzień razem z mężem prowadzisz klinikę rehabilitacyjną Ortoreh. Amatorzy biegania w Polsce dbają o swoje zdrowie?

- Często dopadają nas różne kontuzje. Najczęściej wynikają z zaburzonej biomechaniki ciała, kiedy np. okazuje się, że mamy problemy z biodrami, które ciągną się od dzieciństwa. Największy ruch w naszej klinice obserwujemy tydzień przed i dwa tygodnie po dużych imprezach, czyli półmaratonach i maratonach. Wtedy telefony wręcz się urywają. Ludzie proszą o wizytę, bo mają bóle, a chcieliby za trzy tygodnie maraton.

I przywracacie ich do zdrowia czy raczej odradzacie start?

- Zależy od urazu. Czasami jest to na tyle błaha rzecz, że wystarczy coś rozluźnić, rozmasować i jest po sprawie. Niestety, często jest za późno i radzimy biegaczowi, aby spokojnie przygotowywali się do wiosennych lub jesiennych zawodów. Niekiedy ambicje nas przerastają, ale mimo tych urazów, które się zdarzają, sam fakt, że zaczęliśmy się ruszać, jest jednym z największych sukcesów w naszym kraju. Zmieniliśmy się pod względem mentalnym, psychicznym i fizycznym. Naprawdę możemy być z siebie dumni!

Rozmawiał Damian Bąbol

Zdjęcie: Piotr Dymus/PiotrDymus.com

Odchudzanie przez bieganie. 8 najbardziej motywacyjnych metamorfoz! [ZDJĘCIA]