Polska biega maratony: przedstawiamy drużyny

Kobiety chcą dołożyć facetom. Faceci biegną po zdrowie. A rodzice z wózkami by dać dzieciom przykład. Przedstawiamy trzy drużyn, które pobiegną jesienią w trzech maratonach. Sprawdzajcie, jak sobie radzą!

04.07.2011 WARSZAWA , POLSKA BIEGA 3 MARATONY , JOANNA KOZANECKA .  FOT. FRANCISZEK MAZUR / AGENCJA GAZETA

Warszawa, 25 września: kobiety doświadczone

05.07.2011 JANOW LUBELSKI . BIEGACZKA , BOHATERKA NR 7 MAGDALENA WOJTOWICZ . POLSKA BIEGA 3 . MARATONY .  FOT. IWONA BURDZANOWSKA / AGENCJA GAZETA

Magdalena Wójtowicz

32 lata, nauczycielka języka angielskiego w Janowie Lubelskim

Żeby pokazać córce i uczniom, że nawet w małej miejscowości można mieć wielkie cele.

Magdę roznosi energia.
- Najpierw jeździliśmy z mężem na rowerze, ale nam się znudziło. Potem on zaangażował się w piłkę nożną, a ja w aerobik. Ale mi się znudziło. To zaczęłam biegać - 5 km, 10 km, półmaraton, maraton. I co dalej? Zabrakło mi wyzwań. A do tego mąż mnie deprymuje - za cokolwiek się weźmie, jest najlepszy, choćby to było rzucanie szyszkami w drzewo. I jeszcze taki skrupulatny. Nawet jak leje, wstaje o piątej rano i idzie biegać. Przebiegł maraton w Krakowie, a teraz trenuje na Wrocław i Poznań, bo chce zrobić koronę maratonów. Dlatego zgłosiłam się do akcji - żeby mieć nowe wyzwanie. I dlatego, że to babska drużyna. Bo ja chcę facetom dołożyć! - tłumaczy swoje zgłoszenie Magda.
5 czerwca tego roku - znowu z nudów i nadmiaru energii - zorganizowała 12-kilometrowy bieg na święto szkoły Bohaterów Porytowego Wzgórza, w której pracuje. Pobiegło 86 osób, w tym kilku licealistów.
- Za rok pobiegnie więcej uczniów - deklaruje Magda. Na lekcjach wychowawczych opowiada im o bieganiu, zachęca.
Ma nadzieję, że jest dla nich wzorem - bywa, że biegnąc, spotyka swoich wychowanków, którzy "socjalizują" się na rynku.
W 2010 r. z okazji 30. urodzin przebiegła maraton w Warszawie. Wspomina go doskonale:
- Do 20 km biegłam, potem zaczęłam przechodzić w marsz, ale nie miałam "ściany", a na mecie, jak usłyszałam chór gospel, to się popłakałam ze szczęścia. Metę przekroczyła w czasie 5:11. Ale - jak zaznacza - nie biegła na czas, tylko dla przyjemności.
Teraz ma być inaczej. Magda ma konkretny cel - 4:30.

04.07.2011 WARSZAWA , POLSKA BIEGA 3 MARATONY , JOANNA KOZANECKA .  FOT. FRANCISZEK MAZUR / AGENCJA GAZETA

Joanna Kozanecka
33 lata, pracuje w firmie farmaceutycznej, Warszawa

Żeby nie tylko biernie odbierać świat, ale brać z niego. Czuję to na każdym kilometrze biegu.

Korfball i bieganie nie mają ze sobą wiele wspólnego. Tak twierdzi Joanna Kozanecka, która uprawiała wyczynowo ten podobny do koszykówki sport przez 12 lat.
- To inny rodzaj ruchu: wymagający szybkości, zrywów. Ale nauczył mnie uporu, a ten jest w bieganiu potrzebny - mówi.
Biegać zaczęła w 2007 r. Miała wypadek na zawodach korfballu, skręciła kolano. Z powodu kontuzji nie mogła wystartować w mistrzostwach świata trzy miesiące później.
- Ale w ramach rehabilitacji zaczęłam wychodzić przed blok - wspomina Joanna. Najpierw spacerowała, po jakimś czasie zaczęła biegać. Koleżanka powiedziała jej o ścieżkach biegowych. A ona wkręcała się coraz bardziej.
- To dziwne, bo choć sama trenowałam i studiowałam na AWF, a rodzice byli nauczycielami wf, to ja po prostu nie lubiłam biegania - wspomina.
Kolega ułożył jej plan treningowy do maratonu. Na trasie biegowej znalazło się kilku innych maratończyków debiutantów i postanowili razem wystartować w Warszawie. Był rok 2009.
- Ta grupa wsparcia sprawiła, że to było wyjątkowe przeżycie. Razem się rozgrzewaliśmy, dyskutowaliśmy, jak nam idzie. Nie uniknęłam jednak błędów. Wystartowałam za szybko, niepotrzebnie wypiłam izotoniki, których - jak się okazało - mój organizm nie toleruje. Ale jakoś dobiegłam. A apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Apetyt Joanny był tak duży, że do biegania dołożyła rower i pływanie. I ma za sobą triatlon.
- Rano chodzę na basen, wieczorem biegam albo jeżdżę na rowerze. Jeśli trzeba, mogę wybiec o 5 rano. Bieganie daje mi siłę na cały dzień.

06.07.2011 ZLOTOW , LEONORA KARLOWSKA ( L Z KRESKA ) .  FOT. KRZYSZTOF SZATKOWSKI / AGENCJA GAZETA

Leonora Karłowska
51 lat, prowadzi sieć sklepów odzieżowych w Złotowie (woj. wielkopolskie)

Pierwszy maraton dał mi energię na wiele miesięcy. Chcę przeżyć to jeszcze raz.

- Chcę promować bieganie wśród kobiet po pięćdziesiątce - mówi Leonora. Swoje bieganie traktuje prozdrowotnie. Wychodzi pobiegać, ilekroć skoczy jej ciśnienie:
- Lekarz mówi, że to dobry pomysł.
Zaczęło się od tego, że razem z mężem rzucili sześć lat temu palenie. Po dwóch tygodniach postanowili chodzić na spacery, bo poczuli, że "ogarnia ich tkanka tłuszczowa". Spacery przerodziły się w truchty. A truchty w regularne treningi. Mąż zaczął startować w zawodach. Lilka długo się opierała.
- I gdy w końcu wystartowałam, byłam na mecie ostatnia - wspomina. - Wyprzedził mnie nawet kulawy pan z kontuzją. Po prostu nie mogłam biec.
Obraziła się na bieganie na pół roku. Ale wróciła.
- Mamy takie piękne trasy biegowe - jedna idzie przez las, a druga wokół jeziora - cieszy się Lilka. Od kilku lat jej kolega organizuje bieg na 4,3 km, na którym wśród wszystkich uczestników, bez względu na osiągnięty wynik, losowana jest nagroda - wycieczka na Wyspy Kanaryjskie.
- I to bardzo zmotywowało lokalną społeczność do biegania - śmieje się Leonora.
Leonora ukończyła jesienią 2010 r. maraton w Berlinie. Pobiegła z mężem i dwoma kolegami dla uczczenia swoich 50. urodzin. Czy nie obawia się ponownego startu?
- Pierwszy półmaraton pobiegłam świetnie, drugi fatalnie. Boję się, że u mnie te "drugie razy" są trudniejsze - przyznaje. I obiecuje pracować nad sobą:
- Miesiąc przed Berlinem bolało mnie dosłownie wszystko, poszłam do ortopedy i okazało się, że to było tylko "w głowie". Teraz będę twardsza.

06.07.2011 KRAKOW , BIEGACZKA MALGORZATA LOBOZ (

Małgorzata Łoboz
48 lat, sędzia w Sądzie Okręgowym, Kraków

Żeby być zdrowym na umyśle

- Jeśli szukacie kobiety w sile wieku, zmotywowanej, zdolnej poddać się reżimowi treningów i takiej, która nie skrewi w ostatnim momencie, to proponuje swoja kandydaturę - napisała do nas w zgłoszeniu Małgorzata Łoboz.

Biega od dziesięciu lat, choć do niedawna bieganie traktowała drugorzędnie - raczej jako przygotowanie do innych sportów - jazdy konnej, nart, wspinaczki. Wspina się od 1996 r. Ma na koncie atak na ośmiotysięcznik Gasherbrum II w Karakorum w 2008 r. Rok później postawiła sobie kolejny cel: przebiec maraton i to poniżej 5 godzin. Przebiegła maraton we Wrocławiu. Czas - 4:37. Z "Gazetą" chce ten wynik poprawić.

Ani mąż ani 16-letnia córka nie towarzyszą jej na treningach. Biega sama. Zawsze. Taką ma zasadę.
- Bo bieganie z kimś bywa demotywujące. Bo co jeśli ta druga osoba akurat nie może? To i nam się odechciewa. - tłumaczy.

Druga zasada: biega w mieście.
- Bo na samą myśl o staniu w krakowskich korkach, by wyjechać w plener, mogłoby mi się odechcieć treningu.

Małgorzata cieszy się, że jest w drużynie. Ale też martwi.
- Mam swoje lata, jestem po urazach, kontuzjach. Boję się, że coś się może odezwać. Gdybym biegła sama incognito, zawsze mogę zejść z trasy, a teraz będę na widoku. Samego startu się jednak nie boję!

02.07.2011 SWIDNICA , CZESLAW PRZYBYLSKI - UCZESTNIK MARATONU , BIEGACZ . UCZESTNIK AKCJI POLSKA BIEGA 3 MARATONY .  FOT. LUKASZ GIZA / AGENCJA GAZETA

Wrocław, 11 września: Debiutujący panowie

06.07.2011 RADOM , LUKASZ SULIMA - DOLINA . FOT. ANNA JARECKA / AGENCJA GAZETA

Łukasz Sulima-Dolina

22 lata, studiuje turystykę i rekreację w Lublinie, pochodzi z Radomia

Maraton to moje marzenie z czasów, gdy ważyłem 140 kilo. Dziś ważę 50 kilo mniej, a marzenie zostało.

- Do 18. roku życia moją "pasją" było jedzenie i nicnierobienie. Po przekroczeniu 140 kg nadszedł impuls i zacząłem się odchudzać. Schudłem bardzo szybko, najpierw na samej diecie, potem zacząłem też biegać. To było w 2006 r. i od tamtej pory wagę trzymam. Do maratonu zrzucę jeszcze 5-7 kg. Bo jak się biegnie 42 km, to każdy dodatkowy kilogram ciąży, a mi zależy na czasie. Jak schudnę? To proste - ograniczę węglowodany. Od kilku lat biegam cztery razy w tygodniu średnio po 10 km. Bieganie uratowało moje zdrowie, zastąpiło jedzenie i stało się moją obecną pasją. Czasem też pływam, jeżdżę na rowerze, ale siłowni nie lubię. Może jak będę starszy, to zacznę podnosić ciężary.
Odkąd schudłem, w moim życiu dużo się zmieniło - stałem się bardziej zawzięty, aż mnie ludzie nie poznają. Mówi się, że studia to czas imprez. Ale ja wkręciłem się na studiach w klimat: ergometr wioślarski i ściana wspinaczkowa. A zresztą... lubię biegać na kacu.
Studiuję w Lublinie, ale wakacje spędzam w Radomiu u rodziny. Młodszy brat czasem ze mną biega. Starszy woli siłownię. Mama lubi rower, ale nikt w rodzinie takim wyczynowcem jak ja, żeby pięć-sześć razy w tygodniu uprawiać sport, to nie jest. Ale ja muszę, jestem chory, jak nie pójdę na trening.
Trener Staszewski zaproponował mi czas 4:28, myślę, że dam radę. Jedyne, czego się boję, to kontuzji, na które nie mam wpływu.

04.07.2011 BYDGOSZCZ , LESNY PARK KULTURY I WYPOCZYNKU ( MYSLECINEK ) , JACEK KAZUBOWSKI '' POLSAK BIEGA 3 MARATONY '' FOT. ARKADIUSZ WOJTASIEWICZ / AGENCJA GAZETA

Jacek Kazubowski

44 lata, inżynier budownictwa, Białe Błota (woj. kujawsko-pomorskie)

Zrobić coś nietypowego. Zwłaszcza że moja żona zrobiła to rok wcześniej.

- Zgłosiłem się bo pozazdrościłem żonie - śmieje się Jacek. Gosia Kazubowska w ubiegłym roku przebiegła w drużynie "Gazety" maraton w Poznaniu. Jacek kibicował jej i udzieliła mu się maratońska atmosfera:
- Gdy zobaczyłem ją i innych na trasie maratonu, z podziwu i uznania dla biegaczy, którzy łamią bariery w sobie, aż mnie zatkało. W 2000 r. miałem poważną kontuzję podczas gry w piłkę nożną. Zerwałem ścięgno Achillesa i cztery miesiące miałem nogę w gipsie. Myślałem, że sport już nie dla mnie. A tu nagle coś się we mnie odblokowało. Tak jak wcześniej nie rozumiałem, po co Gosia biega, tak teraz wzdycham do biegania nawet po ciężkiej orce w pracy. Czy deszcz, czy mróz - biegam. Nasze dzieci (Zośka - 8 lat, Michał - 13, Jeremi - 16), gdy dzwoni telefon, a nas nie ma w domu, odpowiadają: rodzice biegają. W każdą sobotę robię dystans półmaratonu i - o dziwo - nie odczuwam żadnych dolegliwości!
Poszedłem za ciosem i zacząłem realizować też inne młodzieńcze pasje - kilka razy pojechałem pożeglować, na ryby. Moja żona nazywa to syndromem "czerwonych adidasów".
W tym roku Gosia nie wystartuje, trochę odpuściła treningi. Kiedy się dowiedziała, że z "Gazetą" pobiegnę ja, teraz to ona zazdrości. W 2012 r. pobiegniemy maraton już razem.
Cieszę się z planu treningowego. Wreszcie wiem, co mam robić. W każdej książce radzą co innego, a Wojtek Staszewski to autorytet, którego się słucha.
Plany na Wrocław? Po pierwsze, chciałbym skończyć. A po drugie... zmieścić się w pięciu godzinach.

04.07.2011 WROCLAW , DARIUSZ KOWALCZYK -  UCZESTNIK MARATONU , BIEGACZ . UCZESTNIK AKCJI POLSKA BIEGA 3 MARATONY .  FOT. LUKASZ GIZA / AGENCJA GAZETA

Dariusz Kowalczyk

44 lata, dyrektor ds. personalnych, Wrocław

Po czterdziestce człowiek ma życie uporządkowane: praca, dom, żona, dzieci. Chciałem jeszcze samego siebie zadziwić.

Dariusz jest dyrektorem ds. personalnych i administracyjnych w Toshiba Television Central Europe.
- Siedząca praca za biurkiem - mówi. - Ten tryb życia sprawił, że się zapuściłem. A zdałem sobie sprawę z tego dopiero wtedy, gdy zacząłem mieć problemy ze sznurowaniem butów. W grudniu zeszłego roku przy 180 cm wzrostu ważyłem już sto kilogramów.
Dariusz na dobry początek kupił bieżnię. Najpierw maszerował - 7 km na godzinę, potem zaczął truchtać. Trzy, cztery razy w tygodniu.
- Zaczęło mi się to podobać. Od stycznia do dziś schudłem 16 kg - chwali się. - Przeczytałem w "Gazecie", że szukacie debiutantów na maraton we Wrocławiu. Pomyślałem, że to szansa dla mnie. Bo maraton bardzo chciałbym pokonać, ale nie wiem, czy dałbym radę sam.
Gdy dowiedział się, że będzie w drużynie "Gazety", bardzo się ucieszył, a potem... przestraszył.
- Na pewno wystartuję. Ale czy podołam? Limit czasu na przebiegnięcie maratonu to sześć godzin, a moim największym osiągnięciem do tej pory było pokonanie 16 km w dwie godziny. I potem wszystkie części ciała odmawiały mi posłuszeństwa. Jak pomyślę, że mam biec trzy razy dłużej, to nie sposób się nie bać, prawda?
Na trasie będzie go dopingować żona. Liczy też na znajomych, którzy się dziwią: po co ci to? A on chce zadziwić siebie samego.
Trasa wrocławskiego maratonu biegnie blisko domu Dariusza.
- Zawsze widziałem tych biegających ludzi i myślałem: o mój Boże, jak oni się męczą. Teraz stanę po drugiej stronie barykady.

02.07.2011 SWIDNICA , CZESLAW PRZYBYLSKI - UCZESTNIK MARATONU , BIEGACZ . UCZESTNIK AKCJI POLSKA BIEGA 3 MARATONY .  FOT. LUKASZ GIZA / AGENCJA GAZETA

Czesław Przybylski

65 lat, technik mechanik na emeryturze, Świdnica

Za komuny kazali robić jedno, w kościele każą drugie - a jak biegnę, czuję, że jestem wolny.

Czesław zaczął biegać trzy lata temu:
- To był czas wielu stresów: kłopoty z żoną, konflikty w pracy. Dla rozluźnienia zdarzało mi się po powrocie do domu wypijać kieliszek wódki. Dobrze mi się od tego robiło. I przestraszyłem się, że wpadnę w alkoholizm. Do tego paliłem papierosy, paczkę dziennie. Miałem nadciśnienie i wysoki cholesterol. Któregoś dnia pomyślałem - albo będę żyć tak dalej i wkrótce to życie skończę, albo coś ze sobą zrobię. Rzuciłem papierosy z dnia na dzień. I zacząłem biegać.
Początki były trudne, Czesław walczył z zadyszką. Ale się zawziął - wstawał o 4 nad ranem, żeby pobiegać pół godziny przed pracą.
- Biegałem w trampkach. Nie miałem nawet pojęcia, że trzeba mieć specjalne buty, że są jakieś plany treningowe, że trzeba się po biegu rozciągać - wspomina.
W lokalnej prasie przeczytał o świdnickim klubie biegacza Hermes. Dołączył do ich cotygodniowych treningów i po pół roku był gotowy, żeby przebiec półmaraton w Sobótce. Dziś znów biega sam - cztery razy w tygodniu. Ma na koncie trzy półmaratony, najlepszy w czasie 1:50.
Odkąd biega, schudł 10 kg, a wyniki badań znacznie mu się poprawiły.
- Bieganie nie tylko jest zdrowe, ale najlepiej odstresowuje. Żałuję, że tak późno to odkryłem - mówi Czesław.
Zgłoszenie do maratonu wysłał - jak twierdzi - z głupia frant. Był zdumiony, gdy dowiedział się, że jest w drużynie. I dumny.
- Teraz boję się, żeby was nie zawieść - mówi. - Psychicznie podołam, boję się tylko, czy nogi dadzą radę.

03.07.2011 WARSZAWA , MICHAL SAFIANIK BIEGA Z WOZKIEM I SWOJA 4-MIESIECZNA CORKA W LESIE KABACKIM . POLSKA BIEGA 3 MARATONY .  FOT. ADAM KOZAK / AGENCJA GAZETA

Poznań, 16 października: Rodzice z dziećmi w wózku

03.07.2011 WARSZAWA , MICHAL SAFIANIK BIEGA Z WOZKIEM I SWOJA 4-MIESIECZNA CORKA W LESIE KABACKIM . POLSKA BIEGA 3 MARATONY . FOT. ADAM KOZAK / AGENCJA GAZETA

Michał Safianik
33 lata, politolog, Warszawa

Pobiec z Nelią i promować zdrowy tryb życia.

- Mam dwie córki - starsza Julia ma prawie trzy lata, młodsza Nelia ma cztery miesiące. Zwykle to mama spędza więcej czasu z mniejszym dzieckiem i nawiązuje z nim bliższy kontakt. A mi też na tym kontakcie zależy. Chcę być w życiu Nelii od samego początku i budować z nią silną więź. A przy okazji przeżyć wspólną przygodę. Wspólne bieganie się do tego świetnie nadaje.
Przygoda ta już się zaczęła. W niedzielę Michał po raz pierwszy zabrał ze sobą Nelię na trening.
- Z wózkiem biega się zdecydowanie trudniej. Zmienia się cała dynamika biegu. Za to mała "biegła" jak zaczarowana. Przez ponad godzinę z zachwytem przyglądała się mijanemu światu - cieszy się Michał. Jego żona bardzo wspiera pomysł wspólnego biegania taty z córką.
- Żona spędziła z córkami więcej czasu, bo miała urlop macierzyński. Wie, że bieganie to moja szansa, by to nadrobić. Chciałbym być też inspiracją dla innych ojców. Pokazać im, że da się zrobić coś i dla siebie, i dla dziecka.
Michał zazwyczaj trenuje skoro świt.
- Teraz po całym dniu w pracy i czasie spędzonym z córkami wieczorami nie miałbym już na to siły.
Najbardziej boi się, że na trasie Nelia zacznie płakać i nie będzie potrafił jej uspokoić. I niepogody, bo słyszał, że jak jest wietrznie, to bieganie z wózkiem jest jak pchanie przed sobą żagla.
Na jednym z biegów widział zawodnika w koszulce z napisem "jeden bieg - tysiąc powodów". Twierdzi, że ma dokładnie tak samo. Inne powody?
- Mój ojciec i teść nie są typami sportowców. Jeśli oni kiedyś zaczną biegać, to będzie dla mnie wielki sukces.

03.07.2011 BIALA PODLASKA , PANI ANITA SMYK ZE SWOIM SYNKIEM STEFANEM DOLACZYLA DO AKCJI GAZETY POLSKA BIEGA 3 MARATONY .   FOT. RAFAL MICHALOWSKI / AGENCJA GAZETA

Anita Smyk
41 lat, korektorka w lokalnej prasie, Biała Podlaska

Bo jak będę trenować z synkiem, to odciążę moją mamę, która się nim zajmuje.

Anita Smyk parę razy usłyszała, że to dziwne tak bez sensu biegać, zamiast z dzieckiem posiedzieć w domu.
- Teraz ludzie pewnie będą się dziwić, jak to można tak z małym dzieckiem biegać. I jeszcze w tym wózku! Niektórzy już pukają się w głowy - mówi.
Stefan, najmłodszy syn Anity, ma 2,5 roku. Z mamą nigdy nie biegał.
- Dlatego dla nas obojga to będzie prawdziwe wyzwanie - mówi.
- Nie wiem, jak on zareaguje na takie siedzenie w wózku, ale na szczęście mamy czas, żeby się przyzwyczaić.
Anita twierdzi, że zawsze chciała pobiec w Poznań Maratonie.
- Słyszałam, że tam jest najlepszy doping na trasie. A dla takich amatorów jak ja to bardzo ważne, żeby grała muzyka, ludzie przybijali piątki i na 37. km krzyczeli, że już blisko - mówi.
Anita ma za sobą już maraton w Warszawie. Pokonała go z siostrą, która zainspirowała ją do biegania. - Imponowała mi. Wielką radością było stanąć razem na starcie - wspomina.
Wiosną Anita zaczęła biegać z gazem pieprzowym. - Mieszkam przy parku i tam trenuję. Najczęściej sama, bo z racji pracy i opieki nad synkiem trudno mi się z kimś umówić. I niestety w czasie jednego z treningów trafiłam na zgraję bezpańskich psów. Nie miałam im jak uciec i pokąsały mnie po nogach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a nogi się zagoiły.
Oprócz Stefana Anita ma trójkę dorosłych dzieci - dwójkę studentów i licealistę. Kiedy okazało się, że dostała się do drużyny „Gazety”, usłyszała od nich: „Do tego Poznania to musimy pojechać wszyscy”.

04.07.2011 BYDGOSZCZ , LESNY PARK KULTURY I WYPOCZYNKU ( MYSLECINEK ) , JANUSZ ZIENKIEWICZ Z CORKA AMELKA '' POLSAK BIEGA 3 MARATONY '' FOT. ARKADIUSZ WOJTASIEWICZ / AGENCJA GAZETA

Janusz Zienkiewicz

39 lat, przedsiębiorca, Bydgoszcz

Bo sam to każdy może sobie przebiec maraton, a z dzieckiem już nie każdy.

Kiedy Janusz Zienkiewicz zaczynał biegać ze swoją córką Amelią, chciał połączyć dwie rzeczy.
- Własną potrzebę biegania z tym, żeby rodzina nie czuła, że realizuję marzenia jej kosztem. Przecież to nie o to chodzi - mówi.
Amelka od czwartego miesiąca życia pływa w basenie. Gdy podrosła (ma teraz trzy lata), zaczęła chodzić z tatą na salę gimnastyczną. Janusz przez wiele lat trenował gimnastykę sportową.
- Chcę, żeby sport był dla niej naturalną częścią życia - tłumaczy.
Janusz i Amelia mają już za sobą bieg na 10 km. Amelka sama przebiegła z tego dystansu aż 100 metrów. - Wyjąłem ją z wózka i ona z takim niesamowitym uśmiechem wpadła na metę. Zarejestrowałem ją w biurze zawodów, więc dostała koszulkę i medal. To była radość - wspomina.
Bez Amelki Janusz pokonał już trzy półmaratony. Do maratonu dotąd się nie przymierzał. - Chciałem pobiec za rok w Berlinie, aż trafiłem na akcję "Gazety" i pomyślałem: co mi tam!
W pracy za biurkiem (Janusz zajmuje się ubezpieczeniami) waga tylko rośnie. Człowiek, jak trenuje coś profesjonalnie, to dużo je i ćwiczy. Jak przestaje trenować, to już tylko je. I tyje. W pewnym momencie zobaczyłem, jak się zmieniam. Na dodatek mój tata zaczął mieć problemy z sercem. Byłem przerażony. Wybrałem najtańszą metodę, żeby coś zmienić. Zacząłem biegać.
Janusz boi się tylko rzeczy, których nie da się zaplanować: czy organizm podoła, czy Amelka się nie znudzi.
- Ona ma mnóstwo pytań. O kolory, ludzi, o wszystko. A jak się biega, to mówienie nie należy do najłatwiejszych czynności. Muszę to jeszcze potrenować.

01.07.2011 WARSZAWA , DANIEL GLEMBSKI BIEGACZ , POLSKA BIEGA 3 MARATONY . FOT. ROBERT KOWALEWSKI / AGENCJA GAZETA

Daniel Głembski

34 lata, nauczyciel, Warszawa

Biegniemy po wspomnienia. Bo wspólnego maratonu na pewno nie zapomnimy.

U Daniela Głembskiego plan, by biegać z dzieckiem, zrodził się, zanim jeszcze jego syn Kamil był w ogóle w planach. Jak to możliwe? Trzy lata temu w czasie zawodów Daniel zobaczył stoisko z profesjonalnymi wózkami do biegania.
- Zaczęło mi to chodzić po głowie - mówi. - I teraz, jak mam już i syna, i wózek, który jest lekki i zwrotny, to razem latamy wszędzie: po lasach, po śniegu, po krawężnikach.
Daniel i 16-miesięczny Kamil są zgraną biegacką ekipą. Mają za sobą bieg na 10 km i półmaraton, na dodatek pokonany w rewelacyjnym czasie 1:26. Kamil jest nawet trochę lepszy od Daniela - bo wózek zawsze na mecie jest pierwszy. Dostał pierwszy medal i ponoć chce kolejne.
- Pokonania maratonu z synem nie planowałem, bo to jednak długi dystans. To, że Kamil wytrzymuje półtorej godziny, nie oznacza, że wytrzyma trzy. Ale w związku z akcją "Gazety" zdecydowałem się podjąć ryzyko.
Daniel ma już swój sposób, by przygotować synka do dłuższego wybiegania.
- Trzeba go najpierw zmęczyć, to później grzecznie przesypia trasę. Przeliczyłem sobie, że jak przed maratonem w Poznaniu wstaniemy ok. 5 rano i trochę się razem pobawimy, to czas startu będzie dla niego idealny na drzemkę.
Kiedy Daniel był młody, sport nie był jego ulubionym zajęciem.
- Chciałbym, żeby z Kamilem było inaczej. Marzy mi się, że kiedyś razem się pościgamy. Mnie chęć do biegania nie przejdzie, za mocno się wkręciłem. Pytanie tylko, czy jego tym zarażę.

Justyna Suchecka, Dorota Frontczak

Sprawdźcie jak radzą sobie drużyny "Gazety" na 3maratony.blox.pl

Dołącz do nas na Facebooku.

Joanna Kozanecka: Żeby nie tylko biernie odbierać świat, ale brać z niego





Kobiety chcą dołożyć facetom. Faceci biegną po zdrowie. A rodzice z wózkami by dać dzieciom przykład

Przedstawiamy trzy drużyn, które pobiegną jesienią w trzech maratonach. Sprawdzajcie, jak sobie radzą na 3maratony.blox.pl

Warszawa, 25 września: kobiety doświadczone

Magdalena Wójtowicz

32 lata, nauczycielka języka angielskiego w Janowie Lubelskim

Żeby pokazać córce i uczniom, że nawet w małej miejscowości można mieć wielkie cele.



Magdę roznosi energia. - Najpierw jeździliśmy z mężem na rowerze, ale nam się znudziło. Potem on zaangażował się w piłkę nożną, a ja w aerobik. Ale mi się znudziło. To zaczęłam biegać - 5 km, 10 km, półmaraton, maraton. I co dalej? Zabrakło mi wyzwań. A do tego mąż mnie deprymuje - za cokolwiek się weźmie, jest najlepszy, choćby to było rzucanie szyszkami w drzewo. I jeszcze taki skrupulatny. Nawet jak leje, wstaje o piątej rano i idzie biegać. Przebiegł maraton w Krakowie, a teraz trenuje na Wrocław i Poznań, bo chce zrobić koronę maratonów. Dlatego zgłosiłam się do akcji - żeby mieć nowe wyzwanie. I dlatego, że to babska drużyna. Bo ja chcę facetom dołożyć! - tłumaczy swoje zgłoszenie Magda.

5 czerwca tego roku - znowu z nudów i nadmiaru energii - zorganizowała 12-kilometrowy bieg na święto szkoły Bohaterów Porytowego Wzgórza, w której pracuje. Pobiegło 86 osób, w tym kilku licealistów.

- Za rok pobiegnie więcej uczniów - deklaruje Magda. Na lekcjach wychowawczych opowiada im o bieganiu, zachęca.

Ma nadzieję, że jest dla nich wzorem - bywa, że biegnąc, spotyka swoich wychowanków, którzy „socjalizują” się na rynku.

W 2010 r. z okazji 30. urodzin przebiegła maraton w Warszawie. Wspomina go doskonale: - Do 20 km biegłam, potem zaczęłam przechodzić w marsz, ale nie miałam „ściany”, a na mecie, jak usłyszałam chór gospel, to się popłakałam ze szczęścia. Metę przekroczyła w czasie 5:11. Ale - jak zaznacza - nie biegła na czas, tylko dla przyjemności.

Teraz ma być inaczej. Magda ma konkretny cel - 4:30.



Joanna Kozanecka

33 lata, pracuje w firmie farmaceutycznej, Warszawa

Żeby nie tylko biernie odbierać świat, ale brać z niego. Czuję to na każdym kilometrze biegu.



Korfball i bieganie nie mają ze sobą wiele wspólnego. Tak twierdzi Joanna Kozanecka, która uprawiała wyczynowo ten podobny do koszykówki sport przez 12 lat. - To inny rodzaj ruchu: wymagający szybkości, zrywów. Ale nauczył mnie uporu, a ten jest w bieganiu potrzebny - mówi.

Biegać zaczęła w 2007 r. Miała wypadek na zawodach korfballu, skręciła kolano. Z powodu kontuzji nie mogła wystartować w mistrzostwach świata trzy miesiące później.

- Ale w ramach rehabilitacji zaczęłam wychodzić przed blok - wspomina Joanna. Najpierw spacerowała, po jakimś czasie zaczęła biegać. Koleżanka powiedziała jej o ścieżkach biegowych. A ona wkręcała się coraz bardziej.

- To dziwne, bo choć sama trenowałam i studiowałam na AWF, a rodzice byli nauczycielami wf., to ja po prostu nie lubiłam biegania - wspomina.

Kolega ułożył jej plan treningowy do maratonu. Na trasie biegowej znalazło się kilku innych maratończyków debiutantów i postanowili razem wystartować w Warszawie. Był rok 2009.

- Ta grupa wsparcia sprawiła, że to było wyjątkowe przeżycie. Razem się rozgrzewaliśmy, dyskutowaliśmy, jak nam idzie. Nie uniknęłam jednak błędów. Wystartowałam za szybko, niepotrzebnie wypiłam izotoniki, których - jak się okazało - mój organizm nie toleruje. Ale jakoś dobiegłam. A apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Apetyt Joanny był tak duży, że do biegania dołożyła rower i pływanie. I ma za sobą triatlon. - Rano chodzę na basen, wieczorem biegam albo jeżdżę na rowerze. Jeśli trzeba, mogę wybiec o 5 rano. Bieganie daje mi siłę na cały dzień.



Leonora Karłowska

51 lat, prowadzi sieć sklepów odzieżowych w Złotowie (woj. wielkopolskie)

Pierwszy maraton dał mi energię na wiele miesięcy. Chcę przeżyć to jeszcze raz.



- Chcę promować bieganie wśród kobiet po pięćdziesiątce - mówi Leonora. Swoje bieganie traktuje prozdrowotnie. Wychodzi pobiegać, ilekroć skoczy jej ciśnienie: - Lekarz mówi, że to dobry pomysł.

Zaczęło się od tego, że razem z mężem rzucili sześć lat temu palenie. Po dwóch tygodniach postanowili chodzić na spacery, bo poczuli, że „ogarnia ich tkanka tłuszczowa”. Spacery przerodziły się w truchty. A truchty w regularne treningi. Mąż zaczął startować w zawodach. Lilka długo się opierała. - I gdy w końcu wystartowałam, byłam na mecie ostatnia - wspomina. - Wyprzedził mnie nawet kulawy pan z kontuzją. Po prostu nie mogłam biec.

Obraziła się na bieganie na pół roku. Ale wróciła. - Mamy takie piękne trasy biegowe - jedna idzie przez las, a druga wokół jeziora - cieszy się Lilka. Od kilku lat jej kolega organizuje bieg na 4,3 km, na którym wśród wszystkich uczestników, bez względu na osiągnięty wynik, losowana jest nagroda - wycieczka na Wyspy Kanaryjskie. - I to bardzo zmotywowało lokalną społeczność do biegania - śmieje się Leonora.

Leonora ukończyła jesienią 2010 r. maraton w Berlinie. Pobiegła z mężem i dwoma kolegami dla uczczenia swoich 50. urodzin. Czy nie obawia się ponownego startu?

- Pierwszy półmaraton pobiegłam świetnie, drugi fatalnie. Boję się, że u mnie te „drugie razy” są trudniejsze - przyznaje. I obiecuje pracować nad sobą: - Miesiąc przed Berlinem bolało mnie dosłownie wszystko, poszłam do ortopedy i okazało się, że to było tylko „w głowie”. Teraz będę twardsza.



Małgorzata Łoboz

48 lat, sędzia w Sądzie Okręgowym, Kraków

Żeby być zdrowym na umyśle



- Jeśli szukacie kobiety w sile wieku, zmotywowanej, zdolnej poddać się reżimowi treningów i takiej, która nie skrewi w ostatnim momencie, to proponuje swoja kandydaturę - napisała do nas w zgłoszeniu Małgorzata Łoboz.

Biega od dziesięciu lat, choć do niedawna bieganie traktowała drugorzędnie - raczej jako przygotowanie do innych sportów - jazdy konnej, nart, wspinaczki. Wspina się od 1996 r. Ma na koncie ośmiotysięcznik Gasherbrum II w Karakorum, który zdobyła w 2008 r. Mówi, że to była realizacja jej marzeń z dzieciństwa. Rok później postawiła sobie kolejny cel: przebiec maraton i to poniżej 5 godzin. Przebiegła maraton we Wrocławiu. Czas - 4:37. Z „Gazetą” chce ten wynik poprawić.

Dlaczego się zgłosiła? - To proste. Podoba mi się ta akcja. - odpowiada Małgorzata. - Planowałam i tak pobiec w Warszawie i pomyślałam, że z wami to byłaby dodatkowa motywacja.

Ani mąż ani 16-letnia córka nie towarzyszą jej na treningach. Biega sama. Zawsze. Taką ma zasadę. - Bo bieganie z kimś bywa demotywujące. Bo co jeśli ta druga osoba akurat nie może? To i nam się odechciewa. - tłumaczy.

Druga zasada: biega w mieście. - Bo na samą myśl o staniu w krakowskich korkach, by wyjechać w plener, mogłoby mi się odechcieć treningu.

Małgorzata cieszy się, że jest w drużynie. Ale też martwi. - Mam swoje lata, jestem po urazach, kontuzjach. Boję się, że coś się może odezwać. Gdybym biegła sama incognito, zawsze mogę zejść z trasy, a teraz będę na widoku. Samego startu się jednak nie boję!





Wrocław, 11 września: Debiutujący panowie

Łukasz Sulima-Dolina

22 lata, studiuje turystykę i rekreację w Lublinie, pochodzi z Radomia

Maraton to moje marzenie z czasów, gdy ważyłem 140 kilo. Dziś ważę 50 kilo mniej, a marzenie zostało.



Do 18. roku życia moją „pasją” było jedzenie i nicnierobienie. Po przekroczeniu 140 kg nadszedł impuls i zacząłem się odchudzać. Schudłem bardzo szybko, najpierw na samej diecie, potem zacząłem też biegać. To było w 2006 r. i od tamtej pory wagę trzymam. Do maratonu zrzucę jeszcze 5-7 kg. Bo jak się biegnie 42 km, to każdy dodatkowy kilogram ciąży, a mi zależy na czasie. Jak schudnę? To proste - ograniczę węglowodany.

Od kilku lat biegam cztery razy w tygodniu średnio po 10 km. Bieganie uratowało moje zdrowie, zastąpiło jedzenie i stało się moją obecną pasją. Czasem też pływam, jeżdżę na rowerze, ale siłowni nie lubię. Może jak będę starszy, to zacznę podnosić ciężary.

Odkąd schudłem, w moim życiu dużo się zmieniło - stałem się bardziej zawzięty, aż mnie ludzie nie poznają. Mówi się, że studia to czas imprez. Ale ja wkręciłem się na studiach w klimat: ergometr wioślarski i ściana wspinaczkowa. A zresztą... lubię biegać na kacu.

Studiuję w Lublinie, ale wakacje spędzam w Radomiu u rodziny. Młodszy brat czasem ze mną biega. Starszy woli siłownię. Mama lubi rower, ale nikt w rodzinie takim wyczynowcem jak ja, żeby pięć-sześć razy w tygodniu uprawiać sport, to nie jest. Ale ja muszę, jestem chory, jak nie pójdę na trening.

Trener Staszewski zaproponował mi czas 4:28, myślę, że dam radę. Jedyne, czego się boję, to kontuzji, na które nie mam wpływu.



Jacek Kazubowski

44 lata, inżynier budownictwa, Białe Błota (woj. kujawsko-pomorskie)

Zrobić coś nietypowego. Zwłaszcza że moja żona zrobiła to rok wcześniej.



- Zgłosiłem się bo pozazdrościłem żonie - śmieje się Jacek. Gosia Kazubowska w ubiegłym roku przebiegła w drużynie „Gazety” maraton w Poznaniu. Jacek kibicował jej i udzieliła mu się maratońska atmosfera: - Gdy zobaczyłem ją i innych na trasie maratonu, z podziwu i uznania dla biegaczy, którzy łamią bariery w sobie, aż mnie zatkało. W 2000 r. miałem poważną kontuzję podczas gry w piłkę nożną. Zerwałem ścięgno Achillesa i cztery miesiące miałem nogę w gipsie. Myślałem, że sport już nie dla mnie. A tu nagle coś się we mnie odblokowało. Tak jak wcześniej nie rozumiałem, po co Gosia biega, tak teraz wzdycham do biegania nawet po ciężkiej orce w pracy. Czy deszcz, czy mróz - biegam. Nasze dzieci (Zośka - 8 lat, Michał - 13, Jeremi - 16), gdy dzwoni telefon, a nas nie ma w domu, odpowiadają: rodzice biegają. W każdą sobotę robię dystans półmaratonu i - o dziwo - nie odczuwam żadnych dolegliwości!

Poszedłem za ciosem i zacząłem realizować też inne młodzieńcze pasje - kilka razy pojechałem pożeglować, na ryby. Moja żona nazywa to syndromem „czerwonych adidasów”.

W tym roku Gosia nie wystartuje, trochę odpuściła treningi. Kiedy się dowiedziała, że z „Gazetą” pobiegnę ja, teraz to ona zazdrości. W 2012 r. pobiegniemy maraton już razem.

Cieszę się z planu treningowego. Wreszcie wiem, co mam robić. W każdej książce radzą co innego, a Wojtek Staszewski to autorytet, którego się słucha.

Plany na Wrocław? Po pierwsze, chciałbym skończyć. A po drugie... zmieścić się w pięciu godzinach.



Dariusz Kowalczyk

44 lata, dyrektor ds. personalnych, Wrocław

Po czterdziestce człowiek ma życie uporządkowane: praca, dom, żona, dzieci. Chciałem jeszcze samego siebie zadziwić.



Dariusz jest dyrektorem ds. personalnych i administracyjnych w Toshiba Television Central Europe. - Siedząca praca za biurkiem - mówi. - Ten tryb życia sprawił, że się zapuściłem. A zdałem sobie sprawę z tego dopiero wtedy, gdy zacząłem mieć problemy ze sznurowaniem butów. W grudniu zeszłego roku przy 180 cm wzrostu ważyłem już sto kilogramów.

Dariusz na dobry początek kupił bieżnię. Najpierw maszerował - 7 km na godzinę, potem zaczął truchtać. Trzy, cztery razy w tygodniu. - Zaczęło mi się to podobać. Od stycznia do dziś schudłem 16 kg - chwali się. - Przeczytałem w „Gazecie”, że szukacie debiutantów na maraton we Wrocławiu. Pomyślałem, że to szansa dla mnie. Bo maraton bardzo chciałbym pokonać, ale nie wiem, czy dałbym radę sam.

Gdy dowiedział się, że będzie w drużynie „Gazety”, bardzo się ucieszył, a potem... przestraszył. - Na pewno wystartuję. Ale czy podołam? Limit czasu na przebiegnięcie maratonu to sześć godzin, a moim największym osiągnięciem do tej pory było pokonanie 16 km w dwie godziny. I potem wszystkie części ciała odmawiały mi posłuszeństwa. Jak pomyślę, że mam biec trzy razy dłużej, to nie sposób się nie bać, prawda?

Na trasie będzie go dopingować żona. Liczy też na znajomych, którzy się dziwią: po co ci to? A on chce zadziwić siebie samego.

Trasa wrocławskiego maratonu biegnie blisko domu Dariusza. - Zawsze widziałem tych biegających ludzi i myślałem: o mój Boże, jak oni się męczą. Teraz stanę po drugiej stronie barykady.



Czesław Przybylski

65 lat, technik mechanik na emeryturze, Świdnica

Za komuny kazali robić jedno, w kościele każą drugie - a jak biegnę, czuję, że jestem wolny.



Czesław zaczął biegać trzy lata temu: - To był czas wielu stresów: kłopoty z żoną, konflikty w pracy. Dla rozluźnienia zdarzało mi się po powrocie do domu wypijać kieliszek wódki. Dobrze mi się od tego robiło. I przestraszyłem się, że wpadnę w alkoholizm. Do tego paliłem papierosy, paczkę dziennie. Miałem nadciśnienie i wysoki cholesterol. Któregoś dnia pomyślałem - albo będę żyć tak dalej i wkrótce to życie skończę, albo coś ze sobą zrobię. Rzuciłem papierosy z dnia na dzień. I zacząłem biegać.

Początki były trudne, Czesław walczył z zadyszką. Ale się zawziął - wstawał o 4 nad ranem, żeby pobiegać pół godziny przed pracą. - Biegałem w trampkach. Nie miałem nawet pojęcia, że trzeba mieć specjalne buty, że są jakieś plany treningowe, że trzeba się po biegu rozciągać - wspomina.

W lokalnej prasie przeczytał o świdnickim klubie biegacza Hermes. Dołączył do ich cotygodniowych treningów i po pół roku był gotowy, żeby przebiec półmaraton w Sobótce. Dziś znów biega sam - cztery razy w tygodniu. Ma na koncie trzy półmaratony, najlepszy w czasie 1:50.

Odkąd biega, schudł 10 kg, a wyniki badań znacznie mu się poprawiły. - Bieganie nie tylko jest zdrowe, ale najlepiej odstresowuje. Żałuję, że tak późno to odkryłem - mówi Czesław.

Zgłoszenie do maratonu wysłał - jak twierdzi - z głupia frant. Był zdumiony, gdy dowiedział się, że jest w drużynie. I dumny. - Teraz boję się, żeby was nie zawieść - mówi. - Psychicznie podołam, boję się tylko, czy nogi dadzą radę.





Poznań, 16 października: Rodzice z dziećmi w wózku

Michał Safianik

33 lata, politolog, Warszawa

Pobiec z Nelią i promować zdrowy tryb życia.



- Mam dwie córki - starsza Julia ma prawie trzy lata, młodsza Nelia ma cztery miesiące. Zwykle to mama spędza więcej czasu z mniejszym dzieckiem i nawiązuje z nim bliższy kontakt. A mi też na tym kontakcie zależy. Chcę być w życiu Nelii od samego początku i budować z nią silną więź. A przy okazji przeżyć wspólną przygodę. Wspólne bieganie się do tego świetnie nadaje.

Przygoda ta już się zaczęła. W niedzielę Michał po raz pierwszy zabrał ze sobą Nelię na trening. - Z wózkiem biega się zdecydowanie trudniej. Zmienia się cała dynamika biegu. Za to mała „biegła” jak zaczarowana. Przez ponad godzinę z zachwytem przyglądała się mijanemu światu - cieszy się Michał. Jego żona bardzo wspiera pomysł wspólnego biegania taty z córką.

- Żona spędziła z córkami więcej czasu, bo miała urlop macierzyński. Wie, że bieganie to moja szansa, by to nadrobić. Chciałbym być też inspiracją dla innych ojców. Pokazać im, że da się zrobić coś i dla siebie, i dla dziecka.

Michał zazwyczaj trenuje skoro świt. - Teraz po całym dniu w pracy i czasie spędzonym z córkami wieczorami nie miałbym już na to siły.

Najbardziej boi się, że na trasie Nelia zacznie płakać i nie będzie potrafił jej uspokoić. I niepogody, bo słyszał, że jak jest wietrznie, to bieganie z wózkiem jest jak pchanie przed sobą żagla.

Na jednym z biegów widział zawodnika w koszulce z napisem „jeden bieg - tysiąc powodów”. Twierdzi, że ma dokładnie tak samo. Inne powody? - Mój ojciec i teść nie są typami sportowców. Jeśli oni kiedyś zaczną biegać, to będzie dla mnie wielki sukces.



Anita Smyk

41 lat, korektorka w lokalnej prasie, Biała Podlaska

Bo jak będę trenować z synkiem, to odciążę moją mamę, która się nim zajmuje.



Anita Smyk parę razy usłyszała, że to dziwne tak bez sensu biegać, zamiast z dzieckiem posiedzieć w domu. - Teraz ludzie pewnie będą się dziwić, jak to można tak z małym dzieckiem biegać. I jeszcze w tym wózku! Niektórzy już pukają się w głowy - mówi.

Stefan, najmłodszy syn Anity, ma 2,5 roku. Z mamą nigdy nie biegał. - Dlatego dla nas obojga to będzie prawdziwe wyzwanie - mówi. - Nie wiem, jak on zareaguje na takie siedzenie w wózku, ale na szczęście mamy czas, żeby się przyzwyczaić.

Anita twierdzi, że zawsze chciała pobiec w Poznań Maratonie. - Słyszałam, że tam jest najlepszy doping na trasie. A dla takich amatorów jak ja to bardzo ważne, żeby grała muzyka, ludzie przybijali piątki i na 37. km krzyczeli, że już blisko - mówi.

Anita ma za sobą już maraton w Warszawie. Pokonała go z siostrą, która zainspirowała ją do biegania. - Imponowała mi. Wielką radością było stanąć razem na starcie - wspomina.

Wiosną Anita zaczęła biegać z gazem pieprzowym. - Mieszkam przy parku i tam trenuję. Najczęściej sama, bo z racji pracy i opieki nad synkiem trudno mi się z kimś umówić. I niestety w czasie jednego z treningów trafiłam na zgraję bezpańskich psów. Nie miałam im jak uciec i pokąsały mnie po nogach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a nogi się zagoiły.

Oprócz Stefana Anita ma trójkę dorosłych dzieci - dwójkę studentów i licealistę. Kiedy okazało się, że dostała się do drużyny „Gazety”, usłyszała od nich: „Do tego Poznania to musimy pojechać wszyscy”.



Janusz Zienkiewicz

39 lat, przedsiębiorca, Bydgoszcz

Bo sam to każdy może sobie przebiec maraton, a z dzieckiem już nie każdy.



Kiedy Janusz Zienkiewicz zaczynał biegać ze swoją córką Amelią, chciał połączyć dwie rzeczy. - Własną potrzebę biegania z tym, żeby rodzina nie czuła, że realizuję marzenia jej kosztem. Przecież to nie o to chodzi - mówi.

Amelka od czwartego miesiąca życia pływa w basenie. Gdy podrosła (ma teraz trzy lata), zaczęła chodzić z tatą na salę gimnastyczną. Janusz przez wiele lat trenował gimnastykę sportową. - Chcę, żeby sport był dla niej naturalną częścią życia - tłumaczy.

Janusz i Amelia mają już za sobą bieg na 10 km. Amelka sama przebiegła z tego dystansu aż 100 metrów. - Wyjąłem ją z wózka i ona z takim niesamowitym uśmiechem wpadła na metę. Zarejestrowałem ją w biurze zawodów, więc dostała koszulkę i medal. To była radość - wspomina.

Bez Amelki Janusz pokonał już trzy półmaratony. Do maratonu dotąd się nie przymierzał. - Chciałem pobiec za rok w Berlinie, aż trafiłem na akcję „Gazety” i pomyślałem: co mi tam!

W pracy za biurkiem (Janusz zajmuje się ubezpieczeniami) waga tylko rośnie. Człowiek, jak trenuje coś profesjonalnie, to dużo je i ćwiczy. Jak przestaje trenować, to już tylko je. I tyje. W pewnym momencie zobaczyłem, jak się zmieniam. Na dodatek mój tata zaczął mieć problemy z sercem. Byłem przerażony. Wybrałem najtańszą metodę, żeby coś zmienić. Zacząłem biegać.

Janusz boi się tylko rzeczy, których nie da się zaplanować: czy organizm podoła, czy Amelka się nie znudzi. - Ona ma mnóstwo pytań. O kolory, ludzi, o wszystko. A jak się biega, to mówienie nie należy do najłatwiejszych czynności. Muszę to jeszcze potrenować.



Daniel Głembski

34 lata, nauczyciel, Warszawa

Biegniemy po wspomnienia. Bo wspólnego maratonu na pewno nie zapomnimy.



U Daniela Głembskiego plan, by biegać z dzieckiem, zrodził się, zanim jeszcze jego syn Kamil był w ogóle w planach. Jak to możliwe? Trzy lata temu w czasie zawodów Daniel zobaczył stoisko z profesjonalnymi wózkami do biegania.

- Zaczęło mi to chodzić po głowie - mówi. - I teraz, jak mam już i syna, i wózek, który jest lekki i zwrotny, to razem latamy wszędzie: po lasach, po śniegu, po krawężnikach.

Daniel i 16-miesięczny Kamil są zgraną biegacką ekipą. Mają za sobą bieg na 10 km i półmaraton, na dodatek pokonany w rewelacyjnym czasie 1:26. Kamil jest nawet trochę lepszy od Daniela - bo wózek zawsze na mecie jest pierwszy. Dostał pierwszy medal i ponoć chce kolejne. - Pokonania maratonu z synem nie planowałem, bo to jednak długi dystans. To, że Kamil wytrzymuje półtorej godziny, nie oznacza, że wytrzyma trzy. Ale w związku z akcją „Gazety” zdecydowałem się podjąć ryzyko.

Daniel ma już swój sposób, by przygotować synka do dłuższego wybiegania. - Trzeba go najpierw zmęczyć, to później grzecznie przesypia trasę. Przeliczyłem sobie, że jak przed maratonem w Poznaniu wstaniemy ok. 5 rano i trochę się razem pobawimy, to czas startu będzie dla niego idealny na drzemkę.

Kiedy Daniel był młody, sport nie był jego ulubionym zajęciem. - Chciałbym, żeby z Kamilem było inaczej. Marzy mi się, że kiedyś razem się pościgamy. Mnie chęć do biegania nie przejdzie, za mocno się wkręciłem. Pytanie tylko, czy jego tym zarażę.



Not. Justyna Suchecka, Dorota Frontczak