Tomasz Lis: Dość dziadzienia

Biegam od lipca. Na początku bliski agonii byłem po kwadransie. Teraz biegam cztery razy w tygodniu, po 12,5 km, razem 50. Czasem 20 km, bez szarpaniny, równym tempem
Dlaczego biegam? Żona, widząc, jak wyglądam po godzince treningu, śmieje się, że może i był to bieg, ale nie po zdrowie, tylko po reanimację. Bieganie to dla mnie - najogólniej - walka z dziadzieniem wyrażającym się w bezruchu i nadwadze. W zeszłym roku doszedłem do wniosku, że zaczynam być podtatusiały - kilogramów przybywa, a sport znam z telewizora.

W lipcu ruszyłem w trasę. W sierpniu byliśmy w USA, łatwiej się było zmobilizować, bo tam biegają tłumy. Pewnie bym po powrocie odpuścił, ale przeczytałem w "Wyborczej" o koleżankach i kolegach szykujących się do maratonu. Jako człowiek celu pomyślałem: "To może i ja, może za rok".

I tak ciągnę już ósmy miesiąc. To jeszcze nie wielka przyjemność, ale już nie masochizm. Za to dobieganie jest przyjemnością czystą. I stawanie na wadze. W osiem miesięcy bez drakońskiej diety zrzuciłem 14 kilo. Jeszcze pięć i będzie fantastycznie.

Bieganie jest też formą zabijania poczucia winy, bo gdy sobie odpuszczę, czuję, że popełniłem grzech. A tu spowiedzi nie ma, nikt mi nie odpuści.

Przy okazji przypomniałem sobie, na czym polega sport. Na pokonywaniu siebie, lenistwa, zmęczenia, bólu.

Gdy Piotrek Pacewicz podkręcił tempo, po chwili oglądałem tylko jego plecy, ale cóż - on ma swoje tempo, ja swoje, on przebiegł maraton w 3:17, ja chciałbym po prostu dobiec, a złamanie czterech godzin byłoby cudowne.

Więc biegam. Najtańszy, najprostszy i najbardziej sportowy ze sportów. Spróbujcie sami. Może jesienią maraton pobiegniemy razem?

Źródło: Gazeta Wyborcza