Bieg Śnieżnej Pantery. Mokro, zimno, biało, wybornie [RELACJA]

Śnieg po kolana, przemoczone buty i skarpety, ostro pod górę i ostro z góry. 25 kilometrów, 1000 metrów przewyższenia i dużo, dużo radości. Tak w dużym skrócie wyglądał Bieg Śnieżnej Pantery w Zawoi Anno Domini 2015.

W tym roku, jeśli ktoś tak jak ja mieszka w centralnej Polsce, zimy nie doświadczył wcale. Śnieg padał może trzy razy, mróz nie trzymał. Jest zima, a nie jest zimno. Świat stanął na głowie i się chwieje.

W Biegu Śnieżnej Pantery w Zawoi postanowiłem wystartować, żeby przywrócić mu równowagę. I to nie tylko klimatyczną. Również równowagę gatunkową. Celem organizatorów biegu jest uświadomienie ludziom, że irbisy zagrożone są wyginięciem. Każdy uczestnik mógł wesprzeć organizację Snow Leopard Trust datkiem na ratowanie śnieżnych panter.

Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy, termometr wskazywał około 10 stopni. Kiedy dojechałem do Zawoi -3. Padał śnieg. Startowaliśmy w sobotę o 9:00. Śniegu zdążyło napadać tyle, że zacząłem się martwić. Nie wziąłem stuptów.

JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO BIEGU ULTRA W GÓRACH

Spakowałem plecak: koc termiczny, czołówka, mapa, gwizdek, termos z herbatą i paczka rodzynek. Krótka rozgrzewka na trasie z hotelu do Centrum Górskiego Korona Ziemi, gdzie był start. Krótka odprawa, kilka słów od ratowników GOPR i zaczęło się. Odliczanie i biegniemy.

Impreza bez klasyfikacji, bez miejsc na mecie, symbolicznie. Pewnie dlatego na pierwszym punkcie kontrolnym byłem 9. A może dlatego, że cały czas biegłem. Było pod górę i niektórzy przeszli do marszu. Potem był długi, stromy zbieg, skok przez szosę i znowu długi podbieg czarnym szlakiem aż do schroniska na Markowych Szczawinach.

Mnóstwo śniegu, ciężkiego i lepkiego. Po 10 kilometrach miałem zupełnie mokre skarpety i buty. Stupty niewiele by pomogły. Zamiast biec, szedłem żwawym krokiem. Próbowałem. Czułem się, jakbym ugniatał winogrona gołymi stopami. Śnieg miał konsystencję gęstej mazi.

BUTY DO BIEGANIA W GÓRACH? SPRAWDŹ RECENZJE INOV-8 X-TALON 212

Smarkałem, sarkałem, sapałem. Tak się skupiłem nad utrzymywaniem równowagi, że nie skręciłem w odpowiednim miejscu i nadrobiłem z kilometr. Nadrobiliśmy, bo było nas kilkoro.

Wpadłem do schroniska na meldunek. Wziąłem herbatę i rozsiadłem się jak w kawiarni przy Nowym Świecie, a wszyscy, z którymi biegłem, już dawno byli na szlaku. Głupi. Wziąłem łyk, poparzyłem się i poleciałem w dół.

To dopiero była frajda. Wąskie korytko, z którego trzeba wyskoczyć w śnieg prawie po pas, żeby wyprzedzić. Już wiem, po co się wbiega na szczyt. Żeby zbiegać! Leciałem na łeb na szyję, ze trzy razy złapałem zająca. Cieszyłem się jak dziecko. Brakowało tylko, żeby mama krzyczała za mną - nie biegaj tak, bo się wywrócisz. Oczywiście, że się wywrócę, a co! I ubrudzę. Niczym nieskrępowana, czysta radość. Cudo po raz pierwszy!

TRASY BIEGOWE POLSKICH GÓRACH, GDZIE BIEGAĆ?

Zanim się obejrzałem, byłem już na asfaltowej drodze, która prowadziła na metę w Zawoi. Nieoficjalnie wiem, że dobiegłem do mety na 23. miejscu. Nie miejsce jednak było tu ważne. Najważniejsze, że złapałem bakcyl.

Dzień później wybrałem się na Babią Górę - najwyższy szczyt Beskidów. Przyznam, że do takiej wycieczki nie najlepiej byłem przygotowany sprzętowo. Przydałaby się jednak cieplejsza bluza no i może raki. Jakoś sobie poradziłem. Grunt, że pogoda była idealna - świeciło słońce. Kiedy jednak wyszedłem ponad piętro lasu, zebrały się chmury i zerwała wichura. Zrobiło się złowieszczo.

Zakryłem twarz buffem i poszedłem w górę. Śnieg zasypał ślady turystów, więc kilka razy wpadłem w zaspy po pas. Czułem się jak ubogi krewny Kliana Jorneta. Kiedy dotarłem na szczyt, wypogodziło się. Z jednej strony miałem piękny widok na Tatry, z drugiej na Beskidy. Cudo po raz drugi! Potem to, co wbiegałem prawie dwie godziny, zbiegłem w 40 minut.
Cudo po raz trzeci! Sprzedane.

Na pewno wrócę w góry. Może spróbuję dłuższych dystansów.