Parkrun. Biegowa turystyka: "W Anglii o godz. 9 nigdy nie pada"

W Wielkiej Brytanii popularna jest "parkrunnowa turystyka", o czym w każdą sobotę przekonują się polskie lokalizacje parkrun, które goszczą zorganizowane grupy uczestników parkrun z zagranicy. Biegowi turyści przyjeżdżają do nas nie tylko po to, aby przebiec tradycyjną piątkę, ale również poznać piękne zakątki Polski.

v

Najbardziej znanym „parkrunnowym” obieżyświatem jest Brytyjczyk Paul Freyne, który zaliczył 292 parkruny - w tym 245 w różnych miejscach. Mało tego, na swoim koncie ma 17 biegów parkrun w Polsce. - Gdy pierwszy raz przyjechałem do Polski, od razu zakochałem się w Waszej ojczyźnie. Za każdym razem, gdy powstaje nowa lokalizacja w Polsce, chętnie do Was przyjeżdżam. Macie świetne miejsca do biegania, mnóstwo ciekawych rzeczy do zwiedzania i ludzi, którzy pomagają na każdym kroku - mówi Freyne.

Innym stałym bywalcem ze Zjednoczonego Królestwa jest Peter Fordham (198 biegów, w tym 12 w Polsce), czy Stephen Sharks, który w naszym kraju biegał ośmiokrotnie.

Również wśród polskich biegaczy „parkrunnowa turystyka” zdobywa coraz więcej fanów. Zapytaliśmy trójkę uczestników biegów parkrun Polska, o ich spostrzeżenia, trudności tras, atmosferę i różnicę pomiędzy poszczególnymi państwami, w których odbywają się biegi parkrun.

2 tys. kilometrów rowerem, aby przebiec 5 km

Tomasz Bagrowski (Radość z Biegania) z Gdańska, przejechał na rowerze ponad 2 tys. kilometrów, aby przebiec duński parkrun Amager Strandpark i zająć drugie miejsce z czasem 18 minut i 30 sekund.

Tomasz BagrowskiTomasz Bagrowski

- Jak co roku wypada trochę odpocząć od pracy i wziąć urlop. Pod koniec października spakowałem buty do biegania i wsiadłem na rower, obierając za cel podróży - Danię - opowiada Tomasz Bagrowski. - Przy okazji odwiedziłem Kopenhagę i w końcu zaliczyłem jakiś zagraniczny parkrun. Przejechałem rowerem trasę z Gdańska przez Koszalin i Świnoujście aż do Rostoku, aby po trzech dniach znaleźć się w Dani. Czwartego dnia dojechałem do Kopenhagi, a piątego - po bezsennej nocy - udało mi się przebiec wspominany parkrun.

I dodaje: - Zostałem miło przywitany. Jedna osoba wytłumaczyła mi, jak przebiega trasa, a druga zaoferowała nocleg. Trasa ciekawa, ale akurat tego dnia było bardzo mgliście i uroki lokalizacji mogłem dostrzec dopiero następnego dnia. Atmosfera była bardzo fajna i podobna do polskich lokalizacji.

Londyńska majówka

Ewelina Kempa (Keep Dreas Close): - Na parkrun przychodzę od listopada 2013 roku, średnio dwa razy w miesiącu. Bardzo lubię w ten sposób rozpoczynać sobotę, bo wtedy trening biegowy mam już właściwie z głowy, a przy okazji spotykam się ze znajomymi i spędzam miło poranek. Do tej pory za każdym razem biegałam w Krakowie (ukończyłam w sumie 32 biegi), ale cały czas zastanawiałam się jak parkrun wygląda w innych lokalizacjach. Przy okazji majówki w Londynie miałam świetną okazję się o tym przekonać, odwiedzając Highbury Fields parkrun.

Ewelina KempaEwelina Kempa

Pierwszy parkrun (Bushy) powstał w 2004 roku właśnie w Londynie. Niestety, do macierzystej lokalizacji miałam ponad godzinę drogi, a że plany na sobotę zawierały również inne atrakcje, zdecydowałam się na najbliższą lokalizację. Zresztą w Londynie nie brakuje parkrunów. W odległości mniej więcej 15 minut biegiem, od miejsca w którym mieszkałam, miałam do wyboru trzy różne lokalizacje, a wybierając Highbury Fields Parkrun kierowałam się głównie łatwością trafienia do niego.

W parku pojawiłam się 15 minut wcześniej, aby spokojnie rozejrzeć się po okolicy i rozgrzać. Zauważyłam, że większość uczestników biegu gromadziło się w miejscu mety, składając swoje rzeczy w depozycie. Na 5 minut przed 9 wszyscy razem (wraz z wolontariuszami i koordynatorami) zaczęli przemieszczać się na start.

Przed samym biegiem jeden z koordynatorów przywitał biegaczy, przedstawił trasę, pozdrowił debiutantów, osoby spoza UK oraz uczestników mających swój jubileusz - 50 lub 100 parkrun.

Start Highbury Fields parkrun wyznacza drzewo znajdujące się w południowo-wschodniej części parku w pobliżu tylnej części budynku basenu. Ten bieg jest wyjątkowy, bo składa się z pięciu pętli wokół niewielkiego, ale bardzo urokliwego parku. Trasa, lekko pofałdowana przypomina odwróconą literkę „D” i przebiega w całości po asfalcie. Wyjątkiem jest meta, która ulokowana jest na trawie i aby do niej dotrzeć wcześniej, należy pokonać około 50 metrów.

Pogoda tego dnia była idealna do biegania. 15 stopni, pochmurno i bez wiatru. Nie miałam szczególnych planów na ten bieg. Przyszłam, aby się przebiec i sprawdzić jak to wszystko wygląda gdzieś indziej. Jako, że trasa zawierała podbiegi ciężko było utrzymać cały czas równe tempo, więc raz zwalniałam wbiegając pod górkę, a następnie puszczałam luźno nogi i rozpędzałam się w dół. Wszystko razy pięć.

Ostatecznie uzyskałam bardzo zadowalający mnie wynik 26:33. Najszybszy mężczyzna przybiegł w czasie 17:21, a kobieta 19:06. W 185. edycji Highbury Fields Parkrun wzięło udział w sumie 146 biegaczy.

Po biegu nie było wody do picia, ani ciepłej herbaty, czego mi trochę brakowało, bo regularnie biegając w Krakowie przywykłam do tego już w takim stopniu, że myślałam, że tak jest po prostu wszędzie. Szkoda również, że grupowej fotki na koniec nikt nie zrobił (albo za szybko się zmyłam).

Podobało mi się. Turystyka parkrunnowa to całkiem ciekawy pomysł. Może nie docelowy, ale przy okazji wyjazdów na pewno będę planować sobotnie starty w biegach parkrun. Właściwie, to już się nie mogę doczekać, gdy odwiedzę kolejną lokalizację.

W Anglii nigdy nie pada w sobotę o 9

Tomasz Kaszkur (Bieganie dookoła jeziora): Przyjazd do Anglii miałem zaplanowany od kilku miesięcy z powodu koncertu Current 93. Jako, że nigdy wcześniej na Wyspach nie byłem, postanowiłem zrobić z tego wyjazdu mini-rodzinną wycieczkę.

Tomasz Kaszkur (w niebieskiej bluzie) w legendarnym Bushy ParkuTomasz Kaszkur (w niebieskiej bluzie) w legendarnym Bushy Parku

Anglia przywitała nas strajkiem metra i typowo deszczową pogodą. Z pewnym niepokojem oczekiwałem sobotniego poranka, bo wielu osobom naobiecywałem, że będąc w Londynie absolutnym OBOWIĄZKIEM będzie udział w parkrunnowej kolebce, czyli Bushy parkrun!

Sobota. Długo zastanawiałem się jednak, w którym z biegów parkrun wziąć udział. W okolicy kilku km miałem do wyboru trzy z nich: w Kingston wzdłuż Tamizy, po parku Richmond oraz w Bushy Park. Na początku chciałem przebiec się wzdłuż Tamizy, ścieżką, przy której w młodości Eric Clapton szlifował „Sunshine of Your Love”. Druga myśl - to Park Richmond - największy zamknięty park w Anglii, gdzie dosłownie biegają stada jeleni i lisów. Parkrun w parku Bushy zachęcił mnie tym, że jest to największy parkrun w Anglii, i chyba na całym świecie. W każdą sobotę zjawia się tutaj ponad 1000 biegaczy, aby przebiec 5 km. Jednym słowem frekwencja taka, jak na największych masowych biegach w Polsce.

Jedziemy całą rodziną do Bushy Parku i widzę tłumy biegaczy. Wielu z nich w czerwonych i czarnych koszulkach, odpowiednio symbolizujących 50 i 100 ukończonych biegów.

Trasa biegu to pętla. Pierwszy kilometr: długa szeroka prosta, po trawie, która latem zapewne przypomina tę z kortów pobliskiego Wimbledonu, ale w lutym bliższa jest murawie z naszego Stadionu Narodowego z meczu Polska - Anglia. Po kilkuset metrach porzucam marzenie o suchych skarpetkach. Po kilometrze porzucam także marzenie o suchych nogawkach do kolan. Lawirując bezskutecznie pomiędzy podmokłymi grząskimi połaciami, kałużami i błotem, nadrabiam dodatkowe metry do pięciokilometrowego dystansu. This is England! Yeah! Nie wyobrażałem sobie ani o milimetr inaczej angielskiego parkruna.

Na metę wpadam na 243. pozycji na prawie 900 biegaczy. Kompletnie nie mogąc przyspieszyć na błotnistym finiszu. W międzyczasie żona z dziewczynkami dzielnie czekając na mnie ma mecie, rozmawia z wolontariuszami, których do obsługi tak dużego parkruna jest chyba z 30-stu albo i więcej.

Na mecie dowiedziałem się, że brak deszczu, nie był przypadkiem. W Anglii, w sobotę o godz. 9 nigdy nie pada - bo jest parkrun. Tak jest to po prostu ustalone.

ZAREJESTRUJ SIĘ I WYDRUKUJ KOD UCZESTNIKA NA PARKRUN.PL