Transgrancanaria. "Pobiec najlepiej jak potrafisz. Wchodzisz w to?" [RELACJA]

Wszystko zaczęło się w październiku kiedy dostałem propozycję wyjazdu na Transgrancanarię czyli jeden z najsłynniejszych biegów ultra. Wpłynęła ona od mojego partnera Padma Plus Active. Pytanie brzmiało. "Wysyłamy Cię na Gran Canarię, śpisz w hostelu Hitide nad samym brzegiem oceanu, a Twoim zadaniem jest pobiec najlepiej jak potrafisz. Wchodzisz w to?" Odpowiedź była jasna.

Od razu zacząłem przeglądać informacje o biegu i wybierać dystans. Do wyboru było od 17 do 265 kilometrów wokół wyspy. Wybrałem 30 km. Nie jestem ultrasem, ale lubię się ścigać. Wiedziałem, że na 30 kilometrach mogę powalczyć o dobre miejsce, może nawet pierwszą dwudziestkę. Taki debiut w górach to by było coś. Musiałem wybrać jeszcze dwóch zawodników, którzy wystartują ze mną. Padło na Tomka i Zbyszka. Kryterium było jedno. Szukam ludzi, którzy dadzą z siebie wszystko na trasie. Tomek wybrał 17-kilometrowy bieg, a Zbyszek dołączył do mnie biegu na trzydzieści kilometrów.

Przygotowania


Mieszkając w Warszawie możliwości przygotowania na taki bieg są dosyć ograniczone. Wiedziałem, że dam z siebie wszystko, ale postanowiłem, że nie będzie to priorytetowy bieg. Główny start wiosną to maraton. Do planu treningowego wprowadziłem siłę biegową w postaci skipów, wieloskoków czy wykroków, a część treningów biegałem w krosowym terenie. Kilometraż wahał się w granicach 100-130 kilometrów tygodniowo. W górach ważna jest sprawność ogólna. Mimo totalnej niechęci postanowiłem popracować nad stabilizacją i wzmocnieniem całego ciała. Ostatnie tygodnie przed startem plany pokrzyżowała mi pogoda. Spadł śnieg i treningowa górka była oblężona. Wszędzie były dzieci na sankach. Nadszedł koniec lutego, dzień wylotu i rozpoczęła się przygoda.

Transgrancanaria.http://www.transgrancanaria.net/
Aklimatyzacja


W Las Palmas zjawiliśmy się trzy dni przed startem. Był czas na przyzwyczajenie się do temperatury, która w cieniu osiągała 20-22 stopnie. W środę wybraliśmy się na rozruch wzdłuż brzegu Atlantyku. Przeskok z temperatury lekko powyżej zera na 20 stopni nie był taki odczuwalny podczas treningu. Zrobiliśmy 12 km. Rozruszaliśmy nogi po locie i byliśmy gotowi na rekonesans trasy następnego dnia.

W czwartek pojechaliśmy po pakiety startowe do Maspalomas. Miasto znajdowało się dokładnie po przeciwnej stronie wyspy, na samym południu. Przyjechaliśmy na miejsce i zrozumieliśmy dlaczego ta miejscowość to turystyczny raj. Piękny, czysty ocean, plaże, temperatura powyżej 30 stopni. Biorąc pod uwagę, że tam będzie mieściła się meta biegu zapowiadało się ciekawe przeżycie. Następnie udaliśmy się do San Bartolome aby pokonać pierwszy fragment trasy. Zabrałem plecak i wodę, aby przetestować bieganie z niezbędnym ekwipunkiem. Zaczęliśmy od trzeciego kilometra i pobiegliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. Przed nami były dwa kilometry podbiegu na około 1200 m.n.p.m a potem 9 kilometrów zbiegu na poziom 310 m.n.p.m. Na podbiegu część trasy szliśmy. Nie chcieliśmy zamęczyć mięśni. Początek trasy był asfaltowy i szutrowy, ale szybko zaczęły się kamienie i wąskie ścieżki. Trawersem dotarliśmy na szczyt. Krótka chwila na zdjęcia i dalej w dół do Ayagaures. Pierwsze metry zbiegu to szeroka ścieżka. Zabawa zaczęła się po około sześciuset metrach gdy odbiliśmy na wąski, kamienisty szlak z zakrętami, wystającymi kamieniami i w niektórych miejscach urwiskami zaraz obok trasy. Zbiegaliśmy luźno, puszczając nogi, ale nie podbijając maksymalnie prędkości. Mieliśmy świadomość, że takie strome zbiegi powodują zniszczenia w mięśniach czworogłowych, a to ostatnie czego chcieliśmy na dwa dni przed startem. Na końcu zbiegu czekał nasz kierowca Patryk. Zadowoleni i podekscytowani trudnością zbiegu oraz widokami wróciliśmy do hostelu. Nie zmęczyliśmy się, a przynajmniej tak się nam wydawało. Piątek miał być dniem luzu, koncentracji i zwiedzania Las Palmas.

Minuty przed startem

Pobudka o 4:45. Sudka o 4:45. hostelua Patryk. Ztępnie udaliśmy się chodzę z piętrowego łóżka i czuję ból w udach i pośladkach. To było następstwo zbiegania dwa dni wcześniej. Na śniadanie tradycyjny ryż z dżemem i orzechami plus kawa. Taki rytuał pomaga zająć myśli, uspokoić głowę i podejść do biegu jak do czegoś co robiło się już dziesiątki razy.

Droga na start trwała godzinę z czego trzydzieści minut to jazda górskimi serpentynami. Godzinę przed startem, dotarliśmy do San Bartolome. Nad górami zaczynało świtać. Wysiadając z samochodu dalej czułem ból w udach. 30 minut przed startem rozpocząłem rozgrzewkę. Długie zawody nie wymagają rozbudowanej rozgrzewki. Kilometr truchtu, rozciąganie dynamiczne, kilka przebieżek i na dziesięć minut przed startem byłem gotowy na walkę.

Transgrancanaria.Bartek Falkowski Bieg

Zabrzmiał hymn Transgrancanarii. Zaczęło się odliczanie. Ruszyliśmy pod górę wąską uliczką. Było stromo. Bardzo stromo. Asfaltowy podbieg ciągnął się około 1,5 km. Biegło się ciężko. Mimo startu z czwartego rzędu sporo osób zaczęło mnie wyprzedzać. Za miasteczkiem wbiegliśmy na szutrowy szlak. Powoli zacząłem wyprzedzać pojedynczych biegaczy. Przede mną był znany z rekonesansu kamienisty stromy podbieg. I tu mógł zakończyć się bieg. Ostry ból w stale napiętych achillesach, uczucie puchnięcia ud. Dogoniła mnie jedna z zawodniczek i towarzyszyła dłużysz czas. Dwa razy przeszedłem do marszu. Była to bardziej ekonomiczna forma zdobycia szczytu. Podczas marszu traciłem może dziesięć metrów, za to oszczędzałem energię. Około 400 metrów przed szczytem na stromych odcinku postanowiłem się jej urwać. Razem ze mną wbiegał jeden z zawodników. Dotarliśmy na szczyt z którego rozciągał się widok na doliny. Za zakrętem zaczynał się zbieg.

Pierwsze 600 metrów to wygodna, szeroka ścieżka. Razem z towarzyszącym zawodnikiem biegliśmy ramię w ramię aż do momentu gdy trasa zmieniała kierunek i zaczął się znany mi już zbieg wąskim, kamienistym i pokręconym szlakiem. W tym momencie zrozumiałem, że nie powtórzę tego biegu za miesiąc. Że może już nigdy nie będę miał okazji biec na Wyspach Kanaryjskich w towarzystwie świetnych górali. Obcy ludzie postanowili mi pomóc przelecieć szmat drogi i wystartować w tym słynnym biegu. Na Facebooku i Instagramie dostałem wiele miłych słów przed startem. Zaczął się prawdziwy zbieg, a ja postanowiłem, że złamię dane mojej narzeczonej słowo i puszczę nogi i pobiegnę na granicy bezpieczeństwa. Nie ma w tym żadnej przesady. Biegnąc na maksa w dół na stromej i kamienistej ścieżce, przebiegając wzdłuż naprawdę stromych wulkanicznych zboczy jeden błąd może kosztować naprawdę wiele. Nagle zrozumiałem, że wymagana podczas biegu folia NRC i telefon to wcale nie jest zbędny ekwipunek.

Po kilkuset metrach dogoniłem pierwszego biegacza. Zawodnik, który towarzyszył mi na szczycie był już chyba daleko za mną. Przez kilkadziesiąt sekund biegłem na plecach poprzedzającego mnie biegacza kiedy ten machnął mi ręką i puścił mnie przodem wiedząc, że jestem szybszy. Biegłem jak w transie. Pierwszy raz w takim terenie stawiałem pewnie każdy krok i wyprzedzałem kolejnych zawodników. Nie "sklejałem się" z nimi. Po prostu każdego mijałem i zostawiałem w tyle. Gdy trzeba było skracałem krok, gdy nadarzała się okazja przeskakiwałem, wykorzystując spadek terenu spore odcinki drogi. W głowie kołatała mi się myśl czy dobrze robię. Wiedziałem, że wyprzedzałem zawodników doświadczonych w górach. Biegaczy trenujących w tym terenie. Kilka razy zastanowiłem się, że może oni wiedzą, że taki zbieg to za duże ryzyko, albo że za szaleńcze tempo zapłacę w drugiej części dystansu. Przez cały ten czas ani razu nie spojrzałem na zegarek. Nie podniosłem wzroku na piękne widoki. Moja uwaga była w całości skoncentrowana na najbliższych dziesięciu metrach szlaku. Chwilowe oderwanie wzroku mogło się kiepsko zakończyć.

Na około kilometr przed punktem kontrolnym zaczął się asfalt, a ja jeszcze bardziej puściłem nogi. Tempo na zegarku pokazywało nawet 3:10-3:20. Asfalt nie oznaczał bezpieczeństwa, bo praktycznie cały pokryty był drobnym żwirem. Na punkcie kontrolnym na około 12 kilometrze zauważyłem znajomego, który czekał aby wesprzeć startującą w tym samym biegu dziewczynę. Zapytałem w przelocie, który jestem.  Po nawrocie na punkcie kontrolnym znowu zobaczyłem Oswalda, który krzyknął mi, że chyba jestem ósmy. Odpowiedziałem tylko coś w stylu "bez jaj."

Po krótkim płaskim odcinku zaczął się kolejny podbieg. Już u jego podnóża wyprzedziłem kolejną osobę. Przede mną był ostatni około siedemnastokilometrowy fragment, którego nie znałem. Jakieś 300 metrów przede mną biegła dwójka zawodników. Pamiętałem ich ze startu. Wyglądali na mocnych. Startowali w barwach Hiszpanii, wiedziałem, że najprawdopodobniej mają obiegane okoliczne trasy. Podbieg ciągnął się przez jakieś półtora kilometra. Było szeroko, w miarę równo, ale momentami naprawdę stromo. Zbliżałem się do poprzedzającej mnie dwójki. Na szczycie dzieliło nas może 15 metrów. Zaczął się kolejny zbieg i wyprzedzanie uczestników innego biegu. W Ayagaures, gdzie był punkt kontrolny, pół godziny po nas startował bieg na 17 kilometrów. Tłok na trasie okazją do ataku. Zbliżyłem się do dwóch Hiszpanów i w momencie wyprzedzania grupy z krótszego biegu pognałem na w dół. Takie okoliczności pomogły mi urwać się dwójce zawodników. Było to dobre posunięcie. Po kilkuset metrach trasa zaczęła biec korytem wyschniętej rzeki. Osiemdziesiąt procent trasy prowadziła po luźnych kamieniach. Oznaczało to wykręcanie kostek i obijanie stóp. Ani razu się nie odwróciłem. Wiedziałem, że ścigający Hiszpanie odbiorą to jako moje zwątpienie. Biegłem ile mogłem. Jeszcze w korycie rzeki zauważyłem kolejnego biegacza. Postanowiłem się do niego zbliżyć, bez szaleńczego pościgu, a następnie jak najszybciej przebiec obok niego nie dając mu szans na sklejenie do mnie. Miał zrozumieć, że nie dogoni mnie i chyba zrozumiał, bo po chwili już nie słyszałem jego kroku i oddechu. Pięć kilometrów przed metą skręciliśmy na szutrową drogę. Zaczęło być gorąco. Zero cienia, na około kamienie i piach. Wbiegliśmy w wybetonowany kamienisty kanał. Do mety były cztery kilometry i fragment, który pokazywał fantazję organizatorów. Poobijane stopy płonęły, uda puchły, a przede mną było sześć zbiegów i podbiegów po schodach z kanału na chodnik i z powrotem. O ile podbieganie po schodach było jeszcze znośne to zbieganie bolało i to bardzo. Pojawili się za to kibice. Na 27 kilometrze przebiegłem przez punkt kontrolny. Nie oglądałem się za siebie. Nie wiedziałem ile mam przewagi. Wyprzedzałem stale zawodników z 17-nastki. Próbowałem utrzymać tempo. Widziałem już halę wystawową pod którą zlokalizowana była meta. Stopy już bardzo bolały, było coraz cieplej. Zobaczyłem bramę mety i włączyłem ostatnie pokłady energii. Wpadłem na metę i padłem dosłownie na kolana. Gdy wstałem wolontariuszka zapytała czy potrzebuję pomocy. Musiałem chyba kiepsko wyglądać. Podbiegł do mnie Roch, który gościł nas w Hitide Hostel i opiekował się nami podczas pobytu na wyspie. Krzyczał, że byłem w czubie. Że przybiegłem w ścisłej czołówce. Na mecie był też Tomek, który startował na siedemnaście kilometrów. Powiedział, że był drugi! Po chwili dostałem telefon od narzeczonej, że dobiegłem na siódmej pozycji. Okazało się, że na szczycie byłem około 19-18 pozycji, na punkcie w Ayaugueres byłem jedenasty. Od pierwszego szczytu tylko wyprzedzałem. Zostawiłem w tyle doświadczonych górali. Strata do zwycięzcy z Francji wynosiła tylko niecałe dwanaście minut. Biegli tam zawodowcy a ja byłem siódmy! Niedługo po mnie na metę wpadł Zbyszek, który zajął 15. miejsce.

Wnioski

Było świętowanie, piwo, kilogramy słodyczy. Ale był też czas na analizę. Nie byłem przygotowany typowo pod bieg górski. Powinienem bardziej skupić się na sile biegowej i mocnych zbiegach. Na trasę zabrałem ze sobą półtora litra wody w plecaku co było na liście wymaganego ekwipunku. Okazało się, że mimo upału na ostatnich kilometrach zostało mi pół litra. W plecaku miałem też kurtkę i pusty bidon (obie rzeczy były też na liście wymaganego sprzętu). Bidon był potrzebny na punktach kontrolnych ponieważ nie było kubeczków a jedynie duże zbiorniki z napojami. Na dwóch punktach nie skorzystałem ani razu. Norweg który wyprzedził mnie o niecałe pół minuty biegł bez plecaka. To samo tyczyło się trzeciego zawodnika. Wydaje mi się, że pobiegłem niepotrzebnie obładowany. Na pewno był spory zapas jeśli chodzi o przygotowanie. Wniosek? Jeśli jeszcze kiedyś tam wystartuję mam naprawdę duże pole manewru aby mocno poprawić mój czas. Mój wynik 2:14:31 dał mi siódme miejsce. W poprzednich edycjach taki wynik dawałby podium. Ale nie ma co gdybać. Trzeba pracować by następnym razem było jeszcze lepiej.

O autorze:

Bartek Falkowski - biegacz amator i trener Bartek Trenuje Team. Absolwent Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Z bieganiem związany od 3 lat. Biega dla wyników, nie dla endorfin.