Małgorzata Sobańska: "Teraz męczę się, gdy zechcę"

"Dostaliśmy trochę pieniędzy na jedzenie, ale nie za dużo. Mieszkaliśmy w centrum, same drogie restauracje. I McDonald. Maraton w Londynie wygrałam na frytkach i hamburgerach!" - mówi Małgorzata Sobańska o jednym z największych triumfów w historii polskiego maratonu.

Z Małgorzatą Sobańską - rekordzistką Polski w maratonie i jej mężem i trenerem - Piotrem Mańkowskim rozmawia Bartosz Nosal

Więcej butów ma pani do chodzenia czy do biegania?

Małgorzata Sobańska: Ciągle do biegania, choć po zakończeniu kariery kupiłam kilka par na obcasach. Wcześniej bałam się skręcenia nogi czy przeciążenia kolan. Za dobrze się w nich jeszcze nie poruszam.

To ile jest tych do biegania?

W pięciu regularnie trenuję, kilka nowych par czeka. W rok przebiegam ok. 7 tys. km. Buty powinno się zmieniać co 800 km, ale gdy jakieś mi przypasują, używam ich aż do zdarcia. Trenuję czasem przy muzyce - pożyczam odtwarzacz od córki. Biega się szybciej, ale nie słyszy się samochodu albo czy ktoś cię nie goni. Nie chcę nikogo straszyć, ale lepiej, by kobieta sama nie zapuszczała się w niektóre rejony. Kiedyś nawet jakiś facet gonił mnie z nożem. Gdy robi się ciepło, różne typki zaczynają się czaić, najczęściej w parkach. Najlepiej znaleźć sobie kogoś do biegania. Przyjaciółkę, przyjaciela, męża, kogokolwiek. Jest bezpieczniej i przyjemniej.

Przestrzega pani diety?


Zawsze pozwalałam sobie na grzeszki. Nigdy nie miałam problemów z wagą. Jadłam, co chciałam. Tyle że raczej zdrowsze rzeczy. Nie jem chipsów czy frytek... No, OK, jem, ale rzadko. Nie odmawiam sobie słodkiego. Wystarczająco umartwiałam się bieganiem! Może gdybym stosowała ścisłą dietę, byłabym lepsza. Przed maratonem w Londynie (Małgorzata Sobańska wygrała go w 1995 roku, co pozostaje do dziś największym sukcesem polskiego maratonu - przyp. red.) dostaliśmy trochę pieniędzy na jedzenie, ale nie za dużo. Mieszkaliśmy w centrum, same drogie restauracje. I McDonalds. Maraton w Londynie wygrałam na frytkach i hamburgerach!

Małgorzata Sobańska

A picie? Zawodowcy mają napoje, których nazw nie sposób nawet wymówić.


Na treningach piję wodę albo izotoniki. Na zawody biegacze z czołówki robią własne mieszanki.

Piotr Mańkowski (mąż i trener):
Ale w Londynie na 25. km nie sięgnęłaś po drinka! I jakoś ci to nie przeszkodziło, choć normalnie biegacz wie, że będzie zaraz pił, i gdy coś nie wyjdzie, to się denerwuje. Ale każdy organizm jest inny. Jedna Niemka jadła przed startem zupki Gerbera, inni jedzą jajecznicę.

Według mnie czas 2:35 jak na debiut był dobry. Traktowałam to trochę jak przygodę. Nie wypiłam nic po drodze, nie znałam międzyczasów. Chyba nie miałam zegarka.


Kiedy pani zaczęła biegać?


Małgorzata Sobańska: W czwartej klasie poszłam do podstawówki o profilu lekkoatletycznym. Pierwszy start na 300 m wyglądał tak, że nim wyszłam z bloków, reszta była już w połowie. W siódmej klasie pokazałam się w biegach średnich. Byłam chudziną, nie miałam siły, ale wytrzymałość była już dobra. Zaczęły się namowy, bym pomyślała o biegach poważnie. Rodzice najpierw byli przeciwni. Zmienili podejście dopiero, gdy okazało się, że z tego biegania może być jakiś pieniądz. Startowałam na 400 i 800 m. Jako 18-letnia juniorka debiutowałam na 3 km. Rodzice mówili: "Takie dystanse nie są dla kobiet". Zawsze chcieli, bym była lekarką. Skończyłam nawet fizjoterapię. Ale przede wszystkim biegałam. Trener, a teraz mój mąż, chodził do rodziców i ich przekonywał, że mam talent i szkoda go zmarnować. Pamiętam 5 km w Grudziądzu, już po liceum. Miałam biec 1500 m, ale dystans odwołano. Trener powiedział: "To przebiegniesz pięć kilometrów". Ja w płacz, że tyle nie dam rady. Ale pobiegłam przyzwoicie. Namawiali mnie na maratony, w końcu sama się zdecydowałam.

Dlaczego?

Powiedziałam sobie: "Sezon średnio mi wyszedł, spróbuję w maratonie". To był 1991 rok. Miałam 22 lata, czyli jak na maraton mało. Bieg był we Włoszech, w Carpi koło Modeny. Na mecie byłam zadowolona, trener średnio. Według mnie czas 2:35 jak na debiut był dobry. Traktowałam to trochę jak przygodę. Nie wypiłam nic po drodze, nie znałam międzyczasów. Chyba nie miałam zegarka. Wydawało mi się, że biegnę strasznie wolno. Całe moje doświadczenie to były może dwa biegi na 10 km na bieżni, nie startowałam wcześniej nawet w półmaratonie. Na 35. km mnie ścięło, ale jakoś do mety dotarłam. W sumie spodobało mi się. Okazało się, że to jest tempo dla mnie. W biegach średnich zdarzało mi się myśleć, że jest za szybko, że nie wytrzymam. A przez te wszystkie maratony nigdy nie miałam takich myśli. Schodziłam z trasy tylko wtedy, gdy zdarzały się kontuzje. W ciąży przebiegłam kiedyś pół trasy.

Jak się biega w ciąży?


Z Wiktorią, która urodziła się w 1997 roku, przebiegłam maraton w Tokio. Nie wiedziałam, że jestem w ciąży, to był koniec pierwszego miesiąca. Po powrocie do Polski tłumaczyłam lekarzowi, że mój organizm jest przyzwyczajony do biegania 200 km w tygodniu. A on, że wykluczone. Zalecał spacery. I wtedy odpuściłam. Poglądy medyczne się zmieniły i z Korą, która urodziła się w 2002 roku, mogłam biegać aż do ósmego miesiąca. W rodzinie były problemy z donoszeniem ciąży, ale moje dzieci nie chciały wyjść za szybko. Chyba im się podobało, że po drodze je trochę wyhuśtałam.

Szybko wracała pani na trasę?


Po urodzeniu Wiktorii wzorowałam się na Angielce Liz McColgan, która wznowiła treningi dwa tygodnie po porodzie. Po Korze odczekałam 1,5 miesiąca, ale do formy wróciłam szybko i 11 miesięcy po porodzie pobiegłam w Chicago 2:27.

Dziewczynki jeździły z panią na starty?

Wiktoria bardzo dużo, ale nie pamięta prawie nic. Byłam wtedy w czołówce światowej, wyjazdów było sporo. Kora mniej, bo byłam już tylko w światowej trzydziestce. Kornelia zaczyna myśleć o bieganiu, ma do tego warunki. Ścigałam się z nią na 100 m i z łatwością mnie wyprzedziła! Chciałabym, by trenowała lekkoatletykę, to fajna przygoda.
U nas wciąż mało kobiet biega. W USA 40 proc. uczestników maratonu to kobiety. W 1995 roku w nowojorskim Central Parku wzięłam udział w biegu tylko dla kobiet na 10 km. Było nas 12 tys. Wtedy w Polsce biegało może 60. Szok!

Jak wyglądała droga od włoskiego debiutu do triumfu w Londynie?


Podpisałam kontrakt z japońską firmą budowlaną. Reprezentowałam ją w Tokio na swoim drugim maratonie. Poprawiłam się o minutę, byłam zadowolona, bo w wynik w debiucie nie wszyscy wierzyli. Mówiono, że to musiał być krótszy maraton (śmiech). Trzeciego startu, w Nagoi, nie ukończyłam. Źle wskazano mi trasę i zrobiłam o jedną pętlę za dużo. Z Japonii nie chcieli mnie wypuścić, ale wróciłam do Polski. Niektórzy stukali się w głowę, że rezygnuję z dobrych pieniędzy. Ale Japonia to nie jest kraj do mieszkania, i to w pojedynkę. W Berlinie zajęłam trzecie miejsce. Pomyślałam: "No to będę trenowała". W Osace w 1994 roku powtórzyłam 2:29. Potem znów byłam trzecia w Berlinie, ale o minutę wolniej. A potem był już Londyn. Tam stoi puchar (Sobańska wskazuje na regał). Trochę poczerniał, bo jest posrebrzany.

Kornelia zaczyna myśleć o bieganiu, ma do tego warunki. Ścigałam się z nią na 100 m i z łatwością mnie wyprzedziła! Chciałabym, by trenowała lekkoatletykę, to fajna przygoda.


Była pani zdziwiona, że wygrała?

Wiedziałam, że jestem przygotowana na 2:27, okazało się, że wystarczyło to do zwycięstwa. Na ostatnich 800 m ścigała mnie Portugalka, przydała mi się szybkość z bieżni. Wygrać Londyn to jedno z największych osiągnięć dla maratończyka. To był mój szczyt. Ale sponsora nie znalazłam. Firmy kręciły nosem: "Gdyby to była gimnastyczka, jakiś ładny, kobiecy sport, to tak". Potem byłam dopiero czwarta na mistrzostwach świata w Goeteborgu. Przesadziłam z treningami. Poprawiałam swoje wyniki, ale świat poprawiał się bardziej. Rekord przeskoczył z 2:21 na 2:15! Mój wynik z Londynu był wtedy trzecim czy czwartym w historii, a teraz może nie łapać się wśród najlepszych 30. W 2001 roku byłam druga w Bostonie, a w Chicago zrobiłam życiówkę - 2:26.08. Rok później urodziła się Kornelia, było coraz trudniej. Dwójka dzieci, szkoła, choroby przynoszone z przedszkola.

Teraz bieganie traktuję jak przyjemność. Męczę się, gdy zechcę. Wcześniej musiałam realizować plan.


Najfajniejsze maratony?


Każdy maraton chłonie atmosferę miasta. W Nowym Jorku jest mnóstwo różnych narodowości, mieszanka kulturowa. A raz były nagrody wyższe dla kobiet niż dla mężczyzn! Po wygranej w Londynie miałam spore kłopoty, by pobiec w Bostonie, bo te dwa maratony są w konflikcie i Amerykanie udają, że biegu w Londynie w ogóle nie ma. Pomogło mi to, że startowałam na igrzyskach w Atlancie. W Tokio biegłam pięć razy, w Berlinie, Bostonie i Londynie - po trzy. W sumie mam na koncie 40 ukończonych maratonów. Średnio dwa na rok. Raz zdarzyło mi się przebiec cztery w roku, to dużo.

Rok temu ogłosiła pani koniec kariery.


Chciałam pobiec na pożegnanie w 20-lecie mego debiutu z 1991 roku. Na przeszkodzie stanęły kontuzje, nie zrealizowałam treningu. A na wynik typu trzy godziny nie miałam ochoty, żeby nie usłyszeć, że wracam na siłę. W lipcu dowiedziałam się, że muszę mieć operowaną łękotkę.

Ciągnie panią do ścigania się?

Nie. W ostatnich trzech latach męczyły mnie kontuzje. A to Achilles, a to inny uraz. Wcześniej biegałam właściwie bezboleśnie, a teraz nieźle się namęczyłam i treningi przestały być przyjemne. Zawsze się denerwowałam, gdy wychodziło mi gorzej, niż chciałam. Dlatego, jeśli znów wystartuję w maratonie, chcę być dobrze przygotowana. Teraz bieganie traktuję jak przyjemność. Męczę się, gdy zechcę. Wcześniej musiałam realizować plan. Najgorsze były zimy, gdy trzeba było wybiegać te 30 km, a w okolicy nie ma gdzie, bo wszędzie śnieg. Biegałam po ulicy, a mąż jechał za mną na rowerze, by mnie samochody nie rozjechały.

Maratończyk amator walczy sam ze sobą. Pani zawsze ścigała się z rywalkami.


Dość szybko wyrobiłam sobie nazwisko i nikt nie patrzył na to, ile mam lat, czy jestem chora, wyprzedzenie mnie to była satysfakcja. W maratonie zawsze byłam z przodu, nie przypominam sobie, by inna Polka mnie pokonała.

Jako młodziczka miałam badania na AWF w Poznaniu i wyszło, że się do sportu nie nadaję! Ani fizycznie, ani psychicznie.


Nie wolałaby pani biec sama, bez zawodniczek depczących po piętach?


Skądże. Rok temu biegłam w Warszawie (czwarte miejsce z czasem 2:38.49, za dwiema Ukrainkami i Kenijką). Amatorki wystartowały z mężczyznami, a zawodowe biegaczki wcześniej. Było nas tylko sześć! To było straszne, każda przebiegła dystans sama. Wcześniej zdarzało mi się samotnie biec tylko raz, w Vancouver, gdy prowadziłam od początku do końca.

Niesamowita kariera, prawda?


Jako młodziczka miałam badania na AWF w Poznaniu i wyszło, że się do sportu nie nadaję! Ani fizycznie, ani psychicznie. Miałam 14 czy 15 lat, a pytania były typu: "Czy wolisz iść na trening czy na dyskotekę?". Wiadomo, że na dyskotekę! Trener schował to przede mną, w ogóle o tych wynikach nie wiedziałam.

Piotr Mańkowski: Zaraz to znajdę. (Po chwili:) Są. "Karta informacyjna z konsultacji selekcyjnej biegaczek. Dyspozycje psychiczne do biegów wytrzymałościowych: słabe. (...) Dziewczyna jest bardzo słaba fizycznie i w związku z tym wolna".

Dołącz do nas na Facebooku.


*Małgorzata Sobańska urodziła się w 1969 roku w Poznaniu, ukończyła 40 maratonów, zwyciężyła m.in. w Londynie, Toronto i Warszawie, uczestniczyła w igrzyskach olimpijskich w Atlancie (1996) i Atenach (2004).