Rak, bieganie i Senegal

Anna Haris
31.12.2010 14:22
Anna Haris

Anna Haris (Fot. archiwum Anny Haris)

Wygrałam ciężką walkę z rakiem, wróciłam do biegania i chociaż dopiero szykuję się do swojej pierwszej ''dychy'' to już myślę o pierwszym maratonie.

Budzę się rano zadając sobie zawsze te same pytania - czy mnie boli i czy dzisiaj będę mogła biegać. Jeśli jest to zły dzień, ból wyrzuca mnie z łóżka już o piątej rano. Czeka mnie wtedy dzień domowy. Po wyprawieniu dzieciaków do szkoły siadam do komputera i piszę projekt dla senegalskiego stowarzyszenia Prevenir, moderuję moją działkę na stronie forum i fundacji Dum Spiro Spero, wymyślam wpis na mój blog rak, bieganie i Senegal i przeglądam inne zaprzyjaźnione rakowe blogi.  Najbardziej lubię, gdy ból odpuszcza całkiem i wiem, że będzie to dzień biegowy. Bo bieganie jest dla mnie dowodem. Dowodem potwierdzającym,  że jestem zdrowa, że rak to przeszłość.

Bieganie górą

Sport towarzyszył mi zawsze. Nie jako wyczyn, ale forma spędzania wolnego czasu dająca wiele radości. Nie skupiałam się nigdy na jednej dyscyplinie, robiłam to, czemu sprzyjały okoliczności. Raz były to gry zespołowe w szkole, później fitness, pływanie, na studiach w akademiku namiętnie grałam w ping-ponga. Gdy dziesięć lat temu osiadłam w rodzinnym kraju mojego męża - w Senegalu, zaczęłam chodzić z dziećmi na pływalnię, jeździć z nimi na rolkach, a trzy lata temu... zaczęłam biegać. Strasznie amatorsko, z zadyszką po piętnastu minutach, za szybko i za mocno.  Wpadłam wtedy w internecie na opis przygotowań do maratonu w akcji Polska biega. Uświadomiłam sobie, że dotychczas wszystko robiłam nie tak. Zaczęłam tym razem z głową. I gdy jesienią 2009 roku dochodziłam do 45-minutowego biegu ciągłego - stop. Diagnoza - rak szyjki macicy.

Leczenie które przeszłam w Senegalu było ciężkie i wyczerpujące; radio-chemioterapia i rozległa operacja skutkujące chorobą popromienna, utratą piętnastoprocentowej masy ciała i całą masą skutków ubocznych, zaczynając od przedwczesnej menopauzy na uszkodzeniu słuchu kończąc. Ale wyszłam z tego - w lutym 2010 roku usłyszałam najwspanialsze słowa wypowiedziane przez lekarza, tak wyczekiwane przez każdego pacjenta onkologicznego - Madame, nigdzie śladu raka, kończymy leczenie, mamy remisję całkowitą. Oczywiście najpierw się rozpłakałam. A gdy doszłam do siebie, moje pierwsze pytanie brzmiało - kiedy mogę wrócić do sportu? Najwcześniej za trzy miesiące, ale proszę jak najwięcej chodzić, najważniejsze to nie zasiedzieć się - usłyszałam.

Gdy byłam poddawana radio-chemioterapii, zalecano mi wizualizowanie. Moje dwie ulubione wizje z tamtego czasu: ja z mężem jako stateczni sześćdziesięciolatkowie na pięknej plaży na wyspie Karaban ujścia rzeki Casamance w Senegalu, z trójka naszych dzieci i wnukami; druga wizualizacja - biegnę - wolnym, miarowym krokiem oddycham głęboko, nie za szybko i mijam metę. Czasami byłam tak osłabiona, że nawet to wizualizacyjne bieganie mnie męczyło.

Podczas leczenia i trzech miesięcy rekonwalescencji wsłuchiwałam się we własne ciało. Jego sygnały i potrzeby. Chciało spać - spałam, chciało pić - piłam, domagało się odpoczynku - leżałam. Ale gdy minęły trzy miesiące, powiedziałam - basta, ja tu rządzę i zaczęłam je katować: stetching, a oprócz chodzenia leciutkie truchtanie. Po kolejnym miesiącu dołączyłam rower stacjonarny i pływanie. Przełomem okazał się moment, gdy wreszcie złapałam minimalną wagę dla mojego wzrostu - 48 kilo i sylwetka z anorektycznej zaczęła zamieniać się w sportową. W czerwcu 2010 roku przyleciałam do Polski odwiedzić moją wytęsknioną rodzinę. Byli pod wielkim wrażeniem, spodziewali się że będę wymęczona i osłabiona, a zobaczyli kwitnącą, biegającą i uśmiechniętą Anię. Niesiona euforią każdego onkologicznego ozdrowieńca zapisałam się na pięciokilometrowy babski bieg - Samsung Irena Womens Run, którego dochód przeznaczony był na wsparcie działalności stowarzyszenia kobiet po mastektomii. Wspomnienie tego dnia do dzisiaj ściska mi gardło ze wzruszenia.  Wielka trema na starcie i jakaż radość na mecie - dobiegłam w czasie około 30 minut! Zresztą co tam czas - ja dobiegłam! Ja, która sześć miesięcy wcześniej zastanawiam się, czy za pół roku będę żyć, dobiegłam! Cóż to była za radość. Śmiech i łzy moje, towarzyszących mi koleżanek i mojego męża dopingującego mnie telefonicznie z Dakaru.

Armstrong na strach

Dzisiaj, gdy euforia tamtych dni opadła, zakrada się czasami strach przed nawrotem choroby. Czytam książki Lanca Armstronga, mojego onkologiczno-sportowego idola i uspokaja mnie, że on też tak miał. Że momenty panicznego strachu z widmem wznowy są czymś normalnym. Bronię się przed nimi podobnie jak on, on siadał na rower, ja zakładam buty i idę pobiegać. I marzę, że może kiedyś przebiegnę maraton Może za dwa lata na moje czterdzieste urodziny. A może wcześniej?

Nie robię biegowych postępów tak szybko jak bym chciała. Bolą mnie kości, stawy, czasem mięśnie. Operacyjna menopauza zamienia w tempie ekspresowym moje trzydzistoośmioletnie ciało w ciało kobiety pięćdziesięcioletniej. Mimo tego prowadzący mnie onkolog na każdej wizycie kontrolnej przeciera oczy ze zdumienia - nigdy w swojej trzydziestoletniej karierze nie spotkałem się z tak satysfakcjonującymi wynikami leczenia i rekonwalescencji. Sport pani służy - mówi.

Bardzo lubię wieczorny widok, jaki roztacza sie na Zachodnim Nadmorskim Bulwarze Dakaru. Setki biegających ludzi. I to nie tylko tych zamożnych, w modnych dresach i całym potrzebnym i niepotrzebnym osprzętem. Biegają także ci bez pracy, bez zajęcia gwarantującego stały dochód, zdawałoby się bez perspektyw. Inwestują w swoje zdrowie i stan ducha, co świadczy o wielkiej sile i optymizmie; to inwestycja z myślą o przyszłości i o lepszych czasach. Taka postawa - ok, teraz jestem biedny, ale to nie znaczy, że moje ciało ma to odczuwać, bo w przyszłości gdy przyjdą dla mnie lepsze czasy, co mi będzie po niedołężnym ciele? Bardzo mi tym imponują.

Fot. archiwum Anny Haris, do jednorazowego uzytku

Z powodu gorącego klimatu w Dakarze biega się najczęściej tuż przed zmrokiem i... przed świtem. Naliczyłam kilka grup biegowych, może przełamię się i do jednej z nich dołączę. ''Kajmany dakarskie'' w swoim gronie mają sporą grupę maratończyków różnych narodowości - Senegalczyków, osiadłych tu Libańczyków, Francuzów, Marokańczyków. W 2008 wzięli udział w maratonie krakowskim, zachwycili się miastem i idealną organizacją. W szeregach kajmanów biegła wówczas córka prezydenta Senegalu. Kajmany dakarskie organizują dwa razy do roku maraton w Senegalu. Może dla równowagi wybrałby się tutaj ktoś z Polski? Ja osobiście przymierzam się do mojej pierwszej dychy w połowie marca 2011. Bardzo chciałabym pobiec i dobiec na metę w koszulce z napisem ''Polska Biega''. Jak z mojej wizualizacji.

Anna Haris

Dołącz do nas na Facebooku

Zobacz także
  • Zabiegani
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX