Tomek Klisz wybrał schody

Zdarzyło ci się kiedyś iść w gości do kogoś, kto mieszka na 15. piętrze, komu akurat zepsuła się winda? A może sam mieszkasz w bloku bez windy i zgrzytasz zębami za każdym razem, gdy mama mówi, że zapomniała ci powiedzieć, abyś kupił śmietanę... Jest kilku takich zapaleńców, którzy sami by o niej zapomnieli, żeby jeszcze dokręcić trochę pięter do treningu.

Towerrunning to dla przeciętnego polskiego biegacza dyscyplina co najmniej egzotyczna. I abstrakcyjna jak drapacze chmur, w których jest rozgrywana. Chodzi o wbieganie na wieżowce, wieże telewizyjne oraz inne konstrukcje i budowle (które zwykły człowiek woli oglądać z dołu, a jeśli nie da się na nie wjechać windą - rezygnuje). Biegi po schodach, bo tak to u nas nazywamy, narodziły się w wielkich aglomeracjach, gdzie trudno o górkę wyższą niż ursynowska Kopa Cwila, za to zagęszczenie budynków typu Marriott, Błękitny Wieżowiec, Rondo 1, Intercontinental, Elektrim, Intraco czy Pałac Kultury i Nauki.

Mama Tomka Klisza nie musiałaby go długo prosić, żeby przebiegł się jeszcze po śmietankę. Biegi po schodach to jego specjalność. W jego domu, na komodzie leżą medale mistrzostw Polski w biegach górskich oraz brąz wywalczony jeszcze w mistrzostwach świata w tej samej konkurencji. Chodź Tomek urodził się i mieszka u podnóża Beskidów, to jego historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej...

Kort

Piętnaście lat wcześniej, w podstawówce Tomek zetknął się z bieganiem na... korcie tenisowym. Grając w tenisa ziemnego, dla poprawy kondycji musiał zaczynać trening od joggingu. W okresie zimowym pozostawało już tylko bieganie, bo lokalny klub krytego kortu nie miał. Dzięki temu pierwszy start w imprezie biegowej, w której brał udział, wypadł niespodziewanie dobrze. Wysokie 4. miejsce wśród biegaczy regularnie startujących w zawodach było zaskoczeniem - i dla rywali, i dla samego Tomka. To był przełom.
- Uwierzyłem, że mogę być dobry, że mam predyspozycje do biegania, chciałem biegać więcej i szybciej - wspomina.

Sport w domu Kliszów był od zawsze. Dwaj młodsi bracia też pasjonują się sportem. Starszy Paweł był medalistą mistrzostw Polski w tenisie stołowym. Starszy - Piotrek, wybrał narty biegowe. Tu również przeważyły względy naturalnych predyspozycji do sportów wytrzymałościowych. Na mistrzostwach Polski w biegach narciarskich zdobył srebrny i złoty medal w kategorii junior B i został powołany do kadry Polski.
- Piotrek opuścił szczyrkowski SMS, bo chciałby kontynuować karierę w Finlandii lub w Ramsau w Austrii. Tam miałby do dyspozycji najlepsze warunki pogodowe oraz najlepszych specjalistów z tej dziedziny - komentuje Tomek. Rodzice wspierają i dopingują chłopaków od najmłodszych lat.
- Wszyscy stawiamy na sport i aktywny wypoczynek. Fajnie wspólnie spędzić razem czas, nie siedząc przed telewizorem. Pakujemy się i wyjeżdżamy na zawody, gdzie spotykamy się z przyjaciółmi. To jest sens życia - czekanie cały tydzień na fajną imprezę.

Mama Tomka Klisza nie musiałaby go długo prosić, żeby przebiegł się jeszcze po śmietankę. Biegi po schodach to jego specjalność. W jego domu, na komodzie leżą medale mistrzostw Polski w biegach górskich oraz brąz wywalczony jeszcze w mistrzostwach świata w tej samej konkurencji.


W górę

W bieganiu pod górę Tomek zadebiutował w międzynarodowej obsadzie w czeskiej miejscowości Upice. W mistrzostwach świata w biegach górskich 55. miejsce wśród juniorów nie było szczytem jego marzeń... ale w gruncie rzeczy pokazało, jakie ma jeszcze braki. Wiedział przynajmniej, nad czym musi popracować. Na następne MŚ jedzie na egzotyczną wyspę Reunion. Tam kończy na 9. pozycji, na którą z podziwem patrzą zawodnicy i trenerzy z innych krajów. Rok później - na Borneo, jest już jednym z faworytów.

Po niefortunnym starcie na Mount Kinabalu, choć pod koniec trasy jest na drugim miejscu, a kończy finalnie z 17. lokatą, jedzie do Bergen pod Monachium, gdzie mają odbyć się kolejne MŚ. Dokładnie analizuje wyścig i wyznacza sobie trasę sprawdzającą o podobnych parametrach na Babiej Górze. Tu trenuje i regularnie zalicza szczyt Babiej, który mierzy 1725 m n.p.m. Warunki na treningu muszą odzwierciedlać charakter i klimat alpejski. Pomaga mu ultramaratończyk, biegacz i trener narciarski - Włodek Waluś. Nowy trener bierze się ostro do pracy. Zmienia przede wszystkim technikę biegu Tomka, poprawia jego parametry szybkościowe i ogólną wydolność. Wreszcie przychodzi najważniejszy start, kolejne, już czwarte juniorskie MŚ. Z Tomkiem w Alpy jadą koledzy, przyjaciele i rodzina. Dwunastoosobowa ekipa rozstawiona jest na trasie, ma podawać czas i głośno dopingować. Tomek dostaje od trenera wytyczne: biegamy na odcinki 200-metrowe. Taktyka ma podtrzymać wcześniej ustalone tempo biegu: odcinek 200 m ma być pokonany między 50 a 60 s. Na starcie pojawiają się czarnoskórzy biegacze, z którymi właściwie nikt z Europy jeszcze nie miał okazji się zmierzyć. Trasa biegu tym razem prowadzi tylko pod górę. Plan, który wcześniej opracowali razem z trenerem, realizują co do joty. W końcu jest upragniony medal - brązowy.

Zaczynają się schody

Na Tomku, którego szyję zdobił teraz brązowy medal w MŚ juniorów, ciążyła teraz presja biegania na wysokim poziomie. W dodatku zbiegło się to w czasie z przejściem z kategorii juniorów do seniorów. Pojawiają się też kontuzje i kilka słabszych występów na lokalnej arenie. Niektórzy prognozują mu koniec kariery. Ale Tomek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa... Po "anglosaskich" mistrzostwach Polski i miejscu w kadrze na MŚ, które były rozegrane w Greenwood na Alasce, Tomek z wizą w garści zaczyna się przygotowywać na docelową imprezę w Stanach. Pech! Jedna chwila i żegnaj Ameryko. Skręcony staw skokowy i dwumiesięczna rehabilitacja. O wrześniowych mistrzostwach musi zapomnieć. Ale dowiaduje się od kolegi, że w styczniu odbywa się bieg po schodach w kultowym, nowojorskim wieżowcu Empire State Building, klasyk towerunningowców. Tomek wbiega na 86. piętro jednego z najlepiej rozpoznawalnych budynków na świecie, wspinając się po 1576 stopniach. Po dobrym występie Tomek stwierdza: "To jest to, czego szukałem!". Biegi górskie są niejako spokrewnione z towerruningiem. Najlepsi "schodowi" biegacze również wcześniej biegali "pod górę". Paul Clarke, który pięciokrotnie wygrywał prestiżowy wyścig na nowojorski wieżowiec, czy legenda Jonathan Wyatt, który również świetnie radzi sobie na schodach. Zresztą większość biegaczy "górskich" po zakończeniu sezonu, by podtrzymać formę, wdrapują się po wieżowcach.

Sesje treningowe Tomek robi na jednym z bielskich osiedli. Areną jego zmagań jest klatka schodowa 10-piętrowego bloku. Na ostatnim czeka pan "windowy", żeby Tomek mógł zjechać w dół, po czym znów wbiec na samą górę. Tak wyglądają przygotowania do prawdziwego ścigania na schodach światowych wieżowców.


Tomek stawia na "schody". Mówi:
- Tutaj łapię odpowiedni rytm. W każdym budynku schody mają inny wymiar, tak gdzieś na trzecim, czwartym piętrze ustala się ten właściwy. Nie biega się po jednym schodku, pokonywanie pięciu na raz też na dłuższą metę byłoby nie do wytrzymania. Najczęściej przeskakuje się jedną nogą dwa schody, drugą trzy, po jakimś czasie następuje zmiana. W ten sposób zawsze jedna noga jest odciążana.

Głównym elementem siły biegowej, która jest niezwykle istotna w bieganiu po schodach, jest trening w górach, na dużych nachyleniach. Ale trzeba też wyrobić sobie technikę na prawdziwych schodach. Sesje treningowe Tomek robi na jednym z bielskich osiedli. Areną jego zmagań jest klatka schodowa 10-piętrowego bloku. Na ostatnim czeka pan "windowy", żeby Tomek mógł zjechać w dół, po czym znów wbiec na samą górę. Tak wyglądają przygotowania do prawdziwego ścigania na schodach światowych wieżowców. Nawet podczas studiów na katowickim AWF Tomek nie zapomina o treningu. W akademiku przecież też są klatki schodowe. Nietrudno sobie wyobrazić reakcje innych studenciaków (zwłaszcza tych po weekendowej "sesji") na widok spoconego i zasapanego kolegi w dresie na schodach. Wytrwały trening przynosi rezultat. Dziś Tomek zajmuje 9. miejsce w pucharze świata.

Co dalej?

Tomek wspomina, że rzadko miał czas dla kolegów z podwórka czy na szalone imprezy. Zawsze na pierwszym miejscu było dla niego bieganie. Jak mówi, kocha biegać. Na szczęście pomiędzy codziennymi treningami a dalekimi podróżami na zawody znalazł miejsce w życiu dla kogoś jeszcze. Wkrótce stanie na ślubnym kobiercu. Czy czuje strach przed wyborem: rodzina czy bieganie? „Ania ma świadomość, jaki tryb życia prowadzę. Akceptuje to i nigdy nie chciała, abym zrezygnował z mojej pasji. Zresztą często razem ze mną jeździ na zawody, dopinguje mnie, a nawet też czasem startuje". A jest o co być zazdrosną, bo codzienność Tomka wypełniona jest bieganiem. Nawet temat pracy magisterskiej poświęcił biegom górskim. A nieśmiało mówi już o doktoracie, którego treścią będzie... wydolność organizmu kobiet i mężczyzn w biegach górskich. A co dalej z samym bieganiem? Powrót w góry, ale w wersji ultra. Impreza, którą zamierza ukończyć, to jeden z trudniejszych biegów na świecie - Courmayeur-Champex-Chamonix, rozgrywany równocześnie z biegiem dookoła masywu Mont Blanc. Jego trasa liczy 96 km (i 5600 m przewyższenia), a zawodnicy biegną non stop, zarówno w nocy, jak i w dzień. „Po kilkunastu latach biegania i doświadczenia trenerskiego myślę, że dojrzałem do tego maksymalnego wysiłku fizycznego i psychicznego". Cóż, z mojej strony pozostaje tylko życzyć Tomkowi zdobywania kolejnych szczytów.

Rok 1999 - Park Narodowy Kinabalu, Malezja.

Choć start zaplanowany został na wczesną poranną godzinę, to i tak jest bardzo gorąco. Ruszają. W starciu z najlepszymi "góralami" globu, Tomek od początku narzuca mocne tempo. Czuje się silny. Trasa nie jest łatwa - prowadzi zboczem góry, na której jest rozgrywany ekstremalny, słynny bieg Climbathon Mt. Kinabalu. Warunki pogodowe potęgują trud walki - jest parno i duszno. Na półmetku zostają już tylko najlepsi. Trasa nie tylko jest wąska i pełna zakrętów, lecz także ma całkiem inny charakter niż szlaki w Karpatach czy w Alpach. Tomek cały czas trzyma się czołówki, w której biegną przede wszystkim przedstawiciele krajów alpejskich: Włoch oraz Austrii, poza tym Niemiec oraz zamykający stawkę Nowozelandczyk z Irlandczykiem. Wiadomo, że podium biegu podzielą już tylko między sobą. Tomek na zbiegach zachowuje się jakby asekuracyjnie, wyczekuje podbiegów, by zaatakować. Zostaje półtora kilometra do mety. Tomek biegnie po srebro, ale po grymasie na twarzy widać, że niemal wypluwa płuca, a mięśnie mają już dość. Wokół słychać wrzawę kibiców, głos spikera - meta tuż, tuż. Polak spada na trzecią pozycję, co jest początkiem kryzysu... W jednej chwili wszystkie siły odchodzą, brakuje paliwa w silniku. Mija metę snując się ledwo i nie wierząc w słowa, które padają z głośników: "Najntiinf plejs - Thomas Klis Poland". Rozgoryczenie i wielki zawód. Złość i rozpacz. Nawet nie ma siły się popłakać. Przemyślenia i pytanie: dlaczego? Co było nie tak? Dieta, stres, aklimatyzacja? "W takiej chwili najgorsze to załamać się".

Jarek Gniewek
Zdjęcie: Adam Kokot
Artykuł opublikowano za zgodą miesięcznika Bieganie (www.bieganie.com.pl).

Dołącz do nas na Facebooku.