Jerzy Skarżyński: do maratonu małymi krokami

Niektórzy nazywają go guru polskich biegaczy. Jest pierwszym Polakiem, który opisał swoją spójną ideę treningu w książkach. Jego podejście do treningu amatorów jest dosyć ostrożne. Jest też wrogiem metody Gallowaya - uważa, że to małe oszustwo, że maratończykiem jest ten, kto maraton w całości przebiegnie... Rozmowa z Jerzym Skarżyńskim - trenerem i autorem książek.

Z trenerem i autorem książek o bieganiu Jerzym Skarżyńskim rozmawiał Wojtek Staszewski

Wojciech Staszewski: Jak to jest być guru?


Jerzy Skarżyński: Słyszałem, że czasem biegacze tak o mnie mówią. Mam satysfakcję, że moje lata bycia trenerem, a wcześniej zawodnikiem są doceniane.

Śnią się panu tamte starty?

Nie robię z tego mistyki, że maraton to morderczy dystans i heroiczny wysiłek. Maraton to pasja, w której udało mi się osiągnąć wysoki poziom.

Pana rekord życiowy 2:11.42 robi wrażenie.

Uzyskałem go w 1986 r., czyli ćwierć wieku temu. Wystarczyło zaledwie do trzeciego miejsca na mistrzostwach Polski w Dębnie.

Dziś byłoby murowane złoto.

Do 25. kilometra leciała grupka 20 osób, z której aż 14 albo 15 złamało 2:15. To chyba był "rekord świata", że tylu zawodników z jednego kraju pobiegło tak dobrze. Ale czasy się zmieniły, czołówka nam odjechała, nikt z Polaków nie wsiadł do tramwaju na 2:06, 2:07. Nie mamy zaplecza, grupy biegającej po 2:20-2:30, z której mogą wyrosnąć mistrzowie. Nie ma już pomocy państwa, a o sponsorów w bieganiu nie jest łatwo. Wtedy zawodnicy biegający poniżej 2:18 mogli liczyć na pomoc państwową. Kiedy w 1981 r. uzyskałem pierwszą klasę sportową, dostawałem co miesiąc 6 tys. zł, równowartość ówczesnej średniej pensji. Za klasę mistrzowską krajową płacili 9 tys., a za mistrzowską międzynarodową - 12 tys. Można było liczyć, że jeśli się uzyska wynik rzędu 2:12-2:13, będzie się jeździć po całym świecie i zarabiać za dobre miejsca w "walucie".

JERZY SKARZYNSKI

Dziś na maratonach zarabiają Kenijczycy.

Konkurencje wytrzymałościowe nie są jeszcze w stanie obronić się przed ich dominacją. To jest nieodwracalne, oni mają genetyczną przewagę. A skoro wiadomo, że całe podium zarezerwowane jest dla Kenii - chyba że wedrze się ktoś z Etiopii - to biegacz z Zachodu traci motywację. Bez względu na to, ile by trenował, nie przebije się przez ten mur.

Za to amatorskie bieganie na Zachodzie kwitnie. U nas też zaczyna.

Bardzo mnie radują te setki tysięcy maratończyków na całym świecie, którzy biegają nie po rekord świata albo złoty medal, ale z powodu pasji, zdrowia, przyjaźni. Bieganie jest dostępne dla wszystkich. Polacy zaczynają to rozumieć, nawet ciuchy biegowe staniały, od kiedy wzrosła liczba biegaczy. Mamy już w Polsce krótsze biegi, w których startuje kilkanaście tysięcy ludzi.

Jednak w wielkich maratonach - w Londynie, Berlinie, Paryżu, kilku biegach w USA - startuje po 30-40 tys. osób.

Nasze największe maratony gromadzą 3-4 tys. ludzi. Biegamy jednak lepiej. Analizowałem ostatnio wyniki z Warszawy i Berlina. Jeżeli jakąś barierę czasową w Berlinie łamie 35 proc. biegaczy, to u nas 40 proc., jeśli w Berlinie 10 proc., to u nas 12 proc.
Nie o maraton zresztą chodzi, tylko o bieganie. Zawsze piszę w swoich książkach, że maraton jest niezdrowy, wywołuje olbrzymie spustoszenie w organizmie. Zdrowe są same przygotowania do maratonu. Chyba że ktoś popełni błąd, przeceniając własne możliwości. Nie wolno tego robić także w samym wyścigu. Jeśli przecenisz swe siły, będziesz w końcówce szedł albo szła.
Człowiek, stając na starcie, powinien mieć orientację, na ile go stać w maratonie. Wtedy może wystartować w odpowiednim tempie i w takim samym dobiec do mety. Żeby móc to ocenić, trzeba do maratonu zmierzać drobnymi krokami: najpierw pięć, potem dziesięć kilometrów, półmaraton i dopiero maraton.
Maratończykiem nie jest ten, kto ukończy bieg, tylko ten, kto go w całości przebiegnie.

Jest pan wrogiem metody Gallowaya? Niektórzy ludzie używają jej z powodzeniem, przechodząc np. co 5 km na minutę w szybki marsz.


To małe oszustwo. Maratończyk podczas przygotowań powinien osiągnąć taki poziom, który pozwoli mu przebiec cały dystans. Wszystkie maratony powinna zamykać granica pięciu godzin. I w zasadzie tak jest - 90 proc. maratończyków pokonuje tę barierę.

We Wrocławiu, w Warszawie czy Poznaniu limit wynosi sześć godzin. Byłby pan za zaostrzeniem kryteriów?

Nie, zwyczajowe sześć godzin może pozostać jako margines błędu dla tych, którzy się przeliczyli z siłami, zaczęli za szybko, mieli gorszy dzień. Ale człowiek, przygotowując się do pierwszego maratonu, powinien myśleć, żeby go przebiec poniżej pięciu godzin.

Dlaczego nie czterech?

Biegacze często za dużo od siebie wymagają, zwłaszcza ci, którzy uprawiali sport w młodości. Stawiają sobie nierealne cele i podejmują zbyt duże obciążenia treningowe. A w pewnym wieku trzeba inaczej podchodzić do treningu, pogodzić się z tym, że ma się mniejsze możliwości. Moja metoda treningowa jest ostrożna. Zakładam, że biegacz czy biegaczka będzie trenować przez wiele sezonów, stopniowo podnosząc poprzeczkę. Nie da się stworzyć biegacza w kilka miesięcy.

To mocno niedzisiejsze, ludzie chcą właśnie w kilka miesięcy przygotować się do debiutu w maratonie.

Pierwszy maraton to nie uwieńczenie rozwoju biegowego, tylko kamień milowy na początku drogi. Ale oczywiście można w pięć miesięcy przygotować się do pierwszego maratonu. Jeśli ktoś będzie trenował systematycznie trzy razy w tygodniu, przebiegnie go poniżej pięciu godzin. Błąd popełniają ci, którzy chcą w pięć miesięcy lub krócej złamać cztery godziny. Biegacz nie może się rozwijać na skróty.

Pana metoda jest jedynie słuszna?


Jedyna, jeśli ktoś chce patrzeć przez pryzmat wieloletniego rozwoju. Nie można wrzucić początkującemu plecaka na plecy i kazać mu zasuwać, bo będzie przeciążony, przetrenowany, złapie kontuzję.

Kiedy na swoim egzaminie trenerskim opowiadałem o przygotowaniach maratończyków głównie przez wolne bieganie - tak jak jest w pana książkach - to egzaminatorzy robili wielkie oczy. Że taki trucht niczego nie rozwija.

Kto dopiero zaczyna, będzie się rozwijał, nawet tylko truchtając. Ale po pewnym czasie dołoży krosy pasywne, czyli bieganie po pagórkowatym terenie. Potem krosy aktywne, w których pod górę należy przyspieszać. Tak się zaczyna rozwój biegacza.

Ale czy pana metoda nie jest archaiczna w zapędzonym świecie? Kto ma tyle czasu na wolne bieganie? Słynny Jack Daniels, którego książka wyszła niedawno po polsku, propaguje treningi w znacznie szybszym tempie. A pan zaleca tylko dwa mocne akcenty w tygodniu. Reszta to wolne bieganie.

To wynika z zasady superkompensacji, zgodnie z którą dopiero w 72 godziny po intensywnym treningu organizm osiąga maksimum możliwości i wtedy jest pora na kolejny intensywny trening. Reszta to opakowanie. Biegaczom starszym - od około pięćdziesiątki - sugeruję nawet tylko jeden mocny trening tygodniowo. Bo regeneracja w tym wieku trwa jeszcze dłużej. Ja w tym roku trenuję od trzech do pięciu razy w tygodniu z tylko jednym mocnym akcentem i z czasem 1:17.21 zdobyłem brązowy medal mistrzostw Europy weteranów w półmaratonie w kategorii M 55. Czy to nie dowód na skuteczność mojej metody?

W Kenii każdy trening to wyścig gromady biegaczy.


Tylko z tej gromady zaledwie dwóch-trzech przebija się na najwyższy poziom, jadą w świat i wygrywają. Pozostali padają po drodze. Jeśli ktoś biega tylko szybko, bierze na siebie zbyt duże obciążenia. To grozi przeciążeniami, kontuzjami. Może uda się to przetrzymać kilku Kenijczykom, którzy biegają maraton w 2:10. Ale nie zwyczajnym ludziom, którzy mierzą w 3:50. Na każdym biegu podchodzą do mnie ludzie, którzy dzięki mojej metodzie złamali cztery godziny, a nawet trzy godziny, poprawiali rekord życiowy. To działa.

Chce się panu tak jeździć na imprezy biegowe w całej Polsce?


Bieganie to nie jest moja praca. To nawet nie tylko pasja. To moje życie.

Jerzy Skarżyński - ur. w 1956 r. w Świebodzinie, mieszka w Szczecinie. Reprezentant Polski w maratonie w latach 80. Później trener, autor książek dla biegaczy amatorów, m.in. "Biegiem przez życie", "Maraton". Startuje do dziś, zdobywając medale mistrzostw świata weteranów.

Dołącz do nas na Facebooku.