Marcin Chabowski - walka o minimum olimpijskie

Marcin Chabowski ma 25 lat, jest trzykrotnym mistrzem Polski na 10 000 m, aktualnym mistrzem kraju w półmaratonie. Na niedzielnym 33. Maratonie Warszawskim zapowiada atak przynajmniej na minimum olimpijskie (2:10:30).

Wojciech Staszewski: Boisz się ściany? Jesteś wybitnym biegaczem, ale jeszcze nigdy nie ukończyłeś maratonu.

Marcin Chabowski: Nie przyjmuję do wiadomości, żeby po 30. kilometrze było tak strasznie. Na półmetku chcę mieć 1:05:30, potem powinienem przyspieszyć. Stosuję wizualizację, wyobrażam sobie, że od 30. kilometra zaczynam walkę o zwycięstwo, wyprzedzam Kenijczyka, walczę o minimum olimpijskie i rekord Polski. Staram się widzieć maraton w jasnych barwach.

Ile najwięcej przebiegłeś na treningu?

35 km, ale wolno, trochę poniżej 4 minut na kilometr. Półmaraton szkoleniowy trzy tygodnie temu w Pile poszedł mi dobrze...

Zostałeś mistrzem Polski z życiówką 1:02:46.

Teraz ważne, żeby się przygotować energetycznie, bo jak na 32. kilometrze zużyjesz cały glikogen, to nawet silną psychiką tego nie pokonasz.

Ile żeli energetycznych bierzesz na trasę?

Cztery. Będę je zjadał na każdym punkcie żywieniowym od 20. kilometra. Więcej się nie da, bo przy takim wysiłku żołądek by więcej nie przyjął, organy wewnętrzne są słabo ukrwione, a podczas biegu ta fabryka, jaką jesteśmy, całą krew pompuje do mięśni. Dlatego ważne, żeby gromadzić glikogen przez ostatnie cztery dni przed startem. Jeść dużo węglowodanów, tylko nie smażonych, żeby nie obciążać wątroby. Właśnie z powodu złej diety musiałem w kwietniu zejść z trasy wiedeńskiego maratonu. Dostałem takiej kolki wątrobowej, że nie dało się dalej biec. Jakby mi ktoś wbijał w wątrobę sztylet.

A gdybyś teraz znów nie dał rady?

Pobiegnę najlepiej, jak się da. A jeśli się nie da, to na jednym maratonie świat się nie kończy, nie mam przecież noża na gardle.

Masz! Polskie minimum olimpijskie jest ostre - 2:10:30. A sam mi mówiłeś w Pile, że to jedyna twoja szansa na jego uzyskanie.

No to może mam. A to minimum jest rzeczywiście za ostre, żaden europejski kraj nie wprowadził takiego. Nie wiem, dlaczego Polski Związek Lekkiej Atletyki tak postanowił.

Może nie chce wysyłać na kolejną wielką imprezę maratończyków, którzy i tak zginą w tłumie?

Cała Europa ma ten sam problem. Ale ze wszystkich biegów długich w maratonie mamy największe szanse. Amerykanin Dathan Ritzenheim był siódmy na mistrzostwach świata w Berlinie na 10 km, ale został najszybszym białym i poprawił o pół minuty rekord kraju, to Ameryka oszalała na jego punkcie. A u nas byłoby narzekanie na słabe miejsce.
W USA biegacze dostają na szkolenie jakieś 200 tys. dolarów rocznie. Mieszkają w klimatyzowanych domach ze sztucznie obniżonym ciśnieniem, by podnosić poziom hemoglobiny. Część treningów mają na bieżni w wodzie, by nie uszkodzić stawów, bo niebezpiecznie jest biegać powyżej 170 km tygodniowo po twardym. A my biegamy po 230-240 km, sami kupujemy sobie odżywki i opłacamy dietetyka, fizjoterapeutę, masażystę. Oczywiście na obozie, bo w domu to żona robi mi masaże, poprosiłem, by zrobiła kurs masażu. Ona też biegała, więc to rozumie.

Poznaliście się na stadionie?

Tak, w Białogardzie. Potem spotykaliśmy się na obozach i tak wyszło. Teraz pracuje w firmie telekomunikacyjnej i czasem jest tak zmęczona, że to ja ją masuję.  

Dużo trzeba startować, żeby zarabiać?

Przez trzy lata byłem mistrzem Polski na 10 km, dostawałem za to puchar i kwiaty. Dlatego uciekamy z bieżni, widzimy swoją szansę w maratonie. Startuję 16 razy w roku, ale są tacy, którzy biegają w zawodach po 35 razy, żeby się utrzymać. Na dużym biegu mogę wygrać 20 tys. zł, ale jak odliczysz podatek, gażę menedżera i trenera, zostaje 12 tys., a 8 tys. musiałeś włożyć w przygotowania. W tym roku na Biegu św. Dominika w Gdańsku przegrałem na finiszu z Cosmasem Kyevą o 6 s i kosztowało mnie to 5 tys. zł.

Ach, ci Kenijczycy!

Oni się urodzili na obozie wysokogórskim, zamiast krwi mają paliwo rakietowe. W Kenii trenuje z 10 tys. ludzi, z czego około 200 biega tak szybko, że przyjeżdżają tu i wygrywają bieg za biegiem. Opowiadał mi Mariusz Giżyński, że tam co chwilę podchodzi biegacz i prosi: "Weź mnie do Europy".

Kiedy znów zobaczymy Polaka walczącego o podium wielkiego światowego maratonu?

Kiedy uda nam się zejść do 2:07. Staram się taki poziom osiągnąć, wiem, że trzeba w to dużo zainwestować, a żeby mieć z czego, trzeba dużo zarabiać.

Kiedy pobijesz rekord Polski w maratonie - 2:09:23 - Grzegorza Gajdusa?

Chciałbym w niedzielę w Warszawie.

Wiesz, że na trasie za tobą biegną tysiące amatorów.

W czasie biegu jestem skupiony tylko na sobie. Ale lubię potem poobserwować innych na finiszu. Zastanawiam się po co amatorzy się tak mordują. Wiem ile mnie kosztuje trening, ja jestem ciągle zmęczony. Ale może gdybym miał siedzącą pracę, to też chciałbym się od niej oderwać.

Dołącz do nas na Facebooku.