Henryk Szost - biegiem do Londynu

"Ważę około 70 kg. Przy 185 cm to nadal za dużo. Dla Afrykańczyków przy moim wzroście 62 kg byłoby niedopuszczalne". Henryk Szost jest wielką nadzieją polskiego maratonu. 30 października 2011 roku we Frankfurcie przebiegł maraton w czasie 2:09:39 - to drugi wynik w historii Polaków, najlepszy czas po rekordzie Grzegorza Gajdusa (2:09:23). W tym roku pojedzie na igrzyska olimpijskie do Londynu.

Henryk Szost, ur. 1982 r., trzykrotny mistrz Polski w półmaratonie, wojskowy mistrz świata w maratonie w 2010 r. W maratonie we Frankfurcie w ubiegłym roku zajął 12. miejsce, uzyskując drugi czas w historii polskiej lekkoatletyki - 2:09.39, i był najszybszy wśród zawodników spoza Afryki. Wybrany na lekkoatletę października 2011 r. w plebiscycie European Athletics (stowarzyszenie skupiające narodowe federacje lekkoatletyczne).

Małgorzata Smolińska: Od kiedy biegasz na poważnie?


Henryk Szost: Miałem 17 lat, gdy zacząłem biegać na nartach. Ale byłem już chyba za stary, nie mogłem złapać techniki, więc nic z kariery narciarskiej nie wyszło. Ale już wszedłem w rytm systematycznych treningów, chciałem coś robić i... po prostu zacząłem biegać. Pochodzę z Muszyny, na pierwszy ogień poszły biegi górskie. Potem były biegi uliczne, a z ulicy wskoczyłem na bieżnię - dość nietypowa kolejność. A teraz przede wszystkim ulica. Półmaratony i maratony.

Co człowiek zarobi, pakuje w treningi: obozy, suplementacje, namioty tlenowe, które symulują górskie warunki. Tego ostatniego akurat nie mam - jeżdżę do domu do Muszyny. Góry, daleko od centrum, las, wspaniałe trasy. Zawsze ostatnie dwa-trzy tygodnie przed ważnym startem biegam tam. To mój darmowy namiot tlenowy.

Osiągnąłeś minimum Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, by wystartować w maratonie na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Jesteś dumny?

- Przede wszystkim spokojny. Każdy sportowiec ma parcie, żeby zdobyć kwalifikację olimpijską. Wtedy czuje się dowartościowany. Biegłem już w maratonie w Pekinie, gdzie na starcie stanęło zaledwie 98 mężczyzn. Czuję się jak w elitarnym gronie.
Nie mam jednak gwarancji startu. Przede wszystkim muszę być zdrowy. I jeszcze "potwierdzić się" - 4 marca jadę do Japonii na maraton Lake Biwa Mainichi. Dość wcześnie, ale będę miał potem czas na wypoczynek i luksus przygotowań do olimpiady. Nie chcę szarżować, ale powinienem w Japonii zrobić czas poniżej 2:15.30 czyli międzynarodowego minimum na olimpiadę.
Wskaźnik PZLA dotyczący kwalifikacji mężczyzn na maraton w Londynie jest o wiele ostrzejszy niż ten ustalony przez międzynarodową federację - to prawie cztery minuty różnicy. Jestem zaskoczony także tym, jak łatwo jest się zakwalifikować na maraton kobietom (wskaźnik PZLA na igrzyska olimpijskie w Londynie dla mężczyzn to 2:10.30, dla kobiet - 2:30.00). To chyba element promocji kobiecego biegania.

Kiedy startujesz w Londynie?

- 12 sierpnia. Nie boję się gorąca, to raczej nie będą afrykańskie upały. Biegłem maraton na IO w Pekinie, tam było straszna wilgotność. I to chyba jest najgorsze.

Twój wynik na maratonie we Frankfurcie w listopadzie dał ci nie tylko kwalifikację olimpijską, ale też przeszedł do historii - to drugi czas w polskiej lekkoatletyce.

- Żeby nabiegać dobry wynik, trzeba wystartować w szybkim maratonie, w którym jest dobra obsada, a organizator zapewnia pacemakerów (czyli biegaczy wynajętych, by prowadzić zawodników na określony wynik - red.) na wysokim poziomie. Ubiegłoroczny Maraton Warszawski był szybki (rekord trasy - 2:08.17). Jeśli to się utrzyma, będzie na niego przyjeżdżać coraz więcej zawodników. Ale ciężko znaleźć u nas pacemakerów: Polaków czy słabszych Kenijczyków, którzy biegają na światowym poziomie. Dlatego jeździmy za granicę.
We Frankfurcie miałem swojego zająca do 25. kilometra. Przyznam, że momentami musiałem go poganiać, żeby realizować swoją strategię.

Boniface Nduva (z lewej) i Henryk Szost na trasie Półmaratonu Warszawskiego (Plac Piłsudskiego)
Henryk Szost na trasie Półmaratonu Warszawskiego (Plac Piłsudskiego)

Jesteś teraz na obozie kadry w Albuquerque w Nowym Meksyku. Jest tam twój trener?

- Nie, mój trener Rosjanin Leonid Szwecow nie jeździ ze mną. Tak w ogóle, odkąd mnie trenuje - od czerwca 2011 r. - widziałem się z nim tylko raz. Na początku poleciałem do Saratowa, bo ciężko jest trenować z człowiekiem, którego się nigdy nie widziało. On ma rodzinę, czwórkę dzieci, nie jeździ ze swoimi zawodnikami po świecie, a ma kilku dobrych. Lepszych ode mnie.

To jak współpracujecie?

- E-mailowo. I to się świetnie sprawdza. Raz na jakiś czas dzwonimy do siebie. Dwa razy w tygodniu dostaję szczegółowo rozpisane plany i dwa razy w tygodniu wysyłam mu raporty. Piszę, jakie mam samopoczucie, na jakich szybkościach biegałem, jaka była pogoda, jaki typ trasy. I on reaguje na bieżąco - jeśli czuję się słabo, wybiera delikatniejsze środki treningowe, jeśli jestem mocny - stosuje bardziej wymagającą wersję treningu. Dla mnie to lepiej, że trener nie stoi obok jak kat. Sam siebie pilnuję.
Lonia pilnuje, żebym miał kiedy odpocząć. Przed Frankfurtem miałem siedem tygodni pracy treningowej, a potem trzy tygodnie luzu. Stając na starcie, nie byłem zmęczony. To było coś nowego.
Od wcześniejszego trenera Grzegorza Gajdusa (rekordzista Polski w maratonie - red.) odszedłem, bo współpraca nam się nie układała, trening na granicy możliwości, a efektów coraz mniej. Trochę było szumu, gdy podjąłem tę decyzję, ale nie żałuję.

Ile ważysz?

- W granicach 70 kg - trochę ostatnio schudłem. Przy 185 cm to nadal za dużo. Dla Afrykańczyków przy moim wzroście 62 kg byłoby niedopuszczalne. Pamiętam, jak w Kenii przy upale ponad 25 stopni zobaczyłem kolesia biegającego w polarach. Pytam go: po co? A on do mnie: "Wagę zbijam. Muszę zejść z 65 kg do 55 kg". Mięśnie doładowane glikogenem i nic więcej - oto ich zasada.

Mój trener Rosjanin Leonid Szwecow nie jeździ ze mną. Tak w ogóle, odkąd mnie trenuje - od czerwca 2011 r. - widziałem się z nim tylko raz. Na początku poleciałem do Saratowa, bo ciężko jest trenować z człowiekiem, którego się nigdy nie widziało.

Ty też chcesz być wielkim trenerem?

- O nie! Biegam - to moja praca. A jak to się skończy, to skończy definitywnie. Nie mógłbym kazać biegać komuś według moich planów treningowych. Wielu trenerów krzywdzi swoich zawodników, bo wzoruje się jedynie na doświadczeniach ze swojej kariery. A przecież nie da się porównać jednego zawodnika z drugim.
Na razie zajmuje mnie szukanie sponsorów. Łatwiej złapać sponsora na drużynę. Jednostkom jest trudniej, szczególnie że maraton jest mało widowiskowy. Jeśli nie ma sponsora, trzeba więcej biegać w dobrze opłacanych biegach ulicznych. Co człowiek zarobi, pakuje w treningi: obozy, suplementacje, namioty tlenowe, które symulują górskie warunki. Tego ostatniego akurat nie mam - jeżdżę do domu do Muszyny. Góry, daleko od centrum, las, wspaniałe trasy. Zawsze ostatnie dwa-trzy tygodnie przed ważnym startem biegam tam. To mój darmowy namiot tlenowy (śmiech).
Od stycznia mam nowego sponsora - firmę Action z Warszawy, branża elektroniczna. Sprzętowo wspiera mnie Nike, marki Tervel i Powerade. Ale to nadal za mało, żeby mieć spokojną głowę. Może kiedyś będę bardziej rozpoznawalny, a bieganie będzie jeszcze popularniejsze?
Na razie bardzo pomaga mi to, że jestem w wojsku. Zespół sportowy sił powietrznych WKS Grunwald Poznań.

Latasz?
- Tak, na nogach (śmiech). Stacjonuję w bazie na Krzesinach. Każdy ma w wojsku swoje zadanie: jeden gra w orkiestrze, jeden sprząta płytę lotniska, a ja biegam. Plan startów i treningów układam tak, by nie kolidowały ze startami w wojskowych zawodach.

Grunwald musi być zadowolony z twoich wyników?

- Staram się. Ale u nas jest dużo świetnych zawodników - zapaśnicy, triatloniści. Jak się skończy bieganie, zostanę w wojsku. Mam stopień starszy szeregowy. Sportowcom nie jest łatwo awansować, ale mam nadzieję, że kiedyś za moje zasługi dostanę beleczkę na kaprala.


Dołącz do nas na Facebooku.