Bieganie... To taki towarzyski sport

Tytuł brytyjskiego filmu z lat 60. "Samotność długodystansowca" na lata wyrobił biegaczom opinię niezbyt towarzyskich mruków. Nic bardziej mylnego. Oni razem trenują, startują, dyskutują, blogują i imprezują.

Gdy Wojtek Kroczak, 43-letni kurator sądowy z Pieszyc pod Dzierżoniowem (woj. dolnośląskie), zgłaszał się jako początkujący biegacz do akcji "Para na maraton" w 2009 r. (chciał razem z córką przygotować się do debiutu w maratonie), przeczytał w tekście Piotra Pacewicza, redaktora "Gazety", że ani się obejrzy, a dzięki bieganiu będzie miał wielu przyjaciół.
"Jak to? - pomyślał. - Przecież latam po lesie sam". Dziś wie, co Pacewicz miał na myśli - że biegacze to jedna rodzina. A na rodzinę można liczyć.

Biegacze są jacyś inni

Wojtek, pseudonim "Fajka", przekonał się o tym już kilka miesięcy później, przed maratonem w Poznaniu. Na blogu Wojciecha Staszewskiego, trenera drużyny maratońskiej "Gazety", napisał, że szuka noclegu. - Było ciężko z wolnymi pokojami, jedynie w jakichś hotelach na obrzeżach miasta, ale zależało mi, żeby spać blisko startu na Malcie. Na blogu odezwał się do mnie niejaki Łukasz i zaoferował pomoc. Pojechaliśmy w trójkę: żona, córka Kasia i ja, zupełnie w ciemno. Przyjął nas świetnie. Też debiutował w maratonie, więc byliśmy cali przejęci. Dzień po starcie poszliśmy na spacer, choć w sumie trudno to nazwać spacerem, ledwie nogami żeśmy ciągnęli. Od tamtej pory gościł mnie jeszcze dwa razy, jesteśmy w stałym kontakcie.

Wojtek ma metę nie tylko w Poznaniu, ale też we Wrocławiu, Gliwicach i Warszawie. W stolicy nocuje u Tomka i Magdy Lewickich. - Magdę kojarzyłem z akcji "Para na maraton",
ale poznaliśmy się później - pisała pracę magisterską na psychologii i potrzebowała kogoś, kto radykalnie zmienił życie około czterdziestki, tak jak ja - wspomina Wojtek.
- Zatrzymywałem się u nich już kilka razy przy okazji różnych biegów. Ostatnio we wrześniu na Maratonie Warszawskim. Szli w poniedziałek do pracy, ale pozwolili mnie i żonie się wyspać. - Tu macie klucze - powiedzieli - zostawcie rano sąsiadom.
Skąd takie zaufanie? - pytam. - Biegacze są jacyś inni. Znałem wcześniej różne środowiska - koniarzy, kierowców terenowych mercedesów, ale w żadnej z tych grup nie czułem się tak dobrze i bezpiecznie jak wśród biegaczy.

Wojtek utrzymuje stały kontakt z dziewięcioma osobami poznanymi na blogu Staszewskiego. Dzwonią do siebie, spotykają się na zawodach. Czy rozmawiają tylko o bieganiu? - Raz nocował u mnie po półmaratonie w Sobótce "Johnson". Niesamowity facet - profesor nauk przyrodniczych. Wieczorem przy piwie prowadziliśmy długie nocne Polaków rozmowy. O wszystkim.

W poniedziałki wieczorową porą

Przyjaźnie na szczęście nawiązują się nie tylko przez internet. Poniedziałkową Grupę  Wieczornych Biegaczy (PGWB) założyli uczestnicy obozu biegowego w Szklarskiej Porębie sprzed dwóch lat. Matką założycielką jest Anna Trzcińska, 33-letnia kierowniczka ds. e-marketingu w firmie ubezpieczeniowej w Warszawie.

Jak zaczęła biegać? - Wiosną 2009 r. jechałam sobie na rowerze, a tu w poprzek ulicy biegnie Półmaraton Warszawski. Pomyślałam: "Dlaczego mnie tam nie ma?" - wspomina. Dwa dni potem miała już buty do biegania i była po pierwszym joggingu. - Oczywiście sama - zaznacza. - Na początku idea biegów grupowych do mnie nie przemawiała. W grudniu wybrałam się na pierwszy obóz biegowy w Brzozie, ale tam byłam wykończona - tylko biegałam, jadłam i spałam. W lecie pojechałam na kolejny, do Szklarskiej. Tam trafiłam na świetne towarzystwo i doceniłam wspólne treningi.

Idea powołania grupy biegowej powstała na imprezie poobozowej. - Kolega rzucił hasło, żeby umawiać się na cotygodniowe wspólne treningi, ja je podchwyciłam, ustaliłam termin i miejsce zbiórki. U mnie droga od pomysłu do realizacji jest wybitnie krótka - śmieje się Ania.
Pierwsze wspólne bieganie nocą odbyło się pod hasłem "Bieg karnawałowy". To był luty 2011 r. Siedem osób krążyło po Śródmieściu w przebraniu - w maskach, ze skrzydełkami. Było -7 st. Celsjusza, ale determinacja była silniejsza. Od tamtej pory czy deszcz, czy mróz, czy komary, "wieczorni" biegacze spotykają się, teraz już nawet dwa razy w tygodniu.
- Czasem przychodzą dwie osoby, czasami kilkanaście. Na początku Ania promowała grupę, gdzie się da - na Aktywni.pl, na Facebooku (tam grupa ma aż 103 członków). - Miałam pomysł, żeby rozdawać ulotki na Biegu Powstania Warszawskiego, ale doszłam do wniosku, że nie musi być nas za dużo, sześciu-ośmiu przyjaciół to optimum.

Znałem wcześniej różne środowiska - koniarzy, kierowców terenowych mercedesów, ale w żadnej z tych grup nie czułem się tak dobrze i bezpiecznie jak wśród biegaczy.


W PGWB biegi w przebraniu stały się już tradycją, Na Dzień Kobiet grupa zebrała się w liczniejszym gronie - po ośmiokilometrowej trasie w kształcie ósemki ruszyło dwóch chłopaków i dziesięć dziewczyn z... pełnym makijażem, kwiatami we włosach i w spódnicach; jedna przebiegła cały dystans z torebką na ramieniu. Na koniec były paszteciki z barszczem, owoce i piwo, tradycyjnie u Ani na Powiślu.

Który wspólny bieg wspomina najlepiej? - Mój urodzinowy. Opracowaliśmy 33-kilometrową trasę. Po drodze był postój z napojami i przekąskami u moich rodziców na Bródnie. Ci, którzy
nie byli na siłach biec aż tyle, dołączali na 11. lub 22. kilometrze, była asysta na rowerach. A na koniec winko i tort u mnie w domu - wspomina matka założycielka. I dodaje: - Nie tylko bieganie nas łączy, ale prawdziwa przyjaźń. Bywa, że pójdziemy do kina czy wyjedziemy
razem na weekend.

Dobiec na Antarktydę

Coraz częściej na "społecznościowe" potrzeby biegaczy odpowiadają firmy o profilu sportowym. Taki pomysł przyświecał Maciejowi Kasei i jego synowi Janowi - założycielom sklepu dla biegaczy Ergo w Warszawie. - Tak się to robi na Zachodzie - tłumaczy Jan.
Dwa lata temu wrócił z Wielkiej Brytanii i zaproponował ojcu, który akurat dostał sporą odprawę po odejściu z korporacji, rodzinny biznes. Bieganie grupowe daje, według Janka, więcej radości, motywuje i umożliwia wymianę doświadczeń między biegaczami.

Co wtorek po 19 w sklepie zbiera się kilkanaście osób. Na początek robią sobie zdjęcie (co tydzień pojawia się na stronie internetowej sklepu wraz z długością trasy i czasem treningu), a następnie ruszają ulicami Muranowa i Starówki nad Wisłę. Tam dzielą się na dwie grupy - "podbiegową" i "płaską". - Na pierwszych treningach okazało się, że różnimy się prędkością przemieszczania - tłumaczy Jan, który prowadzi grupę "podbiegową". - To ta szybsza - wyjaśnia. - Biegamy urozmaiconą trasą, w górę i w dół, także po schodach. Inspirację do takich treningów Jan czerpał od nieżyjącego już himalaisty Piotra Morawskiego, który biegając w ten sposób, przygotowywał się do wypraw w góry.

Bieganie grupowe daje, według Janka, więcej radości, motywuje i umożliwia wymianę doświadczeń między biegaczami.


Z "płaskimi" biega Natalia Jędrzejczyk, wspólniczka w agencji marketingu sportowego Coconuts. - Do sklepu pierwszy raz przyszłam po Biegu Niepodległości w 2010 r. Pobiegłam
w nim w butach do tenisa i choć nic sobie nie obtarłam, postanowiłam jednak zainwestować w obuwie z prawdziwego zdarzenia. Od Kasejów wyszła lżejsza o 400 złotych i z zaproszeniem na trening. Ale pojawiła się na nim dopiero rok później, gdy już była pewna, że da radę przebiec 10 km i nie będzie obciachu.

Biegacze z Ergo wyznaczają sobie cele. - Umawiamy się np., że biegniemy na Antarktydę - tłumaczy Natalia. - I mnożymy kilometry pokonane na każdym treningu przez liczbę uczestników. Z tygodnia na tydzień te wyniki sumujemy. Jak ktoś nie przyjdzie
biegać, cel się oddala. To motywuje - dodaje.

Ludzie, którzy poznali się w sklepie, biegają ze sobą także w inne dni tygodnia w różnych konfiguracjach. Natalia biega czasem z Aśką, która mieszka obok, i z jej dwoma psami husky. - O czym gadamy na treningach? O bieganiu! Kto, gdzie startuje, jak trenuje. Dowiadujesz się o ciekawych zawodach, możesz podpytać doświadczonych maratończyków o to i owo.

Janek szczyci się tym, że zimą grupa ma największą frekwencję. - Bo inne drużyny wymiękają. Tylko my jesteśmy takimi hardcorowcami, żeby latać przy -16 st. Celsjusza.
Czy społeczność biegaczy związana na stałe ze sklepem przekłada się na zysk? Jan: - Nie bezpośrednio, ale nie oto przecież chodzi. My żyjemy bieganiem i chcemy spędzać czas z ludźmi, którzy żyją nim tak samo.

Dołącz do nas na Facebooku.