Scott Jurek - król ultramaratonów opowiada o poświęceniach i poszukiwaniu równowagi w życiu

W ciągu kilku dni Scott Jurek dorobił się w Polsce peleryny superbohatera, choć na świecie, na miejsce w panteonie obok Batmana, Spidermana i Supermana zasłużył sobie już dawno. Zapytaliśmy legendarnego ultramaratończyka o jego biegową pasję, poświęcenia, autorytety i wartości.

W piątkowy poranek siedział w fotelu samolotu na warszawskim Okęciu bardzo zmęczony człowiek. Ostatni tydzień był bardzo intensywny. Liczba spotkań, na jakich był, pytań, na jakie odpowiedział, książek, które podpisał, mogła być nawet większa niż liczba kilometrów, które przebiegł w życiu na zawodach. A tych ma za sobą grube tysiące. Scott Jurek - jeden z najlepszych ultramaratończyków na świecie. Ma na swoim koncie zwycięstwa m.in. w Western States 100 (mil, nie kilometrów), w wyścigu na 217 km Badwater Ultramarathon, rozgrywanym latem w najgorętszym miejscu na świecie - Dolinie Śmierci, Spartathlonie - wyścigu ze Sparty do Aten, którego trasa mierzy 246 km.

Scott wylatywał z Warszawy jako człowiek zmęczony ale szczęśliwy i zaskoczony swoją sławą. Na czym polega jego fenomen? Na charyzmie, wesołego, otwartego i skorego do snucia opowieści człowieka? Na majestacie dokonań, które większość ludzi będzie zdolna zaakceptować jako możliwe tylko w nowej części Bonda? A może na treści tychże opowieści, z których wyłania się przeciętny dzieciak, gość, który nie lubił nawet biegać, który przeszedł metamorfozę, dotknięty swoistą lykantropią, zmienił się w górskiego dzikusa, pożerającego długie kilometry trudnych ścieżek? Scott okazał się być postacią szczególną, dlatego że potrafił połączyć te wszystkie elementy. Potrafi być outsiderem, skupionym na sobie i swojej pasji, ale i człowiekiem otwartym, który po zwycięstwie w piekielnie trudnym biegu, potrafi spędzić na mecie wiele godzin, witając kolejnych zawodników, podając im picie, ściskając. I wreszcie człowiekiem, który potrafi o tym wszystkim opowiadać jak Szeherezada w Baśniach Tysiąca i Jednej Nocy. Można już zacząć zazdrościć jego przyszłym wnukom.

Nie będziemy opowiadać o jego dokonaniach, o wegańskiej diecie, o polskim pochodzeniu ani o trudnym wychowaniu, wdzięczności dla rodziców, rozwodzie i przyjacielu, Dusty'm, dzięki któremu to wszystko się zaczęło. O tym przeczytacie w jego książce, w dziesiątkach wywiadów, które już zostały opublikowane w gazetach i internecie. Zapytaliśmy go o poświęcenia, jak wytrzymać w domu z biegaczem i, co nie oznacza tego samego - jak być dobrym biegaczem w domu. O miejsce w którym żyje, nieudane starty w europejskim UTMB i, jako fizjoterapeutę, o bieganie naturalne.

Małgorzata Smolińska: Scott, jak Jenny, twoja żona z tobą wytrzymuje?

Scott Jurek: Ona też biega. Chyba bardzo ważne jest to, że się rozumiemy. To ułatwia sprawę. W spokojne dni możemy biegać razem, robić wspólne wycieczki w górach.

Też jest taką mocną zawodniczką?

Nie, ona to robi dla zabawy, zdrowia i formy. Jest projektantką. Między innymi projektuje ciuchy sportowe. Nie jest osobą rywalizującą.

Mieszkacie w górach?

U podnóża gór. W Boulder, w Kolorado. Jest masa ścieżek, na których można biegać.

Magda Ostrowska-Dołęgowska: To jednocześnie dosyć kultowe miejsce, wielu ultramaratończyków mieszka w Boulder. Tony Krupicka. To jak mekka.

Tak, jest czymś w rodzaju mekki. Staje się bardzo popularne również wśród biegaczy ulicznych. Mogą tu pobiegać na wysokości, powyżej 2000 metrów. Przyjeżdżają z Japonii, Europy, trenować na wysokości właśnie. Można spotkać sporo topowych triathlonistów, kolarzy, biegaczy ulicznych.

Przeprowadziłeś się tam z powodu biegania?

Tak. I z powodu słońca. Przez 11 lat mieszkałem w Seattle, nie jest tam tak zimno jak w Warszawie, ale klimat jest podobny, może być deszczowo przez wiele miesięcy.

Łatwiej jest trenować w Boulder?

Tak, zwłaszcza dzięki słońcu. Mamy oczywiście zimę, śnieg, chód. Ale klimat do biegania jest bardzo dobry.

I sceneria. Nie idziesz na trening, idziesz się bawić.

Tak, to w końcu góry. Nigdy też nie mieszkałem w mieście, które byłoby tak blisko gór. To wyjątkowa sprawa.

Nie wyobrażam sobie treningu 30 km po Warszawie, ale w górach - to po prostu wycieczka.

Tak, to jeden z fascynujących elementów tego sportu. Po prostu podróżujesz biegając. Szybciej, mocniej, ale widzisz dużo więcej, doświadczasz więcej niż gdybyś chodził po górach z ciężkim plecakiem i masą rzeczy w nim. Myślę, że to jest piękno tej zabawy. I nadal możesz czerpać przyjemność z takiej wycieczki.

Kiedy najlepiej wybrać się do Boulder, pobiegać?

Jeśli chcesz pobiegać po wysokich górach, najlepszym terminem jest lipiec, sierpień i wrzesień. W czerwcu czasem jest jeszcze śnieg.

fot. Ben Moonfot. Ben Moon

 

Piszesz w swojej książce o poświęceniach, chociaż tak tego nie nazywasz. Miałeś długi, zaniedbałeś niektóre aspekty swojego życia, trochę rodzinę, trochę przyjaciół, czas na inne przyjemności, pracę. Warto było?

Myślę, że było warto. Były rzeczy, których nie zrobiłem, nie miałem na nie czasu, bo byłem skupiony na treningu. Ale myślę, że bardzo ważne jest by podążać za swoją pasją, marzeniami. Poświęcenie jest częścią życia. Jeśli masz tę pasję, masz również mnóstwo ciężkiej pracy z nią związanej, są wzloty i upadki, wyzwania. Myślę, że to czyni nas lepszymi ludźmi. Gdyby wszystko przychodziło łatwo, nagroda nie byłaby tak cenna. Nie zdołalibyśmy przechodzić takich przemian, jakie mają miejsce dlatego, że coś poświęcamy.

I to jest dla ciebie ważniejsze, to czyni cię lepszym człowiekiem? Nie dbasz o to żeby mieć więcej pieniędzy?

Robisz to, bo to kochasz i prędzej czy później dostajesz coś, co nie ma wartości na papierze. Jest mnóstwo rzeczy, które wynagradzają ten trud i poświęcenia. Ktoś może cię zapytać: "Po co to robisz, nie jesteś szybki, nie masz szans na wygraną". Ale tu chodzi o zupełnie inne rzeczy. Nie o wygrywanie, ale o całą drogę do mety. To wszystko co robisz na co dzień.

M.O.D.:Ok. Ty jesteś na bardzo wysokim poziomie. Ale jest wielu biegaczy, którzy są znacznie mniej uzdolnieni a oni również poświęcają bardzo wiele...
M.S.: Wyobraźmy sobie - jesteś biegaczem, twoja żona jest niepocieszona, bo zamiast spędzać czas z nią czy z dzieciakami, idziesz biegać. Jedziesz na zawody - wydajesz pieniądze ze wspólnej puli. Rodzina może Ci powiedzieć: "Chwileczkę, to twoja pasja, ale dlaczego my mamy się poświęcać?". Czy według ciebie są momenty, w których warto przeważyć postawioną na szali pasję i życie poza nią?

Myślę, że istotne jest żeby zachować równowagę. Nie wiem jak tu, w Polsce, ale w USA jest bardzo powszechnym zjawiskiem, że ludzie robią wszystko dla swoich dzieci. Nie znajdują czasu dla siebie. To możemy postawić po drugiej stronie, jako skrajność.

Tylko, że poświęcenie dla rodziny każdy rozumie. To przecież "normalne". Każdy tak robi. A jak poświęcasz się bieganiu, to jesteś dziwakiem.

Prawda. Dlatego myślę, że trzeba odnaleźć tę równowagę. A czerwona lampka to powinno być unikanie sytuacji, gdzie wszystko kręci się wokół twojego biegania, albo czasu wolnego. Trzeba umieć się odwdzięczyć, dać czas swojej rodzinie na ich pasję, wesprzeć ich. Bieganie, spośród innych pasji generuje mało kosztów. Potrzebujesz butów, nie musisz mieć wielu kosztownych gadżetów. Chociaż oczywiście czas jest bardzo cenny. Znam biegaczy, którzy idą biegać o 5 rano na godzinę...

Ty też tak robiłeś.

Tak! Potem masz cały dzień na pracę, a wieczorem spędzasz czas z rodziną. Owszem, to jest poświęcenie, ale chodzi o to by się starać dzielić swoją uwagę na różne rzeczy. I warto się upewnić czy zostawiasz rodzinie jej przestrzeń. Pytałaś o Jenny. Ona uwielbia się wspinać. Dzielimy się obowiązkami tak żebym ja mógł pobiegać, a kiedy ona idzie się powspinać, ja zajmuję się domem. Najlepszy jest system - bierz i dawaj.

Macie dzieci?

Jeszcze nie, ale wkrótce.

Pytam, bo wspominałeś o poświęcaniu się dla dzieci.

Znam to, bo moi znajomi mają dzieciaki. I też biegają. Wiem, że to spore wyzwanie. Zabierają dzieciaki na rower, biegają z nimi w wózku, spędzają czas. Myślę, że to także istotne żeby zaangażować swoją rodzinę w to, co się robi. Żeby nie mieli poczucia, że coś tracą. I warto ich włączyć w aktywny tryb życia? W Stanach mamy z tym duży problem. Z brakiem ruchu. Jaki przykład dajemy dzieciom? To my musimy im pokazać, że to wartościowe. Że wstajemy i idziemy biegać, wieczorem idziemy na wycieczkę czy na rower.

Czy jesteś zaangażowany w jakiś projekt sportowy skierowany do dzieci?

Tak, to część mojego długofalowego planu. Pracowałem z ludźmi, którzy opracowywali zdrowy lunch dla dzieciaków w szkołach. I z tymi, którzy starali się o wprowadzenie większej ilości ruchu w szkole. Zdecydowanie chcę łączyć moją pasję biegania i zdrowego jedzenia. Wywierać wpływ na dzieciaki i dorosłych, żeby byli zdrowsi.

Scott, jesteś fizjoterapeutą, co myślisz o minimalizmie w bieganiu? Mieszkasz w tym samym miejscu, w którym żyje Tony Krupicka, gość, który biega prawie na bosaka.

Spokojnie, on też ma buty (śmiech).

Wolisz amortyzację?

Nie, zdarza mi się biegać również w bardzo lekkich butach. Jestem mocno zaangażowany w projektowanie butów. Przez wiele lat używaliśmy super lekkich i płaskich startówek, tylko nie nazywaliśmy tego naturalnym bieganiem. Minimalizm i bieganie na bosaka pomogły nam robić lepsze buty, zamiast opracowywać stale nowe technologie, spojrzeć wstecz. Bieganie na bosaka nie jest szybkie, jest fajne i myślę, że wielu ludzi ma szansę nauczyć się dzięki temu lepszej techniki, to świetne żeby wzmocnić mięśnie stóp. Ale jest mnóstwo powodów, dla których biegając lepiej chronić swoje stopy izolując je od podłoża. Dlatego opracowuje się buty jak najmniej ingerujące, ale jednak chroniące i pozwalają rozwinąć szybkość bez stresu o podłoże. Brooks Pure jest taką serią. Kiedy zacząłem współpracę z Brooksem - stworzyliśmy model Cascadia, i każdy się martwił, że zmniejszyliśmy w nich drop (spadek między piętą a śródstopiem - przyp. Red.), to było jeszcze zanim minimalizm zrobił się popularny, ludzie martwili się, bo nie rozumieli tej idei. Ale zrobiliśmy to żeby uzyskać większą stabilność na szlakach. Lepsze poczucie podłoża.

Nie myślisz, że to niebezpieczny nurt?

Nie, nie. Tak samo jak bieganie na bosaka nie jest niebezpieczne. Ale jak ze wszystkim - trzeba być rozsądnym. Ostrożnie zwiększać kilometraż, zmieniać nawierzchnię, bo beton nie jest najlepszy do biegania non-stop. Nie powinno się przesadzać.

Myślisz, że bieganie naturalne pomaga poprawić technikę?

Tak, zdecydowanie. Gdy czujesz mocniej podłoże, bardziej skupiasz się na tym jak lądować, jak rozkładać siłę uderzenia. W sposób naturalny zwiększysz swoją kadencję. Z pewnością jest wiele korzyści.

Scott Jurek (z lewej) podczas treningufot. facebook.com/ScottJurek

 

Na czym polega twój sukces Scott? Osiągnąłeś tak wiele bo masz serce do treningu, czy nie jesteś podatny na kontuzje? Na czym polega twój fenomen?

Myślę, że to kombinacja uwagi, jaką poświęcam swojemu ciału, słuchaniu go, kiedy mam wrażenie, że robię sobie krzywdę, przywiązywanie wagi do jedzenia, żeby się odpowiednio regenerować. Myślę, że to również lata doświadczeń, moje dzieciństwo, wszystko to pomogło mi w karierze biegacza ultra. Bo ultramaratony to nie tylko strona fizyczna. To również masa komponentów psychologicznych. A może coś pomiędzy fizyczną i psychiczną sferą? Musisz znaleźć siłę żeby napierać dalej, gdy ciało i umysł mówią - dosyć tego. Myślę, że właśnie to coś jest we mnie. Nie mam stuprocentowej pewności co to jest, ale myślę, że każdy może to znaleźć. To coś jak instynkt przetrwania.

Zacząłeś już na bardzo wysokim poziomie.

Tak, miałem trochę sukcesów już na początku. Myślę, że liczyło się też moje wychowanie, doświadczenia życiowe pomogły mi być mocnym w ultramaratonach. Niekoniecznie sportowe. Chęć parcia do przodu. Dla moich dziadków ciężka praca miała ogromne znaczenie. Moja polska babcia zawsze wymyślała zadania do zrobienia, rąbanie i układanie drewna. Również rzecz, o której piszę w książce, ojciec powtarzał mi, że "czasem po prostu trzeba", to we mnie wrosło. I chyba przyczyniło się do mojego sukcesu.

A dlaczego Amerykanom nie idzie w europejskich biegach? Ultra-Trail du Mont-Blanc*?

Hm... To ciekawa rzecz. Zastanawiałem się nad tym. Myślę, że są pewne czynniki, że żadnemu z nas nie poszło na UTMB. Może chodzi o podróż, przystosowanie do innego stylu rywalizacji, zamieszania. To dla mnie trudne do zrozumienia. Startuję w UTMB od pięciu lat, w moim przypadku to chyba była po prostu kwestia nienajlepszej formy, problemów w życiu. Nie jestem przekonany o tym co zaważyło.

Podoba ci się ten wyścig?

Tak, bardzo. Wracam tam co roku i uważam, że to jeden z najpiękniejszych górskich wyścigów. Chociaż jest z nim pewien problem. Kilka razy już był odwoływany, zmieniany, skracany z powodu pogody, takie kombinacje są trudne dla zawodników. Ale to bardzo wyjątkowe miejsce.

Gdybym chciała wybrać się na jakiś spektakularny bieg na 100 km w USA, co byś mi polecił?

Jednym z moich ulubionych jest Miwok 100k w Kalifornii, w okolicach San Francisco, to bardzo piękny bieg. White River 50-miler, w Crystal Mountain w stanie Waszyngton, rozgrywany w lipcu. Moim ulubionym wyścigiem na 100 km jest Hardrock 100, to bardzo znany i trudny bieg. W Silverton w Kolorado, jakieś 7 godzin od Denver, w Górach Skalistych.

A Western States 100 (mil) jest naprawdę tak trudny? Powinnam spróbować czy nie?

Sprawa z Western States wygląda tak, że nie jest aż tak trudny, ale jest bardzo sławny. Ma w sobie wielką historię, przygodę, ekscytację. Jest jak UTMB, tylko wyścig dookoła Mont Blanc jest bardzo europejski - z helikopterami latającymi nad głową. W Western States też jest loteria, żeby się dostać na listę startową, ale zagraniczniakom jest łatwiej na nią trafić. Western States jest czymś, czego każdy u nas chce doświadczyć, ale jest masa porównywalnie fajnych biegów w Kalifornii, w których warto wystartować.

Co chciałbyś jeszcze osiągnąć?

Z pewnością wygrać UTMB choć raz, ale teraz moim największym celem jest rozprawienie się z rekordem świata w biegu 24-godzinnym. To coś, na czym będę skupiony przez najbliższe 1,5 roku, zanim przejdę na emeryturę.

Masz jakiś wielki autorytet?

Jeden z największych amerykańskich biegaczy - Steve Prefontaine* był moją wielką inspiracją, z wielkimi wąsami, miał swój niepowtarzalny styl. I oczywiście w świecie ultramaratonów - Grek - Janis Kuros**, jest moim wielkim bohaterem. Jest inny, bo nie bawi się w imprezy terenowe, ale jest dla mnie wielką inspiracją.

* Prefontaine (Pre) przyczynił się do boomu biegowego w USA w latach 70. Znany był z agresywnej frontowej taktyki i z tego, że w wyścigu zawsze dawał z siebie wszystko. Zginął w wypadku samochodowym mając 24 lata - przyp. Red.

** Janis Kuros - do dziś nikt nie pobił ustanowionych przez niego rekordów w Spartathlonie. Jest rekordzistą świata w biegach 24-, 48- godzinnych i sześciodniowym. Dzierży również rekordy na 100 mil, 1000 mil i km. Mawia, że „gdy inni się poddają, ty powinieneś dać z siebie jeszcze więcej”. - przyp. Red.

Pamiętasz Piotra Kuryło***, z którym się ścigałeś w Spartathlonie?

Tak! Jeden z biegaczy wczoraj pokazał mi jego książkę: "Ostatni Maraton", świetnie było zobaczyć trochę zdjęć.

***( Laureat Kolosa 2011 za "wyczyn roku", czyli obiegnięcie kuli ziemskiej przez Europę, Stany Zjednoczone i Rosję; łącznie ok. 20 tys. km. Teraz Piotr Kuryło płynie kajakiem Wisłą pod prąd, w czasie gdy Scott Jurek był w Polsce, Kuryło miał do Warszawy jeszcze kilka dni drogi. Podobno gdy dowiedział się o wizycie Jurka - chciał przyspieszyć swoją podróż, żeby zdążyć na spotkanie).

Słyszałeś o jego podróży biegowej dookoła świata po pokój?

Tak...

Ale nie planujesz niczego w tym stylu?

Nie (śmiech). Chcę zrobić kilka biegów podróżniczych, ale z pewnością będą krótsze. To strasznie dużo czasu spędzonego poza domem. Bardzo wymagające przedsięwzięcie. Ale bardzo podziwiam rzeczy tego typu.

Dziękujemy za rozmowę, trzymamy kciuki za rekord. I do zobaczenia na biegowych ścieżkach.

***

Ze Scottem Jurkiem rozmawiały:

Małgorzata Smolińska - koordynatorka akcji Polska Biega

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska - ultramaratonka, redaktor prowadzący serwisu Polskabiega.pl