Agata Matejczuk. Historia twardej kobiety, matki i biegaczki

Pracuje w fast foodzie przy autostradzie nieopodal Łodzi. Ma 5 km. Czasem przyjeżdża na rowerze, częściej przybiega, bo to najlepsza pora na trening. Jest teraz sama z dwójką dzieci, bo mąż ma przeszkolenie na żołnierza zawodowego. Starszy syn już w szkole, młodszego Agata bierze czasem na barana i truchta z nim do przedszkola (3,5 km siły biegowej). Jako jedna z dwóch pierwszych kobiet ukończyła Selekcję. Historia Agaty to opowieść o pasji i o tym, że kobieta może biegać mimo każdej przeciwności losu.

Agata Matejczuk w 2006 r. wyrusza na "Selekcję", to telewizyjne reality nadawane kiedyś w Dwójce. Trzeba przetrwać tydzień na poligonie, a przy tym maszerujesz po 40 km z plecakiem po nieprzespanej nocy, ścigasz się na bieganiu, na pływaniu, w robieniu pompek, kładziesz się w namiocie, a za 5 minut pobudka i nowe zadanie. I jeszcze to, że nie masz niczego, żadnych gadżetów - szczoteczka do zębów to radość. Łyżeczka do herbaty - radość. Karimata - radość. Podobno człowiek inaczej patrzy potem na swoje życie.
To już trzecie podejście Agaty. Musi ukończyć Selekcję, żeby udowodnić - sobie, ojczymowi - że jednak jest coś warta.

Dzieciństwo w warzywniaku

Pracuje od 11. roku życia. Mama wysyła ją po zakupy do warzywniaka, Agatka pyta właścicielkę budki, czy nie może pomóc. Może. Wpada po szkole, coś posprząta, poukłada, pojedzie z nią na targ - i dostaje warzywa do domu, parę groszy. Oddaje wszystko grzecznie rodzicom.
Rodzice piją. Latami bujają się między budowlanką, gastronomią i bezrobociem.
Niefartownie okazuje się, że Agata nieźle biega. Niećwiczona zajmuje piąte miejsce na 1,5 km w okręgowych zawodach w parku 3 Maja w Łodzi. Trenerka z AZS-u zaprasza ją na treningi, Agata biegnie w podskokach.
Potrenuje krótko - bo ojczym się dowie, że przestała chodzić do warzywniaka, tylko se lata. Do roboty!

Agata Matejczuk - jedna z dwóch pierwszych kobiet, które ukończyły SelekcjęArchiwum Agaty Matejczuk

Agata uczy się w zawodówce na kaletnika. Wychodzi o 5 rano - szkoła, praktyki, praca w warzywniaku. Jak wraca, to pada.
- Co, zmęczona jesteś? Za mało przyniosłaś, nierobie ty!
Nieraz chce wyjść z domu w cholerę, ale młodsza siostra ją prosi, żeby została. Ulega raz, drugi, aż po karczemnej awanturze pakuje książki i zeszyty do torby i idzie do swojej cioci. Dostanie u niej pokój, pracę w gastronomii. Na zmywaku pozna chłopaka, pół roku później zamieszkają razem, stworzą dobry dom bez picia i bicia, wezmą ślub, będą mieli dwójkę dzieci. Żeby udowodnić ojczymowi - tak to czuje Agata.

Dlatego zaocznie robi maturę. Zdaje na zaoczne studia prawnicze, przez dwa i pół roku jeździ do Wrocławia ale nie daje rady.
Dlatego chce zaliczyć Selekcję. Chodzi na siłownię, zapisuje się na tajski boks, trafia do grupy zawodniczej i zdobywa medale. Ale liczy się tylko Selekcja, bariera nie do pokonania, żadna dziewczyna wcześniej tego nie zrobiła. Co Agata może jeszcze zrobić, żeby się udało?
Przebiec maraton. W 2005 r. dwa tygodnie przed drugą edycją maratonu w Łodzi postanawia się zgłosić na bieg. Praktycznie bez treningu biegowego, ma tylko wytrzymałość wyrobioną na rowerze, którym wszędzie dojeżdża. Po trzydziestym kilometrze męczy się strasznie, więcej idzie z jakimś biegaczem (Grzegorz, zapoznają się) niż biegnie, kończy w 4:23.
Trzy miesiące później zalicza Selekcję - razem z Olą z Warszawy. Dwie pierwsze dziewczyny w historii programu. I wtedy zaczyna się liczyć tylko bieganie. Żeby udowodnić.

Agata Matejczuk - jedna z dwóch pierwszych kobiet, które ukończyły SelekcjęArchiwum Agaty Matejczuk

Podbiegi przy autostradzie

Z domu w Różycach do pracy - w fast foodzie przy autostradzie nieopodal Łodzi - ma 5 km. Czasem przyjeżdża na rowerze, ale częściej przybiega, bo to najlepsza pora na trening. Jest teraz sama z dwójką dzieci, bo mąż ma przeszkolenie na żołnierza zawodowego, od poniedziałku do piątku jest w koszarach. Starszy syn już w szkole, młodszego Agata bierze czasem na barana i truchta z nim do przedszkola (3,5 km siły biegowej).

Podbiegi robi na schodach przy wyjściu ewakuacyjnym z autostrady. Szybkie interwały - na awaryjnej drodze zjazdowej z autostrady, tam jest równy asfalt i nic nie jeździ. Długie wybiegania - najlepiej jeśli ma dwunastogodzinną zmianę od 5 do 17, wtedy bez problemu robi długie wybieganie po pracy, a z dziećmi posiedzi sąsiadka albo koleżanka. Agatę śmieszą ludzie, którzy idą do pracy na osiem godzin i potem mówią, że nie mają czasu na sport.

Mąż kiedyś się na nią złościł, że nie ma dla niego czasu przez bieganie. Agata mu się nawet nie dziwi, bo jak wracała wieczorem z pracy i szła na trening, to o 1 nocy zasypiała w wannie. Ale Jarek, który kiedyś jeździł dużo na rowerze, zaliczył triatlon olimpijski - i siłą rzeczy zaczął biegać. W zeszłym roku w półmaratonie w Płocku pobiegli razem - Agata miała czas 1:36 i była druga wśród kobiet, a Jarek był minutę za nią. Więc teraz kibicuje żonie.

Agata Matejczuk - jedna z dwóch pierwszych kobiet, które ukończyły SelekcjęArchiwum Agaty Matejczuk

Pod koniec marca Agata chciała wystartować w Półmaratonie Warszawskim, ale od 1 lutego opłata startowa wzrosła z 80 do 120 zł, a Agata dostaje pensję dopiero 10. Już zrezygnowała, ale organizatorzy dopuścili ją do startu za ulgową opłatą. Przed nią Bieg Rzeźnika (79 km w Bieszczadach), a potem 15 czerwca maraton w pobliskim Ozorkowie.
Z pieniędzmi jest krucho. W fast foodzie zarabia 1,2-1,3 tys. zł na rękę, dorabia odśnieżaniem dachu - zależnie od opadów to 350-500 zł miesięcznie. Na konieczne do tego szkolenie wysokościowe wysłało ją kierownictwo fast foodu, jest im wdzięczna. Mąż ma w tej chwili 750 zł żołdu. Na opłaty i podstawowe zakupy wystarcza.

Samochód mają przerobiony na gaz, żeby było taniej, ale teraz stoi bez przeglądu. To nie problem, bo Agata i tak nie ma prawa jazdy, mają jeden sprawny rower, a jak mąż przyjeżdża na weekendy, to przybiega do domu z dworca w Łęczycy. Do szczęścia brakuje jej tylko zegarka biegowego - poprzedni się rozbił.

Agata Matejczuk - jedna z dwóch pierwszych kobiet, które ukończyły SelekcjęArchiwum Agaty Matejczuk

Każdą wypłatę rozplanowuje, już tydzień wcześniej ma ułożoną listę zakupów. Ale przez dwa miesiące udało jej się odłożyć na buty do biegania, właśnie przyszły pocztą.
Poprzednie buty zmasakrowały jej stopy na jesiennym maratonie w Warszawie. Miała przebiec w 3:20, a wyszło tylko 3:27. Przetrenowała zimę i chciałaby teraz złamać trójkę. Marzy jej się bieg ultra, najlepiej około 300 km, bo setkę już przebiegła. I jeszcze duży bieg za granicą - ale to, jak mówi, za milion lat. Na razie cel to zbliżyć się do 3 godz. na Orlen Maratonie.

Agata: - Bieganie nie jest kosztowne. Można założyć poszyte dresy, stary polar, jakieś buty i wyjść na trening. Bieganie to czas dla mnie, ucieczka od problemów. Mogę wszystko przemyśleć, jak mam w grafiku 12 godzin, to co zrobię z dziećmi po przedszkolu i po świetlicy? Albo że ktoś siedzi w domu, a ja tutaj biegnę. Albo że jak nie zrobię tego treningu, to jestem do niczego.

Tekst: Wojtek Staszewski