Piotr Kędzia, łodzianin, wygrał z Usainem Boltem: "Wątła wieża, taki szczuplaczek..." [WYWIAD+WIDEO]

- W Kingston na mistrzostwach świata juniorów w 2002 roku Usain Bolt miał 16 lat, ale już wtedy był królem - mówi o rywalizacji z najlepszym sprinterem świata Piotr Kędzia, były zawodnik AZS Łódź i dwukrotny olimpijczyk z Aten i Pekinu.
Rozmowa z Piotrem Kędzią, byłym lekkoatletą, trenerem personalnym i asystentem na Uniwersytecie Łódzkim

Damian Bąbol: Byłeś szybszy od Usaina Bolta. Jak tego dokonałeś?

Piotr Kędzia: Stare czasy. Rok 2001. Mistrzostwa świata juniorów młodszych w Debreczynie. Rywalizowaliśmy w sztafecie szwedzkiej [100 + 200 + 300 + 400 m - przyp. red.]. Z Usainem wygrałem trzecią zmianę na dystansie 300 metrów. Zdobyliśmy złoty medal. Przy okazji ustanowiliśmy rekord świata [1:50.46], który dopiero w 2009 roku został pobity przez Amerykanów.

Kiedy walczyłeś z nim ramię w ramię - przeszło ci przez myśl - że obok ciebie przebiera nogami przyszły heros lekkiej atletyki?

- Oczywiście, że nie. W czasie biegu myślałem tylko o tym, aby jak najszybciej dobiec do mety. Dopiero po latach, kiedy Bolt stał się światową gwiazdą, przypomniało mi się, że z nim walczyłem. Teraz ten wygrany pojedynek jest dla mnie świetną pamiątką i obowiązkową anegdotą w rozmowie ze znajomymi. Od tamtego czasu Bolt dokonał niesamowitego postępu. Jest najlepszym sprinterem świata, a kto wie, czy nie najwybitniejszym w historii. W tamtych latach młodzieżową gwiazdą był jednak Darrel Brown z Trynidadu i Tobago. To on wyrastał na prawdziwego giganta. W Debreczynie wygrał rywalizację na 100 m z fantastycznym czasem 10.31 s. Brown biegał pięknie i z wielką przyjemnością patrzyliśmy, jak leniwie stawia kroki. Nie miał sobie równych. Razem z innymi kadrowiczami byliśmy przekonani, że patrzymy na megagwiazdę. Brown zdobył później jeszcze kilka medali na światowych imprezach, ale o tym mało kto pamięta. Teraz to Bolt jest na szczycie.

Na nagraniu z finału sztafety w Debreczynie 15-letni Bolt był słaby technicznie, miał problemy z koordynacją, a na ostatnich metrach, kiedy oddawał pałeczkę, aż cierpiał ze zmęczenia.

- Widać było, że ma za sobą krótki staż treningowy. Wątła wieża, taki szczuplaczek. Miał spore problemy z wykorzystaniem swoich warunków fizycznych. Jego wysoki wzrost w początkowym etapie kariery bardzo mu przeszkadzał, nie mówiąc już o prawidłowej pracy ramion i nóg. Ale dzięki ciężkiej pracy osiągnął wspaniałe efekty. Teraz to prawdziwy sprinter z krwi i kości. Niesamowita dynamika i wzorcowa technika biegu to jego największe atuty.

Zdarzyło ci się później z nim rywalizować?

- Do takiego pojedynku jak w Debreczynie już nigdy nie doszło. Rok później na mistrzostwach świata juniorów w Kingston ścigaliśmy się w sztafecie, ale już na innych zmianach. Bolt ze swoją drużyną był drugi, my zajęliśmy czwarte miejsce. W dodatku zdobył złoty medal na 200 metrów. Już wtedy osiągał świetne czasy, biegając grubo poniżej 21 sekund. Miał 16 lat, a już był królem. Jamajczycy szaleli na jego punkcie. Na trybunach kibice palili marihuanę i świętowali jego zwycięstwa. Dla nich liczył się tylko Bolt. Gdy startował, to wrzawa i doping były nieprawdopodobne. Istny szał! Nie wiem dokładnie, co krzyczeli, bo Jamajczycy mają specyficzny slang, ale jednym tchem, wręcz rykiem, nieśli go do mety. Na krótkich dystansach też natłukł sporo medali. Byłem świadkiem, jak ta legenda się rodziła.

Na kolejnych mistrzostwach też się z nim widziałeś?

- Nie. To jest bardzo ciekawe, bo... nagle zniknął. Przez dwa lata nie zobaczyłem go na żadnej większej imprezie. Nie wiem, co się z nim działo... Wrócił nagle, w czasie, kiedy sukcesy odnosił jego rodak Asafa Powell, a karierę kończył wielki mistrz - Amerykanin Maurice Greene [dwukrotny złoty medalista olimpijski na 100 m - przyp. red.].

Masz jakieś podejrzenia?

- O nic go nie posądzam. Może był kontuzjowany? Ale wiem po sobie, że jeśli sprinter długo leczy jakiś uraz, to później jest mu piekielnie trudno wrócić do wysokiej formy. Nie mamy żadnych dowodów. Wiem, że często - aż do przesady - jest poddawany kontrolom antydopingowym. Zatem może po prostu Bolt ciężko trenował na Jamajce.

W sierpniu wybuchła wielka afera. Okazało się, że czołowi światowi sprinterzy: Jamajka Sheron Simpson, jej rodak Asafa Powell i Amerykanin Tyson Gay, szprycowali się środkami dopingującymi. Wierzysz, że Bolt, człowiek, któremu pokonanie 100 metrów zajmuje mniej niż 9 sekund i 60 setnych, jest czysty? W ogóle jest sens emocjonować się ich rywalizacją?

- Dobre pytanie. W ostatnich latach daliśmy się pochłonąć "boltomanii". Dlatego chciałbym wierzyć, że jest czysty i rzeczywiście wyznacza granicę ludzkich możliwości, a nie jest eksperymentem farmakologii. Amerykanin Justin Gatlin, który w Moskwie przegrał tylko z Boltem, już dwa razy był karany za doping [wysoki poziom testosteronu]. Miał zostać dożywotnio zdyskwalifikowany, ale tak się nie stało, i jeszcze zadowolony ze srebrem wyleciał z Moskwy. Niesmak pozostaje. Takie sytuacje wypaczają sport i rodzą kolejne podejrzenia. U Bolta wyniki kontroli antydopingowych dają wyniki negatywne, ale jak przybiega za nim taki Gatlin, to od razu nasuwają się różne myśli. Wspomniałeś o Powellu, który w Polsce był bardzo lubiany. Przyjeżdżał do nas przecież na mityngi Pedros Cup. Miał świetny kontakt z polską publicznością, rozdawał mnóstwo autografów. Poza bieżnią był otwarty i towarzyski. Nie dawał po sobie odczuć, że jest gwiazdą. Był w porządku gościem, któremu bardzo kibicowałem. Aż tu nagle okazało się, że tak jak Lance Armstrong jest zwyczajnym oszustem.

Na Jamajczyków patrzy się teraz jak na potencjalnych koksiarzy?

- Pierwsze podejrzliwe głosy zaczęły się pojawiać po igrzyskach w Pekinie, gdzie Jamajczycy zaczęli dominować. Praktycznie robili, co chcieli. Melanie Walker nie potrafiła biegać przez płotki, a mimo to zdobyła złoty medal na 400 metrów przez płotki. Eksperci się dziwili i pytali "skąd ta szybkość, skąd te siły?". Sam się zastanawiam, z czego to się bierze. Może po prostu Jamajczycy odkryli jakąś nową, genialną teorię treningu?

Oglądałeś mistrzostwa świata w Moskwie. Jak oceniasz występ naszej reprezentacji? Trzy medale to dużo?

- Na tyle nas stać. Potwierdziło się to, w czym jesteśmy dobrzy, czyli w rzutach. Nieźle zaprezentowały się też nasze zawodniczki w skoku wzwyż. Dobrze spisał się Marcin Lewandowski, czwarty w finale na 800 metrów. Regułą staje się to, że w konkurencjach będących domeną białoskórych sportowców mamy coś do powiedzenia. Wygrać w sprincie z Jamajczykami czy Amerykanami to prawie tak jak trafić szóstkę w lotka. Wracając do występu Polaków, to przemiłą niespodzianką było złoto Pawła Fajdka w rzucie młotem. Wychodzi facet na finał i w pierwszej próbie ustawia konkurs, zapewniając sobie miejsce na najwyższym stopniu podium. To był naprawdę odważny występ bez kompleksów. Już na początku na jego twarzy rysowało się hasło "przyjechałem tu po swoje". Na wielkie brawa zasłużyli również Piotrek Małachowski [drugi w rzucie dyskiem] oraz Anita Włodarczyk [srebrna medalistka w rzucie młotem]. Tomek Majewski, nasz złoty kulomiot, tym razem był szósty, ale kolejny raz udowodnił, że mimo problemów zdrowotnych to absolutna światowa czołówka.

Kilku naszych czołowych reprezentantów narzekało na kontuzje. To efekt pierwszego roku po igrzyskach, kiedy odzywają się dawne lub nowe urazy?

- Wiadomo, że najważniejsze są igrzyska, wobec których sportowcy potrafią wszystko podporządkować. Umówmy się - brązowy medal na igrzyskach jest o wiele cenniejszy niż złoty krążek na mistrzostwach świata. Najlepiej pokazuje to finał na 800 metrów mężczyzn. Zwyciężył Etiopczyk Mohammed Aman z czasem 1.43,31 s. To nie był nawet ósmy czas finału ubiegłorocznych igrzysk w Londynie.

Żadna z naszych czterech sztafet nie awansowała do finału.

- Rzeczywiście, to trochę przygnębiające. W kadrze brakuje gwiazd, liderów, którzy napędzaliby lepszy poziom. Objawieniem jest sprinter Karol Zalewski z AZS Olsztyn. To młodzieżowy mistrz Europy na 200 metrów i zawodnik mający bardzo duży potencjał. Widać, że w polskiej sztafecie 4 x 100 metrów zmiana pokoleniowa już się dokonała. Myślę, że przy odrobinie szczęścia ta sztafeta - z Karolem na czele - może sprawić niespodziankę.

Jeśli chodzi o męską sztafetę 4 x 400 metrów [odpadła w półfinale], to biegając na mistrzostwach świata 3.01,73, trudno o awans do finału [zwyciężyli Amerykanie z wynikiem 2.58,71]. Owszem, można liczyć na szczęście, ale jeżeli ktoś trenuje wyczynowo, to przede wszystkim musi polegać na swoich umiejętnościach. Obecnie, by nasza sztafeta liczyła się na dużych imprezach, musi osiągać czasy w granicach 3 minut, a nawet poniżej. W Pekinie w 2008 r. zajęliśmy siódme miejsce i już wtedy to był sygnał, że należy szukać zmian, by biegać szybciej. Przegraliśmy m.in. z Brytyjczykami, Belgami i Rosjanami. Czułem, że Europa zaczyna nam mocno uciekać. Jak na razie tej nowej jakości nie widać.

Trzy lata temu zakończyłeś karierę, ale nadal się ruszasz. Co tydzień spotykamy się w sobotnim biegu parkrun na 5 km w Parku im. ks. J. Poniatowskiego. Chyba polubiłeś tę imprezę...

- Sport będę uprawiał do końca życia. To część mnie. Parkrun to świetna sprawa. Na bieżąco można sprawdzać swoje postępy. Panuje tam świetna atmosfera. Ci, którzy chcą się ścigać, to się ścigają, a po biegu podają sobie ręce i dziękują za walkę. To też jest dobra okazja dla początkujących, którzy mogą rozpocząć przygodę z bieganiem. Przy okazji można się dowiedzieć wielu ciekawych informacji od bardziej doświadczonych zawodników. Spotykamy się nie tylko w soboty. Trenujemy też w czwartki o godz. 18.15 w Poniatowskim. Każdy może do nas dołączyć, to nic nie kosztuje. Zapewniam, że w grupie biega się przyjemniej. W parkrunie chciałbym złamać 18 minut, to mój cel.

Przez całą karierę ścigałeś się na krótkich dystansach, ale myślisz o występie w półmaratonie lub maratonie?

- Moją specjalnością były biegi sprinterskie. Natomiast od wczesnych lat szkolnych pasjonowały mnie biegi przełajowe i ta miłość nie zardzewiała. Na razie mój najdłuższy bieg to 12 km w Biegowej Bitwie o Łódź [z przeszkodami]. Myślę, że kiedyś wezmę udział w maratonie. Na razie to mój daleki cel. Póki co na taki dystans nie jestem przygotowany ani fizycznie, ani psychicznie. Trudno mi powiedzieć, jak wytrzymałbym tak długi bieg. Spokojnie podchodzę do maratonowej mody, jaka ogarnęła Polskę. Cieszę się jednak, że ludzie chcą biegać. Chociaż znam również wiele osób, które uprawiają wiele sportów, ale z dala od biegania. Może jest to jakiś uraz z lekcji WF? Większość osób do biegania się przekonuje. I to jest super.

Więcej o bieganiu czytaj na blogu Damian Bąbola Run Damian, run!

Skomentuj:
Piotr Kędzia, łodzianin, wygrał z Usainem Boltem: "Wątła wieża, taki szczuplaczek..." [WYWIAD+WIDEO]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX