Poznali się na bieżni, biegali maratony, teraz trenują amatorów: "Bieganie ma sprawiać frajdę!" [WYWIAD]

Przebiegnięcie maratonu chyba już trochę spowszedniało. W niektórych kręgach pochwalenie się pokonaniem 42 km raczej nie robi wrażenia. Ludzie zaczynają szukać nowych, ekstremalnych wyzwań - mówią Jacek i Joanna Chmiel, byli maratończycy, a obecnie biegowi trenerzy.

Rozmowa z Joanną i Jackiem Chmiel*

Damian Bąbol: Ile razy przebiegliście kulę ziemską?

Jacek Chmiel: Dwa razy. W nogach mamy ponad 80 tys. kilometrów. Był czas, kiedy w ciągu roku biegaliśmy 7,5 tys. kilometrów. Zawodowy maratończyk pokonuje właśnie od 7 do 9 tys. km rocznie. Są też tacy, którzy biegają po 10 tys. km.

Joanna Chmiel: - Sporo kobiet zalicza tygodniowo 200 km, a mężczyźni potrafią nawet trzaskać po 230 km. Mówimy oczywiście o maratończykach, którzy biegają w granicach 2 godzin i 15 minut.

W swoim mieszkaniu macie imponującą kolekcję pucharów. Półki aż się uginają.

Jacek: - Ta kolekcja ostatnio trochę się zmniejszyła. Niestety, kiedy zmienialiśmy meble większość pucharów się potłukła. 50 z nich poszło do kosza.

Joanna: - Chyba więcej...

Jacek: - Możliwe. Ponad sto sztuk mieliśmy w mieszkaniu.

Joanna: Gdzieś chyba 50 kolejnych trzymamy w piwnicy, reszta wylądowała na śmietniku. W pewnym momencie zaczynało już to brzydko wyglądać. Kiedyś wpadła do nas znajoma, taka starsza pani, złapała się ze za głowę i powiedziała: „O matko, tu jest jak w jakimś muzeum” (śmiech). Szkoda, że niektóre się zniszczyły. Były dla nas bardzo cenne.

Jacek: - Wiele imprez, w których Asia startowała już nie pamiętamy, ale wystarczy, że tylko spojrzę na tabliczki pucharów, które przetrwały i od razu przypominają mi się nawet najdrobniejsze szczegóły z zawodów.

Poznaliście się na bieżni. Jak długo jesteście razem?

Jacek: - Po ślubie już 15 lat. Rzeczywiście, połączyło nas bieganie, które zawsze było naszą wielką pasją. Zacząłem trenować Asię i tak to się wszystko zaczęło (śmiech).

Joanna: - Na początku nie ciągnęło mnie do tego sportu. Trenerzy prosili, abym trenowała, więc na niektórych zajęciach stawiałam się z grzeczności. Ale z czasem mi się spodobało, właśnie za sprawą Jacka. Najpierw startowałam na 200, 400, 800 i później 1500 metrów. O maratonie wtedy nie myślałam, byłam za młoda. W wieku 17 lat, jako juniorka młodsza, wygrałam mistrzostwo Łodzi w przełajach.

Jacek: - Później biegała coraz więcej aż w końcu zdecydowaliśmy się na maraton. Najpierw w 1992 r. w swoim debiucie w Warszawie zajęła drugie miejsce z czasem 3 godziny i 1 minuta i to bez większego przygotowania. Z kolei pierwszy raz razem pobiegliśmy w Luksemburgu w 1996 r. Dwa lata później triumfowała w Las Vegas. Była w wyśmienitej formie.

Była szansa na występ na igrzyskach olimpijskich w Sydney w 2000 r.?

Joanna: - To był mój cel. Wypełniłam minimum, ale... Szkoda gadać, niech Jacek ci wytłumaczy.

Jacek: - Dziwna sytuacja. Ciągle byłem odsyłany z Polskiego Związku Lekkiej Atletyki do Polskiego Komitetu Olimpijskiego i na odwrót. Znaleźliśmy nawet sponsora, który chciał opłacić podróż, ale PKOL nie wydał zgody na start. Ostatecznie do Australii pojechał tylko nasz jeden maratończyk, który nie ukończył biegu.

Pracujecie teraz jako trenerzy personalni. Na brak zajęć nie narzekacie, bo wciąż trwa moda na bieganie maratonów. Jesteście w stanie każdego przygotować do startu na 42,195 km?

Joanna: - Czasami kontaktują się z nami osoby, które w ogóle nie trenowały np. jeden pan, który był po odmie opłucnowej [choroba układu oddechowego] stwierdził, że chce przebiec maraton. Nie wysłaliśmy go do domu, ale małymi krokami staraliśmy się przygotować do tego wyzwania. Efektem półrocznego treningu było ukończenie maratonu z wynikiem 3:37. Zdarzają się osoby, którzy dotąd nic nie robiły, nagle się budzą i stawiają sobie za cel pokonanie maratonu w czasie 3:30. Powód? Bo kolega z pracy przebiegł go w 3:40. Najważniejsze, żeby wszystko robić z umiarem, a czasami właśnie tego zdrowego rozsądku brakuje. Potrzebny jest wtedy trener.

Jeden zawodnik po kilku treningach zapytał się, czy jest gotowy, aby przebiec dookoła Jeziorsko [zalew w województwie łódzkim], czyli około 60 km. Zdziwiłam się i zasugerowałam, że należy mierzyć siły na zamiary i powinien jeszcze trochę potrenować.

Jacek: - To nie koniec. Kiedy pierwszy raz stawił się na treningu, powiedział, że ma problemy ze stawami skokowymi i najlepiej mu się biega na boso. Ostatecznie wyszedł na zajęcia w czymś co przypominało „japonki”, ale z jakimś zapięciem przy pięcie. Pobiegał trochę i przez ból łydek odpuścił treningi na trzy tygodnie.

Znam kilku zwolenników biegania bez butów.

Jacek: - Gdyby rzeczywiście to była najlepsza i najzdrowsza metoda, to wszyscy trenowaliby na boso. Nasze stopy nie są przyzwyczajone do takich obciążeń. Odpowiedni but gwarantuje komfort biegania, proste.

Najdłuższy dystans, na którym rywalizowaliście to 42,195 km. Zdecydowalibyście się np. na start w ultramaratonie? Coraz więcej amatorów przerzuca się właśnie na biegi na 100, a nawet 200 km.

Jacek: - Wszystko co wykracza ponad dystans maratoński graniczy z patologią dla organizmu. To nie jest naturalny wysiłek. Już sam maraton jest bardzo dużym wyzwaniem.

Joanna: - Najgorsze są te biegi 24 godzinne, w których pokonuje się nawet ponad 200 km. Kilka lat temu pomagaliśmy koledze na jednej z takich imprez w Katowicach. Powiedzieliśmy sobie - nigdy więcej.

Jacek: - Ja bym tego w ogóle zabronił. Estończyk, który miał godzinę do mety, dostał rozległego zawału serca. Niektórzy zawodnicy w trakcie biegu wyglądali jak trupy. Kładli się w zimnym namiocie, aby się zdrzemnąć, trzęśli się z zimna. Jeden facet ledwo utrzymywał się na nogach. Nie kumał co się do niego mówi, coś majaczył. Krzyczeliśmy, aby zszedł z trasy, ale nie posłuchał. Szedł dalej. Na pewno z promocją zdrowia to nie miało nic wspólnego.

Dlaczego ludzie doprowadzają się do takiego stanu?

Jacek: - Niektórzy amatorzy nie są zadowoleni ze swoich wyników w biegach na 10 km, półmaratonach i maratonach. Wtedy szukają sobie innych, niszowych zawodów, często ekstremalnie trudnych i chcą w nich zaistnieć.

Joanna: - Wydaję mi się, że przebiegnięcie maratonu już trochę spowszedniało. W niektórych kręgach pochwalenie się pokonaniem 42 km raczej nie robi wrażenia. Ludzie zaczynają szukać nowych i ekstremalnych wyzwań.

Jacek: - Najważniejsze, żeby bieganie sprawiało nam przyjemność. Katowanie organizmu, ciągła walka z bólem, to wszystko mija się z celem.

Rozmawiał Damian Bąbol

* Joanna Chmiel, była zawodniczka Tęczy, ŁKS i Arturówka Łódź. Mistrzyni i wicemistrzyni Polski w biegu na 42,195 km. Triumfatorka wielu maratonów m.in. w Lozannie i Las Vegas. Obecnie trenerka personalna i opiekunka drużyny średniozaawansowanej Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie

*Jacek Chmiel, trener lekkoatletyki, wychowawca wielu medalistów mistrzostw Polski. Obecnie trener zawodników zaawansowanych drużyny Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie, dyrektor sportowy Biegu ulicą Piotrkowską Rossmann Run.

Skomentuj:
Poznali się na bieżni, biegali maratony, teraz trenują amatorów: "Bieganie ma sprawiać frajdę!" [WYWIAD]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX