Bez butów mogę biegać, bez... kontrabasu grać już nie [WYWIAD]

Lubię biegać i wyobrażać sobie, że jestem jak Indianie Tarahumara czy Buszmeni. Czuję jak przenoszę się w czasie i pędzę razem z plemieniem nomadów. Dla mnie bieganie to wspólnota, uczucie bycia razem w dążeniu do tego samego celu. Mam grono przyjaciół biegowych z niesamowitym zapałem do pokonywania własnych ograniczeń. I to chyba jednak oni inspirują mnie najbardziej - mówi Norbert ?Norbullo? Kubacz, kontrabasista, muzyk wielu formacji i zapalony biegacz.

a

Biegowe ciekawostki, porady i newsy. Śledź nas na Facebooku i Twitterze @PolskaBiega

Pierwszy raz Norbulla zobaczyłem w grudniu zeszłego roku, podczas jednego z pierwszych biegów w ramach ostatniej edycji Falenickich Biegów Górskich. Zdecydowanie wybijał się wtedy z tłumu już na starcie - przyciągał uwagę przede wszystkim nietypowym strojem jak na XXI-wiecznego biegacza. Ubrany był w grubą wełnianą czapkę, zwykłą bluzę, szerokie spodnie "szelesty" i tylko na nogach miał coś, co przypominało profesjonalne buty, w jakich biega dziś większość amatorów. Jednym słowem stara szkoła w pełnej krasie!

Wyróżniała go również efektowna broda i serdeczny, szczery uśmiech, pełny pozytywnej energii. Już wtedy pomyślałem, że musi być naprawdę równym gościem. Jak się później okazało, Norbullo jest nie tylko równym gościem, ale i świetnym biegaczem. Do dziś pamiętam świst wiatru, gdy wyprzedzał mnie na końcówce tamtego wyścigu sadząc na swoich długich nogach susy jak gazela, wybijając się wysoko ponad falenicką ścieżkę i mijając nie tylko mnie, ale i wszystkich innych, którzy znaleźli się w tamtej chwili na jego drodze.

Norbert Fot. hellozdrowie.pl/mieszka.com/maratonczyk.pl

Przez następne tygodnie regularnie widywaliśmy się w Falenicy, aż w końcu, w pewien mroźny dzień przybiliśmy zapoznawczą piątkę. Już krótka wymiana zdań z Norbullem pozwoliła mi zdać sobie sprawę, że oto mam przed sobą niezwykłą osobę, pełną optymizmu i niewymuszonej pasji. Wtedy nie znałem jeszcze jego imienia, ale po oszronionej brodzie, numerze startowym i zdjęciu na portalu maratończyk.pl doszedłem, że Norbullo tak naprawdę nazywa się Norbert Kubacz, jest profesjonalnym muzykiem, a hobbystycznie zgłębia tajniki tzw. biegania naturalnego. A czym jest bieganie naturalne? Tego i wielu innych rzeczy dowiecie się z poniższej rozmowy z najbardziej zabieganym muzykiem nad Wisłą - Norbullo Kontrabaczem.

Mikołaj Kowalski-Barysznikow, biegajsercem.blogspot.com: Norbullo, od czego zaczynasz dzień? Od próby czy od treningu?

Norbert „Norbullo” Kubacz: Przede wszystkim od sprawnego truchtu do toalety (śmiech). A tak na poważnie, to biegam przeważnie rano, a próby mam później. Lubię zacząć dzień od treningu. Ciało lepiej się potem spisuje. Choć i wieczorami zdarza mi się pobiegać z jakimś znajomym, czasem kogoś trenuję.

No właśnie, na swoim profilu na Facebooku przedstawiasz się jako trener biegania naturalnego. Jak nim zostałeś? Potrzebny był jakiś egzamin?

- Egzaminu formalnego nie mam, za to na co dzień egzaminują mnie ludzie, którym pomagam trenować, i to oni wystawiają mi ocenę. A zatem moje trenerstwo wykluło się w sposób, można powiedzieć naturalny (śmiech).

Już kiedy trenowałem sztuki walki, znajomi radzili się mnie w kwestiach ćwiczeń i treningu. Jeszcze będąc nastolatkiem prowadziłem nieformalną, amatorską szkółkę obrony dla koleżanek i kolegów. Miałem zapał do sportu. Od dziecka bardzo dużo biegałem i byłem sprawny. Byłem dzieciakiem jak Forrest Gump, gdy gdzieś szedłem to biegłem. Moje pełne pasji podejście do trenowania wkręcało znajomych i z czasem oni też zaczynali woleć to niż na przykład nudzić się siedząc na ławce. To czego nauczyłem się sam, przekazywałem dalej i to była fajna zajawka dla nas wszystkich. Ja miałem kompanów do treningów, a oni trenera na miejscu i alternatywny sposób na spędzanie czasu. Potem to się urwało, bo zaczęła się dorosłość, niektórzy powyjeżdżali za granicę do pracy, poszli na studia, wyprowadzili się. Ja poświęciłem się muzykowaniu bez reszty. Sport w moim życiu zepchnąłem do katakumb przeszłości i traktowałem go już tylko jak gimnastykę poranną utrzymującą ciało w jako takiej kondycji. Do aktywności zacząłem wracać bardzo pomału i chyba nieświadomie. Gdy dziewięć lat temu urodził się mój syn Felix, dużo z nim spacerowałem i w trakcie tych wędrówek zacząłem biegać z wózkiem. Podbiegi Agrykolą pchając wózek to był dobry wstęp do biegów górskich (śmiech). Ostatecznie, zacząłem uprawiać bieganie na poważnie jakieś pięć lat temu. Historia zatoczyła więc koło, a ja znów zacząłem prowadzić treningi.

Jakbyś siebie nazwał: jesteś biegającym muzykiem czy raczej muzykującym biegaczem?

- Jestem biegającym muzykiem. Obie te aktywności zespalają się u mnie w jedną pasję. Gdy biegam, gra mi w głowie muzyka, a kiedy gram muzykę, czuję jakbym był w biegu. Uprawiam bieganie i muzykę w formule długodystansowej. Często z muzykami gramy po kilka godzin i jest to bardzo podobny trans jak przy długich biegach, które kocham najbardziej. Powołałem z ulubionymi muzykami formację BIEGLI i razem wykonujemy kawałki inspirowane bieganiem i jesteśmy w trakcie przygotowywania pierwszej płyty.

Reszta zespołu też biega?

- Bardziej spacerują. Perkusista Dodos gra w piłkę kopaną, za to wszyscy razem czasem gramy w „zośkę”.

Powszechnie uważa się, że ulubionym "izotonikiem" muzyków jest whisky, a przynajmniej zimne piwo, za to Ty wolisz wodę z miodem i cytryną. Dlaczego się wyłamujesz?

- Piwo lubię. To na mecie Biegu Rzeźnika było naprawdę zacne (śmiech). „Izotoniki” muzyków do biegania się nie nadają. Co prawda zdarzało mi się wracać biegiem z klubu w nocy "na bani" i chociaż dobrze mi się biegło, to na jakiś szybki i długi bieg bym się w tym stanie nie zdecydował. Dobra woda z miodem i cytryną ma dla mnie najlepszą wartość nawadniającą i - co ważne - jest dobra w smaku, a więc działa też jak nagroda.

Oprócz tego, że jesteś muzykiem, wyróżnia Cię też to, że znalazłeś sobie w biegowym świecie niszę - bieganie naturalne. Jak to się zaczęło?

- Bieganie „naturalne” było u mnie prostą konsekwencją tego, że wcześniej uprawiałem kick-boxing oraz kilka innych sztuk walki, gdzie trenuje się boso. Na dodatek w tych dyscyplinach poruszasz się na śródstopiu, a to jest jedna z głównych cech naturalnego biegania. Kiedy pewnego dnia wpadła mi w ręce książka „Urodzeni Biegacze”, uświadomiłem sobie, że jestem orędownikiem właśnie tej sztuki poruszania się w biegu i wszystko zaczęło się układać w zgrabny i logiczny puzzel.

Biegasz na bosaka, w sandałach huaraches albo w płaskich butach bez żadnej amortyzacji nawet po miejskich chodnikach. Nie boisz się o stopy?

- Na bosaka biegam tylko w naturze. Po chodnikach w mieście raczej w butach tzw. minimalistycznych. Przy technice biegu jaką stosuję, od amortyzacji jest mój aparat ruchu, a nie gruba podeszwa. Podeszwa buta przydaje się tylko do tego, że gdy wyląduję na czymś ostrym, to się nie skaleczę. No i buty bez amortyzacji są lekkie, co też ma znaczenie.

Łatwo to mówić komuś, kto jest tak szczupły jak Ty. A co jeśli biegać naturalnie zapragnie ktoś znacznie większy i cięższy?

- Nie rozumiem dlaczego technika biegania delikatnego i uważnego miałaby być niestosowna dla osoby większej. Przy większej masie zła technika zrobi jeszcze większe spustoszenie w kościach. Oprócz złej techniki czy urazów spowodowanymi wypadkami, ludzie mają głównie problem z kontuzjami przez narzucenie sobie za dużej objętości treningowej. Mówiąc krótko: biegają za dużo albo za szybko. Chcą od razu przebiec maraton.

Na co trzeba uważać najbardziej przy przejściu na minimalistyczną stronę mocy?

- Przy przejściu na technikę biegania ze śródstopia zazwyczaj pojawia się ból zmęczeniowy w łydkach, ponieważ one przy tej technice mocno pracują. Na początku trzeba więc trenować w małych dawkach, żeby nie nabawić się kontuzji. Inaczej ból może być naprawdę nieznośny.

Oprócz naturalnego biegania mocno promujesz również zdrową dietę, najlepiej opartą na lokalnych produktach. Skąd w Tobie taka pasja?

- Pasję zdrowego odżywiania mam po ojcu, który odkąd pamiętam prowadzał mnie po bazarach w poszukiwaniu nieprzetworzonej żywności. Trochę pojeździłem też po świecie i wszędzie tam gdzie było lokalne jedzenie, smakowało mi najbardziej. Ostatnio na Mazurach siedząc nad jeziorem, jedliśmy z przyjaciółmi rybę wędzoną  z bułką i ogórkiem małosolnym i było to danie idealne, którego nie wyczaruje najlepsza nawet restauracja. Poza tym w domu to ja gotuję, a skoro od jedzenia zależy, jak mi się potem biega i ma to znaczenie dla zdrowia moich bliskich, to nie rozumiem jak można działać inaczej. W końcu „jesteś tym co jesz”!

Jednocześnie ważny jest też dla mnie aspekt społeczny, czyli wspieranie lokalnej produkcji.

Podobno na biegach nie używasz żeli energetycznych, pijesz izotoniki własnej produkcji, a i większość przekąsek przygotowujesz samodzielnie. Rozumiem, że punkty żywieniowe omijasz szerokim łukiem?

- Żele energetyczne nie działają na mnie dobrze, więc ich nie używam. Robiłem porównanie, jak się czuję, jaki to ma efekt i wyszło mi, że wolę jednak bardziej naturalne doładowanie mocy. Punkty żywieniowe czasem oferują bardzo dobre jedzenie, więc ich nie omijam. Pamiętam, że na przykład na Maratonie Gór Stołowych były orzeszki, ciasteczka i duży wybór różnych owoców.

Stawiam dolary przeciw złotówkom, że największą inspiracją są dla Ciebie słynni amerykańscy ultramaratończycy: Scott Jurek (autor bestsellerowej książki "Jedz i Biegaj") i Anton Krupicka (najbardziej znany biegacz naturalny). Mam rację?

- Jurek, Krupicka czy np. Kilian Jornet to fantastyczni zawodnicy i przez swoje osiągnięcia są oczywiście bardzo inspirujący ale i na naszym biegowym poletku jest wielu ciekawych biegaczy. Jednak w tym wszystkim głównie inspiruje mnie samo bieganie, rozumiane jako taka atawistyczna umiejętność, którą zaczęliśmy zatracać. Lubię biegać i wyobrażać sobie, że jestem jak Indianie Tarahumara czy Buszmeni. Czuję jak przenoszę się w czasie i pędzę razem z plemieniem nomadów. Dla mnie bieganie to wspólnota, uczucie bycia razem w dążeniu do tego samego celu. Mam grono przyjaciół biegowych z niesamowitym zapałem do pokonywania własnych ograniczeń. I to chyba jednak oni inspirują mnie najbardziej.

aFot. fot.festiwalwujek.blogspot.com

Co daje Ci bieganie, czego nie dawała muzyka?

- Bieganie daje mi świadomość, że mogę osiągnąć to co chcę, bo skoro dałem radę przebiec maraton, to wszystko inne też mogę zrobić.

Gdybyś miał wyruszyć w podróż i zabrać ze sobą tylko jedną rzecz, byłby to kontrabas czy jednak para ulubionych butów?

- Kontrabas. Bez butów mogę biegać, bez kontrabasu grać już nie...

Jest jakieś miejsce na świecie, w którym szczególnie chciałbyś się sprawdzić?

- Na pewno chciałbym przebiec Ultramaraton u Indian Tarahumara.

A zdarza Ci się słuchać w biegu muzyki?

- Zdarza mi się, ale tylko w mieście. Gdy biegam w lesie, wolę słuchać ptaków, żab i swoich własnych kroków.

Rozmawiał Mikołaj Kowalski-Barysznikow, autor bloga biegajsercem.blogspot.com