Maratończyk Henryk Szost po nieudanych ME w Zurychu: "Nogi mi się ugięły, wylądowałem na ziemi. Włożyli mnie do karetki"

- Medal w Zurychu był moim marzeniem, snem. Niestety, nie spełnionym. Dwie anginy i mocne antybiotyki pokonały mój organizm - napisał na swoim profilu na Facebooku Henryk Szost, mistrz Polski i rekordzista kraju w maratonie.

a

Biegowe ciekawostki, porady i newsy. Śledź nas na Facebooku i Twitterze @PolskaBiega

Henryk Szost, jeden z najlepszych europejskich maratończyków, w Szwajcarii był typowany na jednego z głównych faworytów do zdobycia medalu. W tym roku 32-letni biegacz z Krynicy m.in. zajął trzecie miejsce w Orlen Warsaw Marathon ze świetnym czasem 2:08:55. - To dobry prognostyk przed mistrzostwami Europy w Zurychu - mówił na mecie warszawskiego maratonu.

Czytaj też: Kryzys Marcina Chabowskiego. "Chcesz biec szybciej, ale nogi i ręce zalane są ołowiem"

Niestety, Szost nie ukończył rywalizacji w prestiżowej imprezie. Z powodu problemów zdrowotnych na 31. km opuścił trasę. Konieczna była interwencja lekarzy. W środę na swoim Facebooku napisał o problemach, które zaczęły się podczas przygotowań i jak doszło do wycofania się z wyścigu.

„Czas na krótkie podsumowanie moich przygotowań i startu na ME . Nie chciałem się rozpisywać i tłumaczyć zaraz po starcie, chyba żaden zawodnik który poniósł dotkliwą porażkę nie jest w stanie od razu o niej mówić. Medal w Zurychu był moim marzeniem, snem. Niestety, nie spełnionym. Bardzo cieszę się, że medal zdobył Yared Shegumo. To mądry i potrafiący ocenić sytuację zawodnik. Żałuję, że nie zdobyliśmy medalu drużynowego. Gdyby wszystkim udało się dobiec, to byłaby to formalność. Niestety, od początku przygotowań było coś nie tak z moim organizmem. Mimo że wykonałem super robotę, to jednak dwie anginy i mocne antybiotyki pokonały mój organizm. Pierwszy raz zachorowałem na obozie w Szklarskiej Porębie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przechodził tak ciężką anginę. Kilka dni gorączki, dwa bardzo mocne antybiotyki (...)

Po powrocie z drugiego obozu w St. Moritz wyszedłem na popołudniowy trening i wszystko było dobrze. Rano obudziłem się z lekkim bólem gardła. Myślałem, że to powód zmiany klimatu. Tym bardziej że anginę już przechodziłem kilka tygodni wcześniej. Niestety, wieczorem było już tylko gorzej. Gorączka i nawrót choroby dwa tygodnie przed startem. Przez pięć dni brałem mocny antybiotyk. Gorączkę udało się zbić. Na dziewięć dni do startu byłem znowu na nogach. Przebiegłem 30 km w tempie 3.28/km. (...) Wielokrotnie startowałem z urazami i lekkimi kontuzjami. Zawsze udawało się mi połamać 2 godziny i 10 minut. Nigdy jednak nie próbowałem tego wariantu po antybiotyku. (...) Po drodze przyplątał się dodatkowy uraz. Mocne obicie kości piszczelowej i krwiak. Pomyślałem, że jeżeli choroba mnie nie zatrzymała, to jakieś obicie też tego nie zrobi. Byłem bardzo zdeterminowany. Myślałem tylko o starcie i o medalu.

W dniu maratonu wszystko było dobrze. Ból nogi był do przyjęcia, pogoda dobra i oczywiście bojowe nastawienie. Taktyka była taka, że biegnę jak najdłużej w pierwszej grupie i na około 30. km ruszam do boju . Niestety, już na 5. km poczułem mocny ból wątroby. To był szok. Nigdy jeszcze na maratonie nie bolała mnie wątroba. Na 7. km nogi zrobiły się ciężkie. Myślałem, że to lekki kryzys, ale niestety nie mijał. Tempo biegu nie było mocne. Zazwyczaj maratony biegnę ze średnią prędkością 3.02-3/km i nie robi to na mnie wrażenia. Tu problemy były już na 10. km. Nie mogłem utrzymać grupy. Ból w okolicy wątroby i ciężkie nogi nie chciały iść. Na 15. km uświadomiłem sobie, że ten kryzys nie minie i postanowiłem skupić się na biegu dla drużyny, ale nawet to nie było możliwe. Na 31. km kiedy chciałem się napić na punkcie, nogi mi się ugięły i wylądowałem na ziemi. Potem pamiętam już tylko, że trenerzy próbowali mi pomóc i włożyli mnie do karetki (...)”

Głosuj na naszego dziennikarza Damiana Bąbola w plebiscycie "Biegowy Dziennikarz Roku". Wyślij SMS o treści MEDIA.5 (60 gr brutto) na numer 70120 i wysyłając e-mail poprzez formularz znajdujący się TUTAJ

a