Samotność Karoliny Jarzyńskiej: Czasami boję się treningów [WYWIAD]

Coraz mniej wychwytuję przyjemności z tego sportu. Wy, którzy robicie to dla rekreacji, macie tę przyjemność i to dla mnie jest fascynujące. Ja nie poznałam biegania na poziomie amatorskim - mówi Karolina Jarzyńska, rekordzistka Polski w biegu na 10 km i półmaratonie.

ff

Biegowe ciekawostki, porady i newsy. Śledź nas na Facebooku i Twitterze @PolskaBiega

Rozmowa z Karoliną Jarzyńską

Damian Bąbol: Myślisz, że niedawne sukcesy wicemistrza Europy w maratonie Yareda Shegumo czy rekordzisty Polski Henryka Szosta spopularyzują profesjonalne bieganie?

Karolina Jarzyńska: Będzie trudno. Młodzi ludzie chcą dziś osiągać sukcesy natychmiast, a maraton to ciężka wieloletnia praca. Gdy przyjrzymy się wynikom w biegach długich - w kategoriach młodzieżowych - w Polsce, to okazuje się, że nie mamy wielkiego zaplecza. Te wyniki, poza jakimiś wyjątkami, zdecydowanie odbiegają od rezultatów moich rówieśniczek sprzed kilkunastu lat. Martwi mnie, że mimo trwającego boomu na bieganie, za jakiś czas możemy nie mieć większych sukcesów i zabraknie zawodników na wysokim poziomie. Młodym ludziom się nie chce.

A może po prostu wybieramy bieganie rekreacyjne? W Narodowym Spisie Biegaczy, w którym wzięło udział ponad 60 tys. osób, 21 proc. z nich to osoby w wieku 15-24 lat.

- Rośnie świadomość, że warto biegać dla zdrowia. Jestem pełna podziwu dla amatorów, którzy potrafią się odpowiednio przygotować do maratonów. Przecież na co dzień chodzą do pracy, wychowują dzieci, a mimo to znajdują czas na treningi. Ja czas mam, mój dzień jest bardzo poukładany, ale zmierzam do tego, że już mało kto w tym sporcie potrafi postawić życie na jednej szali. Ja tak zrobiłam

Marzyłaś o sukcesie w ostatnich mistrzostwach Europy, a skończyło się na 13. miejscu w biegu na 10 km. Po zawodach byłaś załamana.

- Po wbiegnięciu na metę chciało mi się płakać. Znów zaczęłam myśleć, że nie nadaję się do biegania, że wszyscy uznają, że pojechałam do Zurychu na wycieczkę. Ale gdy ochłonęłam, odezwała się moja silniejsza strona. Tłumaczyłam sobie, że nie pojechałam tam na kredyt, tylko sama wywalczyłam sobie ten start.

Może trzeba było postawić nie na 10 km, a na dystans maratoński?

- W tym roku musiałam szykować formę najpierw na styczniowy maraton w Osace, później na kwietniowy w Łodzi, w końcu - trzeci raz - by wywalczyć minimum na mistrzostwa Europy. Psychicznie, mentalnie, nie byłabym w stanie znieść przygotowań do kolejnego maratonu. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak wielkie obciążenia za tym się kryją.

Jakie?

- Gdy upływają kolejne tygodnie w ostrym reżimie, w pewnym momencie człowiek ma naprawdę dość. W ostatnim i najmocniejszym etapie przygotowań do maratonu zaczynam wręcz bać się treningów. Szczególnie źle czuję się przed mocną jednostką. Myślę sobie: „Kurcze, jak bym chciała być już w domu, a muszę jeszcze zrobić 25 powtórzeń po 400 metrów...”. To nie jest zmęczenie fizyczne, to dzieje się w głowie.

A pomaga ci, że od kilku lat wyjeżdżasz na kilkumiesięczne przygotowania do Kolorado?

- Nie lubię trenować w grupie, więc jestem tam zupełnie sama. Trener dojeżdża dopiero w końcowym etapie przygotowań do maratonu, gdy treningi wkraczają na najwyższy poziom i potrzebuję wsparcia drugiej osoby. Trenuję w Alamosie na wysokości 2300 m. n.p.m. Mała mieścina, żaden kurort. Wynajmuję skromny apartamencik w typowym amerykańskim motelu. Sielanką bym tego nie nazwała. Zdarza się, że wieczorami podjeżdżają radiowozy na sygnale, bo na dole ktoś się szarpie. Jeżdżę tam od 2008 r. i tak żyję sobie w tym świecie. Wstaję rano, jem śniadanie, wychodzę na trening. Wracam, jem obiad, idę spać na trzy godziny lub dłużej. Można powiedzieć, że przesypiam i przebiegam życie (śmiech). Potem kolejny trening, już nieco lżejszy, ale czasami i tak trudno się zmobilizować do wyjścia. Po powrocie kolacja i znowu do łóżka. W zasadzie nic innego się nie dzieje. Samotność i monotonia. Kontakt ze światem jakiś tam mam, muszę czasem odpisać na maila. Ale to jest totalne odizolowanie, którego tak naprawdę potrzebuję. Raz był wyjątek. Przed igrzyskami w Londynie przez trzy tygodnie mieszkałam w normalnym, a raczej luksusowym hotelu w St. Moritz. Warunki były super, ale ja miałam dziwne poczucie marnotrawstwa.

A co ze świętami?

- Na wszelki wypadek uprzedzam bliskich, żeby nie dzwonili i nie pisali do mnie w tym okresie. Po co mają przypominać? Mam swój rytm treningowy i się go trzymam. Jeśli ktoś mi nie powie, że dziś jest 24 grudnia, to nawet tego nie zauważę. Raz trener zadzwonił i powiedział: „Karolina weź tam sobie zorganizuj coś wyjątkowego, bo dziś Wigilia”, a ja nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Staram nie wprowadzać się w świąteczny klimat, bo to mogłoby boleć. A tak w Wigilię robię normalne dwa treningi i ten dzień wygląda tak samo, jak poprzedni.

Ile cię kosztuje czteromiesięczny pobyt w Kolorado?

- Około 50 tys. zł. Ktoś powie, że stać mnie, bo zarobiłam pieniądze za zwycięstwo w łódzkim maratonie [15 tys. dolarów - red]. Ale jeżeli policzę, ile w siebie zainwestowałam, to wyjdzie, że zostało mało, naprawdę bardzo mało.

W internecie przeczytałam opinię jednego trenera, że taka Jarzyńska ma dobrze, bo spędza pół roku na treningach w górach w Kolorado. I gdyby jego zawodniczka też mogła wyjechać, to również miałaby wyniki. Ale przecież każdy może wyjechać. Pytanie tylko, czy jest w stanie w siebie zainwestować i jednocześnie dużo zaryzykować. Pierwszy raz do Alamosy poleciałam z kartą kredytową. Zadłużyłam się. Zbliżał się termin spłaty, zrobiło się nerwowo, ale wygrałam kilka biegów i wszystko się zwróciło. Ale to była ryzykowna inwestycja, Nigdy nie wiesz, jak się potoczy maraton. Nie ukończysz biegu - pieniądze przepadną. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam i często wydawałam ostatnie pieniądze na przygotowania. Teraz mam łatwiej. Dwa lata temu kiedy wygrałam łódzki maraton, sponsor imprezy zaproponował mi współpracę. Teraz finansowo jestem zabezpieczona przez firmę ALE. Wiem, że jeżeli nie zarobię, lub przytrafi mi się kontuzja, będę miała z czego żyć.

Trochę smutny obraz biegaczki wyłania się z tego, co mówisz.

- Nie chcę z siebie robić męczennika polskiego sportu, bo sama wybrałam takie życie. Pochodzę z małej miejscowości [Oleśnicy], studiowałam na AWF we Wrocławiu. Praktycznie nie miałam żadnych perspektyw. Dziewczyna z wioski, rodzice z klasy robotniczej, a ja dzięki bieganiu zwiedziłam cały świat. Nauczyłam się angielskiego, mam podpisany kontrakt z firmą sportową. To nie jest smutne życie. Oczywiście są chwile słabości i zwątpienia, ale kto ich nie ma?

Czasami, jak po Zurychu, przychodzą myśli, żeby to wszystko rzucić. I wtedy łapię się na tym, że przecież... nic innego nie potrafię robić. To przykre, tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, iż moja kariera nie potrwa już długo. Ta świadomość do mnie dociera. Próbuję sobie jakoś ułożyć scenariusz życia po zawodowym sporcie, w którym wciąż mi brakuje wielkiego sukcesu.

Brakuje sukcesu? Rekord polski na 10 km, rekord Polski w półmaratonie.

- Jasne, te wyniki zapiszą się w historii polskiej lekkiej atletyki, ale sukces na mistrzostwach to jednak coś innego. A mi na nich po prostu nie idzie. Jestem rekordzistką Polski... fajna sprawa, ale pamiętam też to, co się ze mną działo w Zurychu. Na tle całej reprezentacji, dla której to była bardzo udana impreza, czułam się nikim.

Cały czas mam chęci, ambicje i tego mi nie zabraknie. Nie zwątpiłam w swój rozwój. Ale jak podsumuję siebie, to wychodzi mi: 36. miejsce na igrzyskach olimpijskich, 13. na mistrzostwach Europy, 15. na mistrzostwach świata. Może przesadzam, ale to dla mnie niewiele znaczy.

Wybrałaś dyscyplina, w której konkurencja jest piekielnie mocna.

- Czasami odnoszę wrażenie, że niektóre zawodniczki wyrastają spod ziemi. Dosłownie. Nagle przyjeżdża nieznana Kenijka czy Etiopka, o której nikt wcześniej nie słyszał i wygrywa w cuglach, a później słuch po niej ginie. Taka specyfika tego sportu.

Henryk Szost powiedział mi kiedyś, że nie żyje samym bieganiem, bo dla niego to chore podejście.

- Tak się ułożyła moja kariera, że nie poznałam biegania na poziomie amatorskim. Treningi rozpoczęłam w wieku 17 lat i od razu zaczęłam się ścigać. Zabawy było niewiele. Zawsze towarzyszyła mi presja jakiegoś wyniku. Wy, którzy robicie to rekreacyjnie macie tę radość i jest fascynujące. Ja z tego sportu wychwytuję coraz mniej przyjemności.

A może po zakończeniu kariery zostaniesz trenerką?

- Mam dyplom trenera drugiej klasy lekkiej atletyki. Kiedyś o tym myślałam, ale jeśli mam być szczera, to coraz bardziej wyobrażam sobie życie nie związane ze sportem wyczynowym. Ale może to się zmieni?

Gdybyś miała zaczynać jeszcze raz, też byś postawiła na bieganie?

- Nie chciałabym, żeby moje życie wyglądało inaczej. Gdybym miała się zastanowić, dlaczego wybrałam bieganie, powiedziałabym, że to bardziej bieganie wybrało mnie. Rozwinęło mnie emocjonalnie i duchowo.

Co dalej?

- Cel to wypełnić minimum na igrzyska w Rio. Nie oszukujmy się, medalu nie zdobędę, ale może obecność na tej imprezie uświadomi mi, że jednak coś w bieganiu osiągnęłam, że nie byłam jakimś ogonem. Na razie tego nie czuję. Maraton biegam po 2:26, ale co to jest? Przecież świat biega w 2:22. Wiem, może przeginam, ale tak bardzo brakuje mi sukcesu...

Rozmawiał Damian Bąbolśledź autora na twitterze

cc

Komentarze (12)
Samotność Karoliny Jarzyńskiej: Czasami boję się treningów [WYWIAD]
Zaloguj się
  • artur-borubar

    Oceniono 15 razy 7

    Szacun dla Jarzyńskiej, że przynajmniej wzięła udział w biegu. Gdyby to był Hofman to podpisałby listę startową i poszedłby z żonką do pubu lub na plaże, aby ta swoje dupsko opalała.

  • baraszko

    Oceniono 4 razy 4

    Bardzo dobry wywiad i aż żal, że taki krótki...
    Jedynie literówki moglibyście poprawić ;-)
    Serdeczności, a Ty Karolina jesteś WIELKA i nigdy się nie poddawaj!!!

  • el.duderino

    Oceniono 3 razy 3

    Pani Karolino, nie jest Pani wielka. Jest Pani GIGANTYCZNA!

  • Tomasz Skorupa

    Oceniono 8 razy 2

    A może potem, po szosie, jakieś góry, ultra? Trochę radości a przy okazji konkurencja mniejsza. :)

  • Alicja Konieczek

    Oceniono 1 raz 1

    Jestes wielka !
    Determinacja i siła woli dopiero sie zaczyna, gdy masz wyjsc na trening w Alamosie w temp -25, metrze śniegu . Walczyc sama ze sobą ! nie ma wielu ludzi, ktorzy tak by sie poswiecili. Brawo! nie poddawaj sie !

  • oloros11

    Oceniono 1 raz 1

    Karolino jesteś Wielka choć może tego nie wiesz
    inna sprawa ze sport dzisiaj to jest coś innego niż to wymyślono
    i oderwał się od korzeni - wiec widzimy mnóstwo znakomitych sportowców, rekordzistów , medalistów którzy nie osiągając żadnej albo niewielka satysfakcje
    jesteście bowiem czescia raczej widowiska - zabawy a to nie ma wiele wspólnego ze Sportem - nie jest jego celem
    po drugie to dzisiaj są raczej pieniądze czy to jest Cel dla którego podejmuje się te wszystkie wysiłki
    jest ostra niezgodność - i to wyjaśnia dlaczego mamy takie odczucia
    kiedyś jak już Karolino nie będziesz biegała do kolejnych Mistrzostw a dla siebie - zobaczysz ta Radość
    prawdziwa Radość
    ale największa Radość maja ci którzy walczą i wygrywają - ale z samym sobą - tylko ze do tego sie dochodzi czasem wiele lat
    i to jest trudne nawet do opisania - i taki był pierwotny sens Sportu u jego początków = szybko to zniszczono - juz Rzymianie to zrobili

  • 0x0001

    Oceniono 2 razy 0

    Szacunek za mobilizację i zaangażowanie. Dobry wywiad, choć nieco przygnębiający.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX