Obowiązkowe badania to dobry pomysł [BLOGERZY BIEGOWI]

Polska blogosfera biegowa rozrasta się z dnia na dzień. Postanowiliśmy zatem przyjrzeć się autorom najpopularniejszych blogów o bieganiu. Kim są, co sobą reprezentują, dla kogo piszą, jakie mają osiągnięcia? Przedstawiamy trzeci odcinek cyklu wywiadów z autorami polskich blogów o bieganiu - rozmowę z Mikołajem Kowalskim-Barysznikowem, autorem bloga www.biegajsercem.blogspot.com

Anita Chabrowska: Dlaczego prowadzisz bloga? Co Ci to daje?

Mikołaj Kowalski-Barysznikow: W ten sposób najłatwiej jest mi wyrazić siebie i swoje emocje. Dalej odpowiem przewrotnie: chciałbym śpiewać, ale skrzeczę. Chciałbym grać na gitarze, ale nigdy nie udało mi się wyjść z etapu szarpidructwa. Chciałbym być pisarzem, ale zawsze wciskam akurat nie te przyciski na klawiaturze, które prowadzą do ukończenia zgrabnej powieści. Pozostaje więc blogowanie i bieganie. Na szczęście jako combo jakoś się to broni (śmiech).

AC: Kim są czytelnicy Twojego bloga? Profesjonaliści, amatorzy, znajomi?

MKB: Na początku kierowałem je przede wszystkim do rodziny i przyjaciół. W wielu przypadkach nie mogliśmy przeżywać mojej pasji wspólnie, chciałem więc żeby mogli chociaż o niej poczytać i dowiedzieć się dlaczego bieganie tak bardzo mnie pochłonęło. A dziś piszę już przede wszystkim dla siebie i dla niebiegających znajomych. Myślę że ci którzy biegają, potrzebują konkretnej wiedzy, porad, testów i ja im tego raczej nie daję. Za to niebiegający mogą dzięki moim wpisom wejść w nieznany im świat i pobyć w nim razem ze mną, choć przez krótką chwilę. Niemniej dochodzą mnie słuchy, że na Biegaj Sercem wchodzą również "regularni" biegacze, co jest dla mnie tyleż zaskakujące co cholernie nobilitujące!

AC: Czym Twój blog odróżnia się od innych?

MKB: Nie ma zakładki „o mnie” (śmiech). Jednak nie dlatego, że jestem taki skromny, tylko po prostu na początku przygody z blogowaniem nie mogłem sobie poradzić z ustawieniami, a potem się przyzwyczaiłem i tak już zostało. Mój blog - w przeciwieństwie do wielu innych - nie jest również ani ładny, ani usystematyzowany. Niewiele jest tu porad treningowych, recenzji książek czy testów sprzętu. Jest w nim za to dużo emocji, pasji i miłości do biegania. Cieszę się, że są tacy, którym chce się czytać o tych moich wszystkich biegowych przygodach.

Mikołaj Kowalski-Barysznikowfot. Wojtek Łużniak

AC: Co to znaczy biegać sercem?

MKB: Nazwa bloga wzięła się od listu otwartego, który napisałem na forum Bieganie.pl po śmierci biegacza na mecie Biegnij Warszawo w październiku 2013 roku. Bardzo mnie tamto wydarzenie poruszyło i czułem niesamowity napęd do działania, żeby nieszczęście tego człowieka oraz moje własne doświadczenie (operacja serca i późniejszy powrót do treningów) posłużyły za motywację dla biegaczy do robienia regularnych badań kardiologicznych. Początkowo blog miał być fundamentem większej akcji, myślałem o współpracy z klinikami kardiochirurgicznymi, jednak koniec końców nie przekułem planów w działanie i z ambitnej wizji została sama nazwa. Ale nie odpuszczę tego i jeszcze wrócę do pomysłu biegania sercem ze zdwojoną mocą! Jednocześnie „biegać sercem” to według mnie biegać radośnie, beztrosko, z uśmiechem na twarzy. Z wdzięcznością dla świata za to, że możemy mknąć przed siebie i zmieniać perspektywę, kiedy tylko najdzie nas na to ochota. Podczas gdy wielu innych może o tym tylko marzyć

AC: Czujesz się związany z polską biegową blogosferą? Utrzymujesz kontakty z innymi blogerami?

MKB: Ostatnio usłyszałem zabawną opinię, że dzisiaj więcej ludzi pisze, niż czyta. Myślę, że coś w tym jest, ale osobiście czuję się o tyle po bezpiecznej stronie, że nawet jeśli komuś nie się podoba mój blog, to przynajmniej nie zarzuci mi, że na takie wynurzenia szkoda papieru. Jak chce, niech kasuje internet (śmiech). Regularnie czytam kilka blogów i za każdym razem zachwycam się tym, że ich autorzy - w większości ludzie normalnie pracujący i mający rodziny - znajdują czas na trening i starty, a na dodatek dają radę o tym wszystkim opowiedzieć innym.

Jeden z nich jest dla mnie szczególnie ważny. To Marcin Krasoń, autor bloga www.biecdalej.pl, który oprócz tego, że świetnie pisze, jeszcze lepiej biega, a jeszcze lepiej motywuje do biegania innych. Prywatnie bardzo się zakumplowaliśmy i nawet często biegamy razem w tych samych zawodach. No i to dzięki niemu w pewnym momencie mojej przygody z blogowaniem nie zrezygnowałem z pisania!

AC: Czerpiesz jakieś korzyści finansowe z blogowania?

MKB: Bardzo bym chciał, ale niestety nie. Na szczęście póki co nie ponoszę też żadnych kosztów, więc o tyle dobrze, że wychodzę na zero (śmiech). Jednocześnie marzy mi się skromne życie z biegania. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym za jakiś czas mógł jeździć po świecie, relacjonować biegi i mówić o tym jako o swojej pracy.

AC: Odchodząc od biegania - czym się zajmujesz zawodowo?

MKB: Obecnie jestem likwidatorem (śmiech). Po odejściu z korporacji założyłem spółkę, która miała być moim pomostem do spokojnego, dostatniego życia, ale niestety sprawy nie potoczyły się tak jak miały i jedno co z tego wszystkiego wyniosłem to sprawne poruszanie się po KRS-owych formularzach (śmiech). Po tej bolesnej próbie, jestem na etapie wyboru: zaryzykować, robić to co kocham i jakoś spróbować z tego wyżyć lub wrócić do Matrixa. Mam nadzieję, że pójdę, a raczej pobiegnę, tą pierwszą drogą. Wkrótce ruszamy z przyjaciółmi z własnym serwisem Kingrunner.com, który - oby! - będzie pierwszym krokiem do życia z biegania. Ale póki co, zamiast zarabiać na nim, muszę zarabiać na niego pracując w restauracji (śmiech). Wkrótce planujemy też wydać grę planszowo-karcianą, dzięki której każdy będzie mógł przebiec swój własny maraton. Pierwsze, pilotażowe wydanie gry chcemy sfinansować z pomocą biegowej społeczności poprzez portal PolakPotrafi.pl.

AC: Kiedy zacząłeś biegać? Co od tego czasu jest Twoim największym osiągnięciem biegowym?

MKB: Na poważnie zacząłem biegać w 2009 roku. W styczniu przeprowadzono mi na sercu zabieg ablacji (usunięcie nadprogramowej drogi przewodzenia impulsu elektrycznego z mięśnia sercowego), a we wrześniu zadebiutowałem (w porozumieniu z lekarzem) w Maratonie Warszawskim.  Z kolei moje wcześniejsze doświadczenia mogłyby spokojnie posłużyć jako antyprzykład, jak NIE rozpoczynać przygody z bieganiem. W liceum trenowałem piłkę nożną i postanowiłem sobie, że jako trening uzupełniający dorzucę poranną rundkę dookoła jeziorka, które miałem obok domu. Byłem przekonany, że najlepiej robię pokonując trzykilometrową pętlę na pełnym gazie. Trening był najbardziej udany, kiedy na koniec plułem krwią. Do dziś nie wierzę, że mogłem być tak durny! Na szczęście później szare komórki zaczęły pracować, a ja zacząłem się zastanawiać, nad tym co i jak  robię. Po ukończeniu pierwszego maratonu bieganie przebojem wdarło się do mojego życia i pozostaje w nim aż do dziś. Marzy mi się, żeby już tak zostało, i żebym jako staruszek był w stanie pokonać truchcikiem codziennie te 5 czy 10 kilometrów.

Zabawne, że moim największym dotychczasowym osiągnięciem biegowym jest osiągnięcie wcale nie moje.  A to dlatego, że żaden z moich biegów, żaden z wyników nie przywołuje we mnie takiego poczucia dumy jak wspomnienie momentu, kiedy na metę ultramaratonu Badwater dotarł Darek Strychalski - zaprzyjaźniony, niezwykły, niepełnosprawny biegacz. Wspólnie z grupą przyjaciół pomagaliśmy wtedy Darkowi nie tylko na trasie ale i w całym przygotowaniu wyjazdu do Stanów, dlatego, gdy po heroicznym boju z czasem, upałem i samym sobą Darek dotarł do końca morderczej 217-kilometrowej trasy, poczuliśmy się integralną częścią jego wielkiego sukcesu. I szczerze mówiąc, wątpię by jakikolwiek mój własny wynik był w stanie kiedykolwiek przebić to, czego doświadczyłem na mecie Badwater 2014. To był prawdziwy biegowy absolut!

Mikołaj Kowalski-Barysznikowfot. Filip Bojko

AC: Sam układasz swoje plany treningowe i dietę? Jaki plan treningowy obecnie realizujesz?

MKB: Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że mój dotychczasowy trening był w dużej mierze totalną amatorką, ale w złym znaczeniu tego słowa. A to dlatego, że znakomitą jego większość stanowiły biegi, które można nazwać regeneracyjnymi, czyli na tym samym dystansie, w tym samym tempie, po tej samej nawierzchni. Zero zróżnicowania, zwykłe, bezmyślne klepanie. Na szczęście spotkałem na swojej drodze kilka mądrych głów i szybkich nóg, takich jak Robert Celiński, Norbullo Kontrabacz, czy Marcin Rosłoń (mój partner na Biegu Rzeźnika i współtwórca marki Kingrunner), którzy otworzyli mi oczy i umysł na nowe elementy treningu. Ależ to była frajda, kiedy zrozumiałem, że mogę biegać szybciej. Jeśli chodzi o dietę, od ponad 15 lat jestem wegetarianinem, i to właściwie jedyne „ograniczenie” w moim odżywianiu. Poza tym wcinam wszystko, jak leci! Ogólnie uważam, że stare powiedzenie „jesteś tym, co jesz” naprawdę ma sens. Warto się nad nim zastanowić.

AC: Masz swoje ulubione imprezy biegowe w Warszawie i/lub Polsce?

MKB: Ostatnio na pierwsze miejsce mojej prywatnej listy ulubionych biegów przebojem wdarł się Zimowy Ultramaraton Karkonoski, absolutnie najcudowniejszy bieg, w jakim brałem udział. Z biegów ulicznych najbardziej lubię Maraton Warszawski, a wśród biegów kameralnych laur pierwszeństwa ma Monte Kazura, zaraz przed Biegami Górskimi w Falenicy. W tym roku na mapę polskich biegów wrócił w nowej odsłonie Maraton Beskid Niski, który uwielbiam, bo jego trasa wiedzie urokliwymi drogami mojej małej ojczyzny. Nie mogę się też doczekać podniebnych zawodów w Tatrach, czyli sierpniowego Biegu Ultra Granią Tatr. Jednak po niedawnym Biegu Marduły, 32-kilometrowych Mistrzostwach Polski w skyrunningu, który nieźle dał mi w kość, nabrałem do biegania po Tatrach dużo pokory. To będzie prawdziwe piekło na wysokości! Prawdę mówiąc, mógłbym tak wymieniać bez końca, albowiem nie ma biegu, którego bym nie lubił. Z każdego z nich mam dobre wspomnienia

AC: Trochę podróżowałeś i miałeś okazję biec w kilku zagranicznych biegach. Czego Twoim zdaniem brakuje w polskim świecie biegowym?

MKB: Organizacja biegów w Polsce stoi na fantastycznym poziomie, a maratony w dużych miastach to już prawdziwa klasa światowa. Wiem, że ludzie czasem na narzekają, ale „grube” wpadki zdarzają się naprawdę rzadko. Wiem, że na jednym z dużych biegów w zeszłym roku zabrakło wody dla uczestników z dalszej części stawki. Takie rzeczy kategorycznie nie powinny mieć miejsca i jestem pewien, że organizatorzy tamtych zawodów wyciągnęli wnioski i w tym roku dopilnują już wszystkiego na tip-top! Wiem, że jestem w mniejszości, ale uważam, że zaświadczenia lekarskie o zdolności do udziału w zorganizowanym biegu jako warunek uczestnictwa to nie jest zły pomysł. Moim zdaniem jedna wizyta u kardiologa na rok nikomu nie zrujnuje grafiku, a może uratować życie. Życzyłbym sobie, żeby był to standard, przynajmniej na największych biegach. Z kolei na biegach ultra bardzo często brakuje jednej małej rzeczy, która robi wielką różnicę - coca coli na punktach! Normalnie nie piję jej w ogóle, ale na górskim szlaku cola (najlepiej wygazowana!) smakuje jak boski nektar i potrafi wrócić biegacza do żywych.

AC: Twoje plany biegowe na najbliższy rok?

MKB: Moim głównym celem na ten rok jest pobicie życiówki w maratonie w Koszycach z sierpniowym BMW Półmaratonem Praskim jako głównym elementem przygotowań. A gdyby jeszcze udało mi się tam zbliżyć tam do 3 godzin, chyba nie starczyłoby słowackiego tokaju do świętowania! Chcę też pobiegać po górach, dlatego po Maratonie Beskid Niski i Biegu Marduły, w lipcu polecę w Supermaratonie Gór Stołowych a w sierpniu we wspomnianym Biegu Ultra Granią Tatr. A pomiędzy nimi chciałbym wystartować w trójmiejskim półmaratonie zaprzyjaźnionej ekipy TriCity Trail. Obawiam się jednak, że nie starczy mi na to wszystko urlopu. W końcu czasami trzeba pracować (śmiech). Przy odrobinie szczęścia i braku kontuzji, chciałbym zakończyć sezon 70-kilometrową, błotnistą i jesienną Ultrałemkowyną. Jak widać, nudy nie będzie (śmiech)! Jednak paradoksalnie najambitniejszym planem na ten sezon jest wyzwanie, które czeka mnie tu na miejscu w Warszawie. Chciałbym zmobilizować do treningów mojego serdecznego kumpla, który właśnie skończył 40 lat i na stałe rozsiadł się wygodnie w fotelu. Niedawno wyciągnąłem go na pierwsze truchtanie. Gdyby udało nam się wytrwać we wspólnych treningach przynajmniej do jesieni, byłoby to dla mnie o wiele cenniejsze niż wszystkie medale, które mam zamiar wybiegać w tym samym czasie.

AC: Co chciałbyś przekazać czytelnikom Polska Biega?

MKB: Trenujcie pokornie jak amatorzy, ale mądrze jak zawodowcy. Uśmiechajcie się w biegu, nie zapominajcie o rozgrzewce, rozciąganiu i wizytach u kardiologa. Biegajcie nogami, biegajcie głowami, ale - przede wszystkim - biegajcie sercem!

Opracowanie: Anita Chabrowska, www.muvment.pl