Marcin Dulnik, bloger i ambasador ASICS Frontrunner: Totalnie pochłonął mnie ten sport [ROZMOWA]

Regularne prowadzenie bloga wymaga konsekwencji, a co za tym idzie wygospodarowania nieco więcej czasu. Zdarza się, że odbija się to na najbliższych, czyli na rodzinie, ale staram się ograniczać takie sytuacje do minimum - opowiada Marcin Dulnik, bloger i ambasador grupy ASICS Frontrunner.

Rozmowa z Marcinem Dulnikiem, autorem bloga DulnikBiega.pl i ambasadorem grupy ASICS Frontrunner

Damian Bąbol: Jesteś uzależniony od biegania?

Marcin Dulnik: Tak, ale wyłącznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Uzależnienie od czegokolwiek nie jest chyba czymś normalnym. Bieganie traktuję jako zdrowy nałóg. O tej aktywności często mogę rozmawiać bez końca. Kolejne treningi, przygotowania do realizacji nowych celów i przełamywanie barier. No muszę to powiedzieć, totalnie pochłonął mnie ten sport.

Jak to się zaczęło?

- Rok 2009. To był przełom. Miałem wtedy 29 lat i delikatnie mówiąc moja sylwetka zaczynała odbiegać od normy. Waga zbliżała się do 90 kg i czułem, że z moją kondycją jest coraz gorzej. We wrześniu tamtego roku kolega z pracy zachęcił mnie do startu w Biegnij Warszawo na dystansie 10 km. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia „z czym to się je” i czego tak naprawdę mam się spodziewać. W ogóle nie przygotowywałem się do tego startu. Po drodze jednak zahaczyłem o sklep ze sprzętem sportowym, w którym zaopatrzyłem się w najbardziej podstawowe ciuchy do biegania i oczywiście buty. Pamiętam, że pierwszą parą były Kalenji Ekiden 50, chyba najtańszy model, jaki był wtedy dostępny. Ostatecznie debiutanckie zawody na 10 km przebiegłem w czasie: 1 godzina, 1 minuta i 21 sekund. Byłem dumny, że cały dystans biegłem. Na mecie byłem wyczerpany, ale niezwykle szczęśliwy. Od tamtej pory było już coraz lepiej. Zacząłem regularnie trenować i postępy były coraz bardziej widoczne. Pierwszy maraton przebiegłem dwa lata później w Warszawie. W debiucie uzyskałem czas: 3:46:45. Do dzisiaj przebiegłem osiem maratonów. Od dwóch lat startuję wyłącznie w zagranicznych biegach na dystansie 42,195km. Z perspektywy trasy maratonu zwiedziłem już kilka europejskich stolic - Berlin, Paryż, Budapeszt i Barcelonę. Każdemu polecam turystykę maratońską. Startując w zagranicznych biegach można zobaczyć i poczuć, jak wielka i wielobarwna jest nasza biegowa rodzina. W tym roku planuję jeszcze jeden maraton, wracam do stolicy Węgier.

Marcin DulnikFot. LENS Studio Łukasz Bator

Dopiero po pięciu latach zacząłeś pisać bloga DulnikBiega.pl. Dlaczego tak późno?

- Przez ten czas nabrałem doświadczenia. Nie czułem wtedy takiej potrzeby jak teraz, żeby dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat biegania, czy publikowaniem relacji z moich treningów czy startów. Mogę teraz stwierdzić, że parę lat temu jako zupełnie początkujący biegacz nie miałem za wiele do powiedzenia w tej dziedzinie. Nie sądzę, żeby kogoś wtedy interesowało, że wstałem rano, wypiłem kawkę i poszedłem na trening. Teraz jest inaczej, prowadzenie bloga stało się moją pasją. Przed założeniem DulnikBiega.pl sporo osób pisało do mnie bezpośrednio z prośbami o rady i wskazówki np. jak zacząć biegać, na co zwrócić uwagę przy zakupie sprzętu, albo jakie strategie biegowe wybrać na zawody. Dało mi to do myślenia i wpłynęło na decyzję o stworzeniu miejsca, w którym mogę dzielić się swoim biegowym doświadczeniem. Mam świadomość, że pisząc bloga mogę inspirować innych do pokonywania własnych słabości, promować bieganie i zarażać innych tym pozytywnym nałogiem.

Blog to jednak pożeracz czasu.

- Zgadza się, ale ja po prostu lubię pisać. Często jest tak, że pierwsze co robię po powrocie z biegu, to zabieram się za pisanie relacji. Wolę wziąć się za to jak najwcześniej, kiedy emocje i wspomnienia ze startu są najświeższe. Rzeczywiście, regularne prowadzenie bloga wymaga konsekwencji, a co za tym idzie wygospodarowania nieco więcej czasu. Zdarza się, że odbija się to na najbliższych, czyli na rodzinie, ale staram się ograniczać takie sytuacje do minimum.

Jak na prawdziwego ambasadora grupy ASICS Frontrunner przebierasz nogami aż miło. W ubiegłym roku przebiegłeś ponad 2,5 tys. kilometrów. W tym roku wynik szykuje się jeszcze lepszy, a do tego osiągasz życiówkę za życiówką.

- To szaleńcze pokonywanie kilometrów w ubiegłym roku skończyło się dosyć nieszczęśliwie, bo kontuzją mięśnia gruszkowatego. Nieprzyjemny uraz, który praktycznie wykluczył mnie z treningów. Po jego wyleczeniu zupełnie inaczej, bardziej roztropnie podchodzę do biegania. Teraz dużą większą wagę przykładam do rozgrzewki i rozciągania. Poza tym dużo uważniej słucham wskazówek trenera i nie staram się realizować planu z nawiązką. Wielu biegaczom wydaje się, że droga do sukcesu wiedzie wyłącznie przez nakładanie na siebie coraz większych obciążeń. W moim przypadku taka strategia zupełnie się nie sprawdziła.Ten sezon jest zdecydowanie najlepszy w moim wykonaniu. Rekordy życiowe pobiłem na dystansach: 5 km - 19:00 (XXV Bieg Konstytucji 3 Maja), 10 km - 38:45 (na Orlen Warsaw Marathon), 15 km -1:01:47 (XXXII Bieg Chomiczówki), półmaratońskim: - 01:24:47 ostatnio w Radomiu i maratońskim - 3:02:57 w Barcelonie. Przede mną przyjemny okres roztrenowania, podczas którego nie zamierzam w ogóle biegać. Później wracam do ciężkiej biegowej pracy. Główny cel na jesień to maraton w Budapeszcie, zaplanowany na 11 października i złamanie upragnionych trzech godzin

Rozmawiał Damian Bąbol

CZYTAJ BLOGA MARCINA DULNIKA