Cudem uszedł z życiem, miał zapomnieć o bieganiu. Wrócił w wielkim stylu!

Złamana miednica, panewka stawowa, głowa kości udowej, uszkodzony kręgosłup, pęknięte jelita i zapalenie otrzewnej. Otarł się o śmierć, nieomal został inwalidą. Według lekarzy nie miał prawa wrócić do biegania. Dziś Bartosz Feifer celuje w maraton. W listopadzie planuje go przebiec w 2 godziny i 48 minut.

7 listopada 2010 r. 7 Maraton Komandosa. Miejsce: Lubliniec Kokotek. 22-letni Bartek jest starszym szeregowym w 17. Brygadzie Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. To jedna z najlepszych baz szkoleniowych żołnierzy w Polsce. Służbę i przygotowania do zbliżającej się misji w Afganistanie łączy ze studiami wychowania fizycznego w Lesznie. Regularnie biega. Często reprezentuje jednostkę w zawodach.

Pewnego dnia do Bartka dzwoni kolega Krzysiek i namawia na drużynowy start. - Jak nie pobiegniesz z nami Maratonu Komandosa, to nie możesz nazywać się mężczyzną - słyszy od znajomego.

Bartek przyjmuje wyzwanie. Dlaczego miałby odmówić? To biegowy harpagan. Walczak z krwi i kości. Kilka miesięcy wcześniej przebiegł półmaraton w czasie 1 godziny, 17 minut i 30 sekund.

Maraton Komandosa to straszna harówka. Przez 42,195 km w przełaju biegniesz w żołnierskim rynsztunku; mundurze, butach wojskowych i dźwigasz plecak z 10-kilogramowymi blachami.

Listopad 2010 r. Start. Wraz z członkami drużyny przebiega połowę dystansu w 1 godzinę i 51 minut. Tempo mocne, ale czuje się świetnie. Dramat zaczyna się po 22. kilometrze. "Coś się rozlało, stopa mi w czymś pływa... krew?" - zastanawia się. To samo z drugą nogą. Zwalnia. Mówi kolegom, żeby gnali bez niego. Bartek zaciska zęby. "Co się dzieje? Jakby stopy topiły się we krwi. Ale nie wycofam się. Że co niby powiem? Że żołnierz zabrał za małe buty? Złe skarpety?" - walczy w myślach.

Od 30. km krzyczy. Od 40. km ryczy z bólu. Ale finisz już blisko. Daje radę! Wyścig kończy w czasie 4 godzin i 9 minut. Zajmuje 24. miejsce na ponad 300 zawodników. Pada. Podbiegają koledzy z drużyny. Bartek prosi ich, żeby powoli ściągali buty, bo stopy pływają we krwi. Ale te o dziwo są suche. Ściągają skarpety i wszystko jasne - pod stopami wyłaniają się pęcherze z krwią i wodą wielkości dłoni. Bartek trafia do szpitala, dostaje zwolnienie na dwa tygodnie. Humor go jednak nie opuszcza. - Zajęliśmy pierwsze miejsce w "drużynówce". No i zostałem prawdziwym mężczyzną - opowiada. I dodaje po chwili: -  Myślałem, że nigdy więcej nie będę czuł takiego bólu. Kto by się spodziewał, co się wydarzy za siedem miesięcy

WYPADEK

Czerwiec. 2011 r. Bartek zasuwa jak maszyna. Przygotowuje się do wrześniowych mistrzostw kraju Wojska Polskiego w przełajach. W eliminacjach zajmuje drugie miejsce. Sam się dziwi, że przez 4 km potrafi przebierać nogami w tempie 3:06 minut na kilometr! 12 czerwca w V Półmaratonie Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim Bartek biegnie w czasie 1:18, pół minuty wolniej od życiówki. A miał to być tylko start treningowy! Jest w życiowej formie.

Bartosz FeiferPółmaraton Słowaka w Grodzisku. 11 dni przed wypadkiem

23 czerwca. Bartek razem z Kamilą, swoją dziewczyną, kolegą Kubą i jego bratem Błażejem wracają z zaległej imprezy urodzinowej. Nie pił więc chce prowadzić, ale ekipa mu nie pozwala. Dziwnie się czuje na tylnym siedzeniu. Na ogół to on jest kierowcą. Zapina pasy, odchyla głowę i zmęczony zamyka oczy. Marzy, żeby jak najszybciej znaleźć się łóżku.

Godz. 3.15. Kilka kilometrów za Lesznem Błażej zasypia za kierownicą. Kolejne sekundy to czysta fizyka. Samochód zmienia pas, przelatuje przez rów i uderza w drzewo, po czym odbija się i wraca na jezdnię. Bartek pamięta tylko przeraźliwy krzyk, łomot i jeszcze straszniejszą ciszę. Z auta zaczyna wydobywać się dym. Pierwszy wysiada lekko zamroczony Błażej. Zabiera nieprzytomnego brata na pobocze. Bartkowi i Kamili trzęsą się ręce. Z trudem odpinają pasy i wyczołgują się z samochodu. Bartek dostrzega nadjeżdżające inne auto. Unosi rękę. Wydaje mu się, że nie sposób ich nie zauważyć, ale tamten kierowca nie zwalnia. Bartek krzyczy, macha, ale na reakcję jest za późno. Nadjeżdżający samochód w ostatniej chwili skręca, ale wali w tył roztrzaskanego pojazdu, który uderza w Bartka. Chłopak na chwilę traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, próbuje wstać, ale nie może unieść się na nogach. Czołga się w stronę Kamili. - Modliłem się, prosiłem mojego anioła, świętej pamięci babcię, aby nic już nam się nie stało. Prosiłem Boga, żeby zostawił nas przy życiu, żeby to jeszcze nie było teraz. Prosiłem o życie - opisuje tamten moment.

Nadjeżdża karetka. Bartek jest w szoku. Z rany na głowie sączy się krew. Ratownicy w obawie przez urazem kręgosłupa zakładają kołnierz. Cały czas podają tlen i lekarstwa na uspokojenie.

DIAGNOZA

W szpitalu Bartek przechodzi badania. Dwukrotnie USG, tomograf i seria prześwietleń. Diagnoza: Złamany talerz miednicy, złamana panewka stawowa, głowa kości udowej i uszkodzony kręgosłup w odcinku piersiowym.

- Co z innymi? Żyją? - pyta zdenerwowany.

Do szpitala przyjeżdża policja. - Rzadko się zdarza, że odwiedzamy żywe osoby po takich wypadkach - mówią policjanci.

Na oddział przyjeżdża mama. Informuje Bartka, że Jakub i Kamila są już po operacjach. Błażejowi nic się nie stało. Ma uszkodzone kolano i nadgarstek.

Do sali wchodzi ordynator. - W tym szpitalu nie podejmiemy się pana operowania. Złamania są zbyt poważne - oznajmia.

Nazajutrz Bartek ma zostać przewieziony do szpitala w Poznaniu. W głowie tylko jedna myśl: "Czy będę mógł biegać?".

Wieczór. Bartek przyjmuje kolejną dawkę silnych leków. Obok siedzi mama. Nagle zaczyna dziać się coś dziwnego, brzuch zaczyna falować, rośnie jak balon. - Myślałem, że to silne leki mieszają mi w głowie. Po każdym łyku wody wydawało mi się, że trafia nie tam, gdzie powinna - opowiada.

Personel twierdzi, że to wynik szoku, ale Bartek zaczyna tracić świadomość. Natychmiast zostaje przewieziony na badanie USG. Sytuacja jest krytyczna - pęknięte jelito i rozległe zapalenie otrzewnej. Konieczna jest operacja.

KOMPLIKACJE

- Napędziłeś nam niezłego stracha. Gdybyś został na ortopedii do rana, jutro byś się nie obudził - mówi mu po operacji lekarz.

Z powodu nagłego zabiegu Bartek pozostaje w szpitalu w Lesznie jeszcze dwa tygodnie. Później zostaje przewieziony do Poznania. Tam zespalają mu połamaną miednicę 12 śrubami i trzema blaszkami. Traci dużo krwi.

Dzień przed wypisaniem do domu okazuje się, że operacja się nie udała i trzeba będzie ją powtórzyć. - Miałem już dosyć szpitala, kolejnych cięć i bólu - wspomina.

Z pomocą przychodzi psycholog, syna wspierają też rodzice, ale Bartek boi się, że życie wymyka mu się z rąk. Martwi się, że straci pracę w wojsku, przerwie studia i - dla niego rzecz najważniejsza - pożegna się z bieganiem.

Żaden lekarz nie chce odpowiedzieć Bartkowi, czy będzie mógł jeszcze trenować. Ciągłe powtarzanie "Ciesz się, że żyjesz" frustruje go coraz bardziej.

- Co z tego, że żyję, skoro nie będę mógł biegać? - zastanawia się.

21 lipca 2011 r. Przechodzi drugą operację miednicy. Tym razem udaną.

Sześć dni później, tuż przed wypisem lekarz rozmawia z Bartkiem.

- Musisz zapomnieć o bieganiu. Pomyśl też o innych studiach. To też koniec twojej kariery w wojsku. Na szczęście jesteś młody i poradzisz sobie. Możesz studiować inne ciekawe kierunki, np. turystykę i rekreację. Nie żegnasz się ze sportem całkowicie. Zostaje nordic walking, chodzenie po górach, rower. Ciekawą pracę też sobie znajdziesz.

Do Bartka to nie dociera. Odwraca się. Oczy zapełniają się łzami.

- Dopóki trzech lekarzy nie potwierdzi mi, że mam zapomnieć o bieganiu, to nie uwierzę w to co mi powiedział - mówi mamie.

Przyjeżdża do domu. Czeka na niego elektryczne łóżko i wózek inwalidzki. W szpitalu całkowicie opadł z sił. Schudł. Przed wypadkiem ważył 70 kg, po powrocie 57.

Bartosz Feiferarchiwum Bartosza Feifera

PRZEŁOM

Kości wolno się zrastają. Rehabilitację zaczyna po dwóch miesiącach. Codziennie przechodzi kilkugodzinne zabiegi. Ćwiczy też na basenie. Leczenie trwa do grudnia. Wciąż porusza się na wózku.

Listopad 2011 r. Przez trzy noce z rzędu śni mu się, że przebiera nogami, startuje w zawodach i ustanawia kolejny rekord życiowy. Pamięta ich każdy szczegół. "To nie może tak się skończyć!" - myśli.

Szuka lekarzy, klinik sportowych. Trafia do Rehasport w Poznaniu. Znajduje lekarza, który jest biegaczem. Do gabinetu wjeżdża na wózku. Na biurku kładzie wszystkie wyniki badań. Cisza. Potem pytanie: - Co chcesz wiedzieć?

- Czy to prawda, że już nigdy nie będę mógł biegać?

- Nie mógłbym ci powiedzieć, żebyś o tym zapomniał. Nie chcę niczego obiecywać, ale zrobię wszystko, żeby pomóc. Jesteś bardzo silny i masz charakter.

To najlepsza wiadomość, jaką Bartek słyszy od miesięcy. Z gabinetu wyjeżdża z płaczem, ale to są łzy szczęścia. Wzruszenia nie kryje również tata Bartka, który czeka na korytarzu. Dwa tygodnie później z lekarzem ustalają szczegółowy plan powrotu do pełnej sprawności.

Styczeń 2012 r. Bartek zaczyna pierwsze próby poruszania się na nogach. Na początku przemieszcza się po domu za pomocą balkoniku. Dłuższe spacery odpadają. Wciąż potrzebny jest wózek. Po trzech miesiącach stopniowo zaczyna obciążać drugą nogę. Po pół roku heroicznej pracy w pełni samodzielnie porusza się o kulach. Szybko odzyskuje siły. Zaczyna treningi na rowerku stacjonarnym. Kilka miesięcy później do zajęć dokłada ćwiczenia na orbitreku.

Wyjeżdża na dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny do Polanicy-Zdroju. Ćwiczy trzy razy dziennie. Na początku maja wraca do domu. Rodzina czeka przed drzwiami. Bartek wysiada z samochodu o własnych siłach. Euforia. To jest przełom.

Czerwiec 2012 r. Jest w coraz lepszej formie. Zaczyna spacerować z kijkami. Przejście 6 kilometrów nie stanowi większego problemu. Dwa miesiące później widzi się ze zwoim lekarzem. - Jesteś gotowy! Możesz wracać do biegania - słyszy.
15 września wychodzi na pierwszy marszobieg. Pokonuje 3 kilometry. Po powrocie układa plan treningowy. Zamierza wystartować w Biegu Sylwestrowym w Lesznie na 7 km.

Grudzień 2012 r. Bartek przyjeżdża na bieg. Znajomi myślą, że będzie kibicować, ale kiedy zaczyna się przebierać, wszystko staje się jasne. Tuż po starcie Bartek pędzi jak błyskawica. Cały dystans przebiega w tempie 3:37 min/km!

Po trzech latach regularnych treningów osiąga szczyt formy. W ubiegłym roku ustanowił rekord życiowy w maratonie, który ukończył w czasie 2 godzin i 51 minut. W tym spisuje się jeszcze lepiej. Życiówka goni życiówkę. Tej sztuki dokonał na dwóch dystansach: 5 km - 16:30, 10 km - 33:56.

PLANY

- Zrezygnowałem z wojska, studiów i postawiłem na to, co najbardziej kocham, czyli bieganie. Nie żałuję - opowiada Bartek. Jeszcze w trakcie rehabilitacji wiele osób zwracało się do mnie z prośbą o poradę, czy ułożenie planu treningowego. Założyłem więc Akademię Biegową. Mam swoją grupę zawodników. Na co dzień pracuję też w sieci sklepów Vitamin-Shop z suplementami i odżywkami. Spędzam w nim siedem godzin, a wieczorem prowadzę zajęcia z amatorami. Sprawia mi to mnóstwo frajdy. Niedawno zostałem ambasadorem grupy ASICS Frontrunner. Jakie plany? Na początku września planuję zmierzyć z półmaratonem w Pile. To będzie mój główny start. Pod koniec listopada jako zawodnik ASICS Fronturunner wystartuję w maratonie we Florencji. Chciałbym go ukończyć w czasie 2:48. Stać mnie na to!

Bartosz FeiferMaj 2015 r. Bartosz Feifer w Biegu Konstytucji w Warszawie

Dodaje: - W przyszłości mam ponieść konsekwencje wypadku. Według lekarzy może to być za jakieś 5-10 lat. Czeka mnie endoproteza stawu biodrowego [wymiana stawu na sztuczny], który ulega stopniowemu zwyrodnieniu. Miałem wybór, bo lekarzom trudno było stwierdzić, co będzie dla mnie lepsze: kanapa, telewizor i spokojne czekanie na operacje czy powrót do dawnego życia. Mam świadomość, że mój czas jest ograniczony, więc czerpię z biegania jak najwięcej i daję z siebie to, co najlepsze. Poza tym za wiele przeszedłem, żeby uwierzyć, że coś jest niemożliwe, by poddawać się ograniczeniom, szczególnie tym, które stawiamy sobie sami, w naszych głowach - kończy.

TEKST POWSTAŁ NA PODSTAWIE BLOGA BARTOSZA FEIFERA MENTALRUNNER.PL

Autor: Damian Bąbol

Śledź autora na: twitterze oraz instagramie

Komentarze (5)
Cudem uszedł z życiem, miał zapomnieć o bieganiu. Wrócił w wielkim stylu!
Zaloguj się
  • oloros11

    Oceniono 25 razy 21

    Czapki z głów proszę państwa
    przy takich ludziach slow po prostu brakuje
    chapeau bas!!

  • greg-40

    0

    proszę wiecej takich materiałów... może być kosztem tych co obiecują gruszki na wierzbach...

  • albinozz

    0

    Tez biegam amatorsko i sie, psia krew, wzruszyłem w połowie artykułu.
    Piąteczka, człowieku!

  • mariuss111

    Oceniono 38 razy -22

    a ten spod białegostoku, co nie umie pisać, skopał kolegę i chciał zabić psa już nie jest fajnym biegaczem ? no pacz pan, a był. A Pistorious mistrz biegania, co żonkę zabił w kiblu też już nie jest fajny ? no pacz pan, a był, a Lane Armstrong z samej Hameryki, co 50 razy wygrał wszystko też jakoś już nie pasuje na bohatera GW, zawsze będą nowi

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX