DOZ Maraton Łódź z PZU 2016. "Cały misterny plan..." vs. "Trenuj spokojnie, jesień Twoja"

"Run Damian, run", "Biegnij, meta gdzieś blisko", "Damian! Forrest Gump i Rocky, to przy tobie mięczoki", "Dajesz Bombi!" - takie transparenty i okrzyki niosły mnie podczas DOZ Maratonu Łódź z PZU. I choć nie udało się zrealizować celu, przeżyłem bolesny kryzys, to jestem ogromnie wdzięczny za tę lekcję pokory.

OBSERWUJ AUTORA NA FACEBOOKU I INSTAGRAMIE

Do najważniejszego biegowego wyzwania w życiu przygotowywałem się od grudnia. Konsekwentnie - z paroma wyjątkami, związanymi z przeziębieniem, drobnymi urazami czy lekkim przemęczeniem - realizowałem plan przygotowawczy.

Celowo za główny start obrałem DOZ Maraton Łódź z PZU, w moim rodzinnym mieście. Od kilku tygodni na trasę maratonu zapraszałem rodzinę i znajomych. Co jak co, ale obecność najbliższych, zawsze dodawała mi skrzydeł. A już w ogóle nie wyobrażałem sobie, żeby podczas tak ważnego biegu miałoby zabraknąć Pauli, mojej żony. Choć jest strasznie uparta i za nic w świecie nie zamierza zakochiwać się w bieganiu, to i tak jest najlepszym fanem na świecie. Oprócz żywiołowego dopingowania, miała mnie wspierać na rowerze, podając wodę i żele energetyczne.

Start

Przy Atlas Arenie, sercu DOZ Maratonu Łódź z PZU, stawiłem się na godzinę przed startem. Chciałem jak najbardziej wsiąknąć w tę atmosferę, wymienić się wrażeniami ze znajomymi, wykonać rozgrzewkę i krótko omówić plan działania z pacemakerem na 3:30. Do 20. km mieliśmy biec 5:03-5:05 min/km, a drugą połowę nieco szybciej. Niestety, tempo momentami było bardzo rwane. 14. km pokonaliśmy w 4:43! Już wtedy powinno mi się zapalić czerwone światełko ostrzegawcze, żebym trochę przystopował, bo wkrótce nadejdzie najgorsze.

DOZ MARATON ŁÓDŹ Z PZU. WALKA O RIO, OGROMNE EMOCJE, RADOŚĆ I CIERPIENIE [ZDJĘCIA]

Na 20. km miałem odebrać żel energetyczny, ale niestety, moja urocza rowerzystka zapodziała się gdzieś na trasie. Spotkaliśmy się dopiero osiem kilometrów dalej. Dzielnie podtrzymywała mnie na duchu. Udzieliła lepszej mowy motywacyjnej niż sam Al Pacino w "Męskiej Grze" Olivera Stone'a. Ale nawet gdyby na smartfonie puściła "Going to distance" ze ścieżki dźwiękowej "Rocky'ego", to i tak nie dałbym już rady wrzucić trójki, a potem czwórki.

Niestety, to był początek wielkiej męki. Grupa na 3:30 zaczęła się stopniowo oddalać. "I cały misterny plan..." - przypomniały mi się słowa Stefana "Siary" Siarzewskiego. Co jakiś czas pojawiały się hamletowskie rozterki w stylu "biec dalej czy nie biec?". I tylko fantastyczni kibice, wspierający wolontariusze, którzy co kilka kilometrów dopingowali "Nie poddawaj się, jeszcze trochę!", kasowali negatywne myśli o przejściu do marszu, czy nawet zejściu z trasy. Pomysł z punktami kibicowania, które nawiązywały do filmów kręconych w Łodzi - był REWELACYJNY!

"Dajesz Bombi, walczysz!"

Wracając do mojej udręki, to niezwykle pomocną rolę odegrał również transparent o treści "Damian! Forrest Gump i Rocky, to przy tobie mięczoki", który wyłaniał mi się w najtrudniejszych momentach.

"Dajesz Bombi! Walczysz!" - usłyszałem ryk na długiej jak autostrada ulicy Wyszyńskiego w okolicach 36. km. I naprawdę chciałem się jeszcze poderwać, wykrzesać resztki sił, ale po prostu nie byłem w stanie. Wysoka temperatura i duża wilgotność zaczęły coraz bardziej doskwierać i niemal całkowicie odcięły zasilanie. Przed 40. km wyprzedził mnie jeszcze samotny pacemaker na 3:45. I znów powróciła nadzieja, że może dam radę uratować choćby ten wynik. Nogi jak z ołowiu jednak odmówiły posłuszeństwa.

Metę w Atlas Arenie przebiegłem po 3 godzinach, 50 minutach i 13 sekundach. Kiedy przekroczyłem końcową linię poczułem ulgę, ale też lekko zakręciło mi się w głowie. Po raz pierwszy po biegu zaopiekowali się mną sanitariusze. Butla z tlenem nie była jednak potrzebna. Zmierzono mi ciśnienie i poziom cukru. Odpocząłem kilka minut, doszedłem do siebie, i o własnych siłach ze znacznie lepszym samopoczuciem opuściłem obiekt.

"Jesień Twoja"

Do końca dnia towarzyszyła mi myśl, że to nieludzki dystans i nie chcę już więcej się z nim walczyć. Skupię się na biegach na 5, 10 i 21 km, przecież mam tyle do poprawienia na tych dystansach. Poza tym najbliżsi też nie chcą mnie więcej widzieć w takim stanie, jak na 42. km. Doskonale to rozumiem, ale... Gdzieś w serduchu zaczyna kiełkować żądza rewanżu.

Doświadczyłem solidnej i bolesnej lekcji pokory. Na pewno popełniłem sporo błędów, zarówno w przygotowaniach jak i na trasie. Ale wiem też, że stać mnie na znacznie lepszy wynik.

"Trenuj spokojnie, jesień Twoja." - taką wiadomość otrzymałem od kolegi z Łodzi.

DOZ Maraton Łódź z PZU 2016. "Cały misterny plan..." i "Trenuj spokojnie, jesień Twoja"

"Run Damian, run", "Biegnij, meta gdzieś blisko", "Damian! Forrest Gump i Rocky, to przy tobie mięczoki", "Dajesz Bombi!" - takie transparenty i okrzyki niosły mnie podczas DOZ Maratonu Łódź z PZU. I choć nie udało się zrealizować celu, przeżyłem bolesny kryzys, to jestem ogromnie wdzięczny za tę lekcję pokory.

 

W nocy z soboty na niedzielę budziłem się dwukrotnie. Nie ze stresu, ale bardziej z ogromnego podekscytowania, że już niedługo zmierzę się z największym wyzwaniem biegowym w życiu. Przygotowywałem się do niego solidnie od grudnia. W miarę konsekwentnie - z paroma wyjątkami, związanymi z przeziębieniem, drobnymi urazami czy lekkim przemęczeniem - realizowałem plan przygotowawczy.

Celowo za główny start obrałem DOZ Maraton Łódź z PZU, w moim rodzinnym mieście. Od kilku tygodni na trasę maratonu zapraszałem rodzinę i znajomych. Co jak co, ale obecność najbliższych, zawsze dodawała mi skrzydeł. A już w ogóle nie wyobrażałem sobie, żeby podczas tak ważnego biegu miałoby zabraknąć Pauli, mojej żony. Choć jest strasznie uparta i za nic w świecie nie zamierza zakochiwać się w bieganiu, to i tak jest najlepszym fanem na świecie. Oprócz żywiołowego dopingowania, miała mnie wspierać na rowerze, podając wodę i żele energetyczne.

Przy Atlas Arenie, sercu DOZ Maratonu Łódź z PZU, stawiłem się na godzinę przed startem. Chciałem jak najbardziej wsiąknąć w tę atmosferę, wymienić się wrażeniami ze znajomymi, wykonać rozgrzewkę i krótko omówić plan działania z pacemakerem na 3:30. Do 20. km mieliśmy biec 5:03-5:05 min/km, a drugą połowę nieco szybciej. Niestety, tempo momentami było bardzo rwane. 14. km pokonaliśmy w 4:43! Już wtedy powinno mi się zapalić czerwone światełko ostrzegawcze, żebym trochę przystopował, bo wkrótce nadejdzie najgorsze.

Na 20. km miałem odebrać żel energetyczny, ale niestety, moja urocza rowerzystka zapodziała się gdzieś na trasie. Spotkaliśmy się dopiero osiem kilometrów dalej. Dzielnie podtrzymywała mnie na duchu. Udzieliła lepszej mowy motywacyjnej niż sam Al Pacino w "Męskiej Grze" Olivera Stone'a. Ale nawet gdyby na smartfonie puściła "Going to distance" ze ścieżki dźwiękowej "Rocky'ego", to i tak nie dałbym już rady wrzucić trójki, a potem czwórki.

Niestety, to był początek wielkiej męki. Grupa na 3:30 zaczęła się stopniowo oddalać. "I cały misterny plan..." - przypomniały mi się słowa Stefana "Siary" Siarzewskiego. Co jakiś czas pojawiały się hamletowskie rozterki w stylu "biec dalej czy nie biec?". I tylko fantastyczni kibice, wspierający wolontariusze, którzy co kilka kilometrów dopingowali "Nie poddawaj się, jeszcze trochę!", kasowali negatywne myśli o przejściu do marszu, czy nawet zejściu z trasy. Pomysł z punktami kibicowania, które nawiązywały do filmów kręconych w Łodzi - był REWELACYJNY!

Wracając do mojej udręki, to niezwykle pomocną rolę odegrał również transparent o treści "Damian! Forrest Gump i Rocky, to przy tobie mięczoki", który wyłaniał mi się w najtrudniejszych momentach.

"Dajesz Bombi! Walczysz!" - usłyszałem ryk na długiej jak autostrada ulicy Wyszyńskiego w okolicach 36. km. I naprawdę chciałem się jeszcze poderwać, wykrzesać resztki sił, ale po prostu nie byłem w stanie. Wysoka temperatura i duża wilgotność zaczęły coraz bardziej doskwierać i niemal całkowicie odcięły zasilanie. Przed 40. km wyprzedził mnie jeszcze samotny pacemaker na 3:45. I znów powróciła nadzieja, że może dam radę uratować choćby ten wynik. Nogi jak z ołowiu jednak odmówiły posłuszeństwa.

Metę w Atlas Arenie przebiegłem po 3 godzinach, 50 minutach i 13 sekundach. Kiedy przekroczyłem końcową linię poczułem ulgę, ale też lekko zakręciło mi się w głowie. Po raz pierwszy po biegu zaopiekowali się mną sanitariusze. Butla z tlenem nie była jednak potrzebna. Zmierzono mi ciśnienie i poziom cukru. Odpocząłem kilka minut, doszedłem do siebie, i o własnych siłach ze znacznie lepszym samopoczuciem opuściłem obiekt.

Do końca dnia towarzyszyła mi myśl, że to nieludzki dystans i nie chcę już więcej się z nim walczyć. Skupię się na biegach na 5, 10 i 21 km, przecież mam tyle do poprawienia na tych dystansach. Poza tym najbliżsi też nie chcą mnie więcej widzieć w takim stanie, jak na 42. km. Doskonale to rozumiem, ale... Gdzieś w serduchu zaczyna kiełkować żądza rewanżu.

Doświadczyłem solidnej i bolesnej lekcji pokory. Na pewno popełniłem sporo błędów, zarówno w przygotowaniach jak i na trasie. Ale wiem też, że stać mnie na znacznie lepszy wynik.

"Trenuj spokojnie, jesień Twoja." - taką wiadomość otrzymałem od kolegi z Łodzi.

Biegacz, który stracił nogę w zamachu bombowym w Bostonie, ukończył legendarny maraton!