Lekkoatletyka: Kenijczycy biegają stadami

Polski biegacz i jego trener wrócili z treningów w Afryce. - Łydka biegacza kenijskiego ma obwód przedramienia Europejczyka, a jednak są niebywale silni - mówi polski szkoleniowiec, który poprowadził kilka treningów mistrza olimpijskiego
Radosław Leniarski: Gdy szykowaliście się do wyjazdu do Kenii w końcu listopada mówiliście, że jedziecie, aby podpatrzyć Kenijczyków, aby zrozumieć, dlaczego biegają tak szybko. Udało się?

Tomasz Lewandowski, trener i starszy brat najlepszego polskiego ośmiusetmetrowca Marcina Lewandowskiego, finalisty mistrzostw świata w konkurencji zdominowanej przez Afrykanów: - Udało się prawie wszystko. Mieliśmy nieograniczony dostęp do wszystkich mistrzów, którzy tam właściwie biegają stadami od rana do nocy. Z Wilfredem Bungeiem, na którego zaproszenie przyjechaliśmy i u którego mieszkaliśmy, rozmawialiśmy w każdej kwestii bardzo otwarcie - o menedżerach, mityngach, wspomaganiu, logistyce. On jako mistrz olimpijski i gwiazda lekkoatletyki dzielił się z nami wszystkim, co wiedział. Poznaliśmy, jak oni to robią. Mało tego, ja prowadziłem kilka treningów Wilfreda. Pozwolił mi na kontrolowanie treningów za pomocą

testów krwi na zakwaszenie. Takie informacje - dzięki którym mogłem porównywać Marcina do mistrza olimpijskiego na ich wspólnych treningach - są po prostu bezcenne, bo nieosiągalne dla trenerów. Bungei przez siedem miesięcy w roku sam trenuje i dopiero, gdy przyjeżdża do Europy na sezon mityngowy, widzi go jego włoski trener. Ten trener, mój dobry znajomy, prosił mnie nawet, abym doglądał Wilfrieda na treningu i w miarę możności poprawiał.

Dlaczego Wilfred to robił? Przecież Marcin i on są rywalami?

- Ale nie wrogami. Teraz jesteśmy przyjaciółmi i rywalami. Jak mówił, robi to dla wspólnej korzyści, bo on chce mieć na bieżni godnych siebie rywali. Dzięki temu konkurencja, w jakiej startuje, jest bardziej atrakcyjna. Żeby zrozumieć podejście Bungeia do sportu, i w ogóle Kenijczyków, trzeba poznać dogłębnie ich mentalność, tradycje, historię, bo różnice między nami są olbrzymie. Na przykład u nas bieda szybko łączy się z alkoholizmem, przemocą, przestępstwami, a u nich z większą solidarnością, silniejszymi więzami z rodziną. Bungei pierwsze kroki stawiał dzięki zbiórce sąsiadów z okolicznych wiosek, którzy naprawdę nie są milionerami. Teraz jeździ po wioskach i sam uczestniczy w akcjach zbierania pieniędzy dla młodych zawodników. Uważa, że musi oddać to, co dostał od społeczności.

Czy z tych porównań na treningach czegoś się pan dowiedział?

- Najogólniej, że podczas długich treningów wytrzymałości obaj -Wilfried i Marcin - mają bardzo podobne parametry krwi po wysiłku, ale Marcin znacznie szybciej się regenerował. W treningach siłowych i szybkościowych Bungei wypadał lepiej - ma życiówkę na 400 m 45,03 s i byłby w Polsce najlepszym czterystumetrowcem (rekord Polski wynosi 44,62, a w zeszłym sezonie najlepszy czas to 45,77). Może to wynikać z tego, że Kenijczycy siłę i szybkość kształtują tylko w terenie. Trening szybkościowo-siłowy robi się na podbiegach. W Europie biegacz, jak widzi podbieg na treningu, to wyłącza stoper i wchodzi na górę piechotą. Widziałem to wielokrotnie. W Kenii biegacze przyspieszają pod górę. Dzięki temu podczas startu są wstanie zmiennym tempem wykończyć każdego. W sumie mam tyle spostrzeżeń, notatek, wyników treningów i badań, że jak pisałem raport dla Polskiego Związku Lekkoatletyki, to nie potrafiłem tego wszystkiego ująć. Muszę to opublikować w szerszej formie.

Czy można po prostu ich styl trenowania dostosować do europejskiego I dzięki temu zacząć z nimi wygrywać?

- Ich stylu Europejczyk nie będzie w stanie wytrzymać. Trening przed śniadaniem, na śniadanie słodka herbata z mlekiem, po południu drugi trening po obiedzie, w którym tylko Bungei miał ryż i fasolę, bo reszta biegaczy ryż je rzadko, taki to rarytas. My trzy razy dziennie jedliśmy fasolę na różne sposoby. Trening właściwie jest tylko biegowy. Żadnej rozgrzewki, rozciąganie tylko wtedy, gdy ja prowadziłem zajęcia. Żadnej siłowni. Jeśli ktoś obserwuje biegi w telewizji, na pewno zwrócił uwagę, że łydka biegacza kenijskiego ma obwód przedramienia Europejczyka. A jednak są niebywale silni, siłą wytrenowaną w sposób naturalny, na trasie biegowej. Odwrócę pytanie i powiem, że gdyby Kenijczycy byli w stanie przeprowadzać u siebie trening ze wszystkimi

europejskimi dodatkami i według naukowych metod opracowanych w Europie, ich przewaga byłaby dużo większa niż teraz. Byłem na konferencji w Finlandii, gdzie prelegent stwierdził żartem, że jedyny sposób na przerwanie dominacji Kenijczyków

w biegach to wielka inwestycja McDonald's w Kenii i akcja "Playstation dla każdego Kenijczyka".

Jak się dowiedzieć, jakie są efekty wyjazdu? Bo jeśli pozytywne, to może warto to powtórzyć?

- Zaraz po powrocie zrobiliśmy pełną diagnostykę w instytucie medycyny sportowej w Berlinie. Baliśmy się o nie, bo Marcin gdy wyjeżdżał do Kenii, miał słabe jak na niego wyniki krwi. Baliśmy się, że wysokogórski, ciężki trening, egzotyczna dieta mogą spowodować nawet głęboki kryzys formy. Znam przypadki, że jak biegacz przesadził z pracą w wysokich górach, nie potrafił wyjść z kryzysu przez pół roku. Dlatego byliśmy tak ostrożni w Kenii. Tymczasem okazało się, że wyniki są fantastyczne. Drugie lub trzecie z najwyższych w karierze Marcina. Marcin przeszedł bardzo progresywny test wytrzymałości polegający na coraz szybszym biegu aż do tzw. odmowy organizmu. Rok temu nie ukończył tego badania, gdy musiał biec w tempie 21 km na godz., co już jest wynikiem światowym. Teraz mało brakowało do ukończenia dwukilometrowego odcinka z prędkością 23 km/godz! To wynik niebywały i lekarz prowadzący aż łapał się za głowę z wrażenia, przy czym i ten wynik byłby lepszy, gdyby nie ograniczenia samej aparatury. Nie da się biec po przesuwnej bieżni, między poręczami, z całym orurowaniem, okablowaniem, w tempie mistrzowskich zawodów. Za dwa dni wyjeżdżamy na kolejne zgrupowanie i znów zrobimy badania. Moim zdaniem mogą być nawet lepsze, ze względu na przesunięcie w czasie szczytu produkcji erytrocytów w organizmie. A to już byłaby rewelacja. Najważniejszymi zawodami w tym roku będą mistrzostwa Europy w Barcelonie. Jeżeli Marcin zdobędzie medal, będzie mógł walczyć o indywidualny kontrakt z ministerstwem, taki jak mają Tomasz Majewski, Anita Włodarczyk czy Justyna Kowalczyk.

Jaki jest cel?

- Zdobyć ten medal. Będzie trudno, bo Marcin dopiero wchodzi w pełny seniorski wiek, bo rywalami będą Jurij Borzakowski, Bram Som, Hiszpanie na własnym stadionie, Brytyjczycy szykujący się do igrzysk w Londynie. Ale medal jest celem. Bungei trzyma kciuki i mówi, że wierzy w zwycięstwo Marcina. Dla niego byłaby to reklama, o jakiej marzy. Nie, nie chodzi o reklamę jego osoby, ale o reklamę Kenii, jego pięknego rodzinnego kraju. Jemu też taka reklama by się przydała, to pewne. Myślimy o tym, aby powtórzyć wyjazd. Nie chcemy narzucać się Bungeiowi, choć nie wiem, czy by się nie obraził. Ale to dla niego i dla nas obciążenie. Tam nie ma chwili spokoju, bo zawsze znajdzie się jakiś synek Wilfreda albo krewny, który chce pogadać z mzungu, czyli białym gościem. Zostawiłem tam tylko jedną wizytówkę - namawiałem brata Wilfreda, który ma życiówkę 2,08 w maratonie, do startu w Polsce - ale praktycznie codziennie dostaję SMS-a z prośbą o wyznaczenie planu treningowego, bo wizytówka prawdopodobnie robi już rundę w kolejnym miasteczku. Jeśli pojedziemy jeszcze raz, to do ośrodka Lorny Kiplagat w Iten. Ale efekty tego wyjazdu już teraz są rewelacyjne, więc dlaczego go nie powtórzyć. Oczywiście może się okazać, że popełnimy błąd w marcu i sezon nie będzie tak udany, jak sobie to wymarzyliśmy, jednak na pewno nie z powodu wyjazdu do Kenii.

Anita Włodarczyk jakiej nie znacie »