Historie biegaczy. Sportowy pamiętnik "od Czepiaka do maratonki"

Część trzecia
Mam myśl, z którą zasypiam i z którą budzę się, cel, który powoduje uśmiech na twarzy, czyli taki dłuższy bieg na literę M. Marzę, żeby go skończyć, byle nie ostatnia i miło by było nie na czworakach

 

Równie ważne co samo truchtanie było to, co zaczęło się dziać w mojej głowie po początkach biegania, nie wiem czy nie ważniejsze. Jakieś stany lękowe powoli, bardzo powoli, odchodziły w dal, strach przed kontaktami z ludźmi pozostał, ale - co dla mnie ciekawe - nie bałabym się wziąć udziału w M. (czyli maratonie), mimo tylu ludzi.


Udało mi się przekonać moją mamę, która mnie utrzymuje, do zakupu butów biegowych. Dla mnie to był bardzo duży wydatek, wydatek konieczny, udowodniłam sobie, że ich potrzebuję, udało mi się udowodnić to także mamie. Miałam to szczęście, że miałam dobry, podtrzymujący stanik i koszmarny sen z podstawówki z podskakującym biustem pozostał tylko snem.


Snułam plany i marzenia, bo skoro realizując plan, ja - ostatnia w klasie we wszelkich zajęciach na w-f - nauczyłam się truchtać po te kilka minut (to już coś!), to M., którego przebiegnięcie kojarzyło się do tej pory z wyprawą na Księżyc (serio, takiego porównania użyłam kiedyś, ale po czasie wiem, że nie ja jedyna) wymaga tylko czasu i biegania, biegania, obniżenia tętna i biegania. Ba! są plany, według których posiadając na starcie umiejętność biegania na poziomie 30 minut możesz po np. 24 tygodniach stać się osobnikiem M! Trzeba biegać, biegać i biegać i dać czasowi czas.


Ok, mam buty, stanik, zwykły zegarek z tarczą, jakieś oddychające ciuchy sportowe z lumpeksów (papa bieganie w mokrej bawełnie), piszczele poczekały ponad miesiąc na ponowne użycie. Machina rusza dalej, co ciekawe zaczęłam ponownie od cztery razy 6/1 i było mi dużo łatwiej po tym miesiącu przerwy, niż poprzednio (może dlatego też, że waga poszła w dół).

 

Skończyłam plan truchtacza, cały czas mając w głowie zdanie "Nie jakbyś gonił autobus, ale towarzyszył przedszkolakowi na rowerze". Absolutnie wielbię to zdanie, to moje motto przez dobrych kilka miesięcy. Miałam dylemat, czy robić drugą część planu? czy wydłużać czas truchtania? czy może wprowadzać przebieżki? czy biegać bardziej interwałowo? Wybrałam opcję z wydłużeniem czasu truchtania, bo to ono sprawiało mi najwięcej przyjemności. Po jakimś czasie byłam dumna z "truchtu" 60- i 90-minutowego, i tego, do którego specjalnie się nastawiłam czyli do dwugodzinnego (wyszedł coś ponad 2.20 czy 2.30, nie pamiętam). Tak mniej więcej tuptałam, potem dołożyłam przebieżki na koniec (po 40-60 kroków) lub zabawę Danielsa: 20 kroków wolno, 20 szybko, 30 wolno, 30 szybko, aż do 60 i w dół (czasem robiłam do 100). Doszłam do dwóch prawd: jak zacznę za szybko biec na początku, później jest mi ciężko (ale po porządnym uspokojeniu tętna da się ''włączyć lekkość'', jest to trudne i nie zawsze się udaje) i prawda nr 2: najprzyjemniej biega mi się po 30-40 minutach, czasem godzinie, podobno wtedy zaczynają zalewać nas endorfiny, a może to wtedy problemy stają się już przemyślane, i mogę zacząć myśleć o samym biegu?


Tak dotuptałam do mniej więcej grudnia. Zaczął się etap zimowego doła, ogromnych nieprzyjemności w domu, zimna, padło kilka zdań, które bolą do dziś, a które dotyczyły biegania i zmiany nawyków żywieniowych. Biegało mi się ciężko, nie z powodu pogody, mrozu, choć zamarzające łzy są nieprzyjemne, ale mułu w głowie, podkopania własnej wartości. Potem doszło przekopywanie się przez śnieg do kolan, byłam słaba, głównie w głowie i za którymś razem nie wyszłam pobiegać. Nie jest to usprawiedliwienie, zima była jednakowa dla wszystkich, pamiętam komentarze biegających Stałych Komentatorów spod bloga Wojtka Staszewskiego.

 

Jak to wygląda dziś? Schudłam z rozmiaru 48 do 38/36, odżywiam się podobnie jak w trakcie odchudzania (zasady zostały, tylko kaloryczność zwiększyłam). Nadal jem sześć razy dziennie, tyle że - inaczej niż kiedyś - co trzy godziny jestem faktycznie głodna. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia jem niedietetyczne rzeczy (według mojej teorii, czekolada, tiramisu, bita śmietana nie mają kalorii, wartość ciastka wyznacza fakt, czy jest ono smaczne, czy nie). Pokochałam pieczenie ciast, nie tyję nawet po wielkim świątecznym obżarstwie. BMI w normie, ale w górnej granicy. Nie obraziłabym się gdybym jeszcze trochę schudła, zwłaszcza w centymetrach, a nie wadze. Ale schudnięcie nie jest priorytetem, podobam się sobie. Ważniejszy jest M.


Do połowy kwietnia z powrotem wdrażałam regularne truchtanie, czyli wydłużałam je do 1,5 godziny, ale z przebieżkami na koniec. Nie cierpię szybko biegać, raz poznałam smak BC2, 30 minut. Okropne, zanim się rozbiegam, już koniec, a zmachanie jest nieadekwatne do przyjemności.


Chcę spróbować zostać tym M., obiecałam to sobie. Przekopałam różne plany, ale mam ogromny sentyment i szacunek do propozycji Wojtka Staszewskiego. Rok temu przygotowywałeś drużynę gazetową do Maratonu Poznańskiego, o tu http://pbmaraton.blox.pl/ Przejrzałam dość dokładnie te plany, w założeniach są bardzo zbliżone. Zdecydowałam się zostać Magdą Żakowską 2 ;) (bo palę, mniej niż kiedyś, ale jednak, regularnie truchtam i ćwiczę siłowo), pewnie równie dobrze mogłabym robić kogoś innego lub plan dla wszystkich w wersji zaawansowanej (chyba bardziej pasuję do tego planu niż do początkujących). W każdym razie nie mam sensownego argumentu na pytanie dlaczego ten plan, a nie inny. Nie wydaje mi się, żeby na moim poziomie miało to większe znaczenie.


Zaczęłam realizować plan, przebiegłam 1,5 tygodnia i pojawił się problem z piętą, podejrzewałam rozcięgno. Jeżeli to ono, nie mam szans na M. na jesieni, jeżeli coś innego (wierzę w to), mogę próbować. Mroziłam, rozciągałam, 10 dni przerwy i 9 maja wróciłam do biegania, wyszło 40 min., z przerwą na dosznurowanie butów (eksperymentuję ze sznurowaniem i wkładkami) i lekkie rozciąganie problematycznych miejsc (u mnie: stopy, podkolanowe, biodra). Wprowadziłam dodatkowo rozgrzewkę i delikatne rozciąganie przed bieganiem (wcześniej uważałam, że trucht wystarczy). Oczywiście rozciąganie PO jest, aktualnie zmieniłam różne dziwne figury w zestaw ćwiczeń wg Marszałka. W każdym razie następnego dnia po tym bieganiu było wszystko w porządku. Mam świadomość, że powinnam zaznajomić się z fizjoterapeutą, jest coś nie tak ze stawianiem stóp, koślawieniem kolan, na razie nie mam takiej możliwości.


Dla porządku: jedyny sprzęt, jaki mam, to zwykły zegarek i umiejętność posługiwania się mapmyrun, przy czym w lesie jest kiepsko z dokładnymi pomiarami. Mam trasę kontrolną, taką główną leśną drogę - ma 8,59 km (lub 9, gdy zaczynam od razu z domu). W październiku było to 60-65 minut, teraz 52, ale na końcu na pewno nie był to I zakres (nagięłam wyjątkowo plan, jesienią było podobnie, chciałam mieć porównanie). W pierwszym tygodniu biegania wyszło jakieś 30-35 km (nie chcę mi się wierzyć, że aż tyle), ale byłam zmęczona tymi pięcioma dniami biegowymi w tygodniu.

 

Przeszłam długą drogę, od grubasa po względnie szczupłą kobietę. Cele, które miałam w ubiegłym roku osiągnęłam. Niektóre były całkiem poważne, np. mniejsze ryzyko cukrzycy i reszty chorób metabolicznych, inne zabawne: mam piękne, wystające obojczyki (uwielbiam je!), mam kości biodrowe (wcześniej zaginęły pod warstwą tłuszczu), ładne przedramiona (tam też są mięśnie, ciekawe), w miarę ładne ramiona, czasem nawet cień żyły na bicepsie. Biegam, ćwiczę, nie choruję. Znalazłam zwycięzcę w odwiecznym sporze buty czy torebki (torebki! bo po odchudzaniu 90 proc. butów okazało się za dużych, nie wiedziałam, że stopy ''chudną'') oraz pierścionki czy kolczyki (kolczyki, bo pierścionki zachowują się jak buty). O zmianie całej - poza torebkami, apaszkami, szalami i skarpetkami - garderoby nie muszę chyba pisać? Dla mnie to akurat spory problem z uwagi na fundusze. Wiem, że kiedyś będę musiała wyrwać się z układu rodzinnego, w którym tkwię, jeszcze do tego nie dojrzałam, ale ubiegły rok pokazał, że jak chcę, to mogę. Ktoś dowiedział się o mnie, moja pseudoprzemiana zaimponowała mu i wyciągnął pomocną dłoń, ale to ja sama muszę podejmować życiowe decyzje.

 

Mam myśl, z którą zasypiam i z którą budzę się, cel, który powoduje uśmiech na twarzy, czyli taki dłuższy bieg na literę M. Marzę, żeby go skończyć, byle nie ostatnia i miło by było nie na czworakach. Tak jak kiedyś pisał Wojtek Staszewski, ''każdy ma swojego smoka (...). Ta setka jawiła mi się jak olbrzymi groźny smok. Naprawdę się go bałem''. Wiem, że to już nie jest tylko truchtanie dla przyjemności, tylko realizacja planu, który ma nauczyć mnie biegać, w którym pojawiają się te elementy treningu, które lubię bardziej i te, które lubię mniej. Ale to też tylko plan - takie spinanie się, jakie miałam na początku bycia Magdą Żakowską 2, nie było właściwe. Truchtanie na początku też było wysiłkiem, ale i przyjemnością, chciałabym by z bieganiem przez duże 'B' było podobnie.

  


Dalszy ciąg historii Czepiaka już wkrótce na www.polskabiega.pl

Poprzedni odcinek znajdziesz tutaj.

Jeśli i Ty chcesz podzielić się swoja biegową historią, napisz do nas: polskabiega@agora.pl