Po zawale uprawiam sport intensywniej

Nawet po ostrym zawale serca można normalnie funkcjonować, uprawiać sport - w tym bieganie - chociaż ono jest akurat nudne, a Polska Biega to świetna akcja, ale trochę doktrynerska - rozmowa z wiceprezesem Pracowni Badań Społecznych DGA Ryszardem Pieńkowskim.

Piotr Pacewicz: Porozmawiajmy o twoim zawale.

Ryszard Pieńkowski: Czuję opór, by wystąpić w roli celebryty, ale jeśli ta rozmowa będzie inspiracją choćby dla jednej osoby, żeby coś zrobić dla swego zdrowia, to warto.
To był kwiecień 2008 roku, miałem 53 lata. Ostry zawał serca, ściany przedniej.

Z zaskoczenia?

- Sam sobie jestem trochę winny. W okolicach czterdziestki miałem próbę wysiłkową, czyli badanie serca podczas truchtu i biegu na elektrycznej bieżni, EKG pokazało niedokrwienny proces, coś w rodzaju choroby wieńcowej. Lekarze uważali jednak, że to może być tzw. fałszywa próba dodatnia. Nie miałem przecież żadnych bólów, 4-5 razy w tygodniu uprawiałem ostro sport. Teraz wiem, że latami działał sobie tzw. cichy zabójca, czyli podwyższone ciśnienie tętnicze: skurczowe 150, a nawet 160, rozkurczowe - 90--100, dużo jak na młodego człowieka. Nie leczyłem tego. Miałem też wysoki cholesterol, ale uspakajałem się, że przecież odżywiam się zdrowo i od czasów studenckich ważę wciąż te 72 kg przy wzroście 170. Wniosek: trzeba się badać,

Świetna forma odebrała ci czujność.

- Ale kiedy przekroczyłem pięćdziesiątkę, koledzy lekarze mówią, że czas zobaczyć, co tam słychać w sercu. Poszedłem na koronarografię, czyli wprowadzanie cewnika aż do tętnic wieńcowych doprowadzających krew do mięśnia serca, niemiły, inwazyjny zabieg. I nagle lekarz mówi, że jedną tętnicę mam zwężoną w 75 proc., poziom subkrytyczny. Zostawiamy czy stentujemy? Pytam, co mnie czeka. On: ''Nie ma odpowiedzi, tętnica może się całkiem zamknąć albo możesz długo żyć jakby nigdy nic''.
Jako człowiek kochający naukę mówię: stentujemy. Założył mi stent nowego typu, który nie tylko rozpycha tętnicę, ale uwalnia też leki chroniące przed zakrzepem. Kilka miesięcy po zabiegu powtarzam próbę wysiłkową - objawy niedokrwienia zniknęły! Wracam do swego trybu życia, mijają dwa lata i nagle Ból, którego z niczym nie da się porównać. Czujesz taką obręcz od środka, za mostkiem, ból rozrywa, dławi, niby nie ma problemu z oddychaniem, ale ciężko to idzie. To nie są żadne ukłucia w okolicy serca, które każdy czasem ma. Zbiera mi się też na wymioty.

To było w nocy czy w dzień?

- Nie wiem, czy się przyznać Podczas gry w piłkę. Nikomu nic nie mówię, wsiadam do samochodu i jadę do szpitala.
Taka ambicja, żeby nie pokazać innym zagrożenia swego zdrowia czy nawet życia. Parę razy traciłem w życiu przytomność i dopóki mogłem, udawałem, że to nic takiego, po wypadku narciarskim zrywałem się i padałem parokrotnie: ''Nie, nie, nic mi nie jest'' O co chodzi?

Jakiś atawizm, żeby cię ten drugi zwierz nie zagryzł? A może męskie wychowanie do dzielności?

- Głupia ambicja, fakt. Wszyscy czterej faceci, z którymi leżałem na kardiologii, sami przyjechali do szpitala! Jeden zaparkował, wysiadł i padł. Tak się nie powinno robić, przestrzegam, prowadząc auto w takim stanie, narażamy nie tylko siebie. W szpitalu zajęli się mną fantastycznie, szybko zrobili koronarografię. Okazało się, że skrzep zrobił się w stencie, rzadkie powikłanie. Zawodowo mam do czynienia z rachunkiem prawdopodobieństwa, a to było zdarzenie...

...statystycznie niemożliwe.

- ...bardzo mało prawdopodobne. Dr Sławomir Burakowski przetkał stent, zbalonikował tętnicę. W 20 sekund było po bólu, mogłem wstać i iść do domu. Tydzień poleżałem na obserwacji, wyszedłem, stopniowo wracałem do normalnego życia.

Zawałowi towarzyszy zwykle lęk.

- Tak bardzo się nie bałem. Wiedziałem, że to pewnie zawał i że kluczowy jest czas, że mam 40-60 minut. W Polsce sieć kardiologiczna jest dziś tak gęsta jak niemal nigdzie na świecie, można dostać pomoc wystarczająco szybko.

Dostałeś leki?

- Poważniejsze przez rok, półtora roku. Teraz łykam aspirynę i statyny, które zmniejszają produkcję cholesterolu. Blaszki miażdżycowej nie usuniesz, statyny ją stabilizują, zmniejszają szansę, że kawałek blaszki się oderwie i będzie znowu zawał albo zator. Kontroluję też ciśnienie.

Serce jest zniszczone?

- Wytrenowane sportowo serce wytwarza krążenie oboczne i podczas zawału mięsień poniżej zatkanej tętnicy wciąż dostawał krew, nie umarł. Wydolność mego serca się prawie nie zmieniła.

Dla was bieganie to religia, modlitwa może być samotna. Wolę sporty towarzyskie: tenis, piłkę.  Czasem potruchtam te 5 czy 10 km wzdłuż morza, ale bieganie jest nudne

Masz 56 lat i trzy lata po zawale wciąż uprawiasz sport.

- Dokładnie jak przed zawałem. Jak słyszę opowieści o dzielnych facetach, którzy po 40 latach wracają do sportu, albo kobietach, które po odchowaniu dzieci zaczynają biegać, to się uśmiecham. Ja właściwie nigdy nie wyrosłem ze sportu szkolnego. Nie jestem szczególnie utalentowany motorycznie, po prostu lubię wysiłek, który podnosi poziom endorfin, poprawia samopoczucie. Ruch plus trochę przyjacielskiej rywalizacji. Tenis jest wspaniały, połączenie dynamicznego biegu i precyzyjnej techniki. W piłce nożnej uwielbiam te zbiorowe emocje.

Na jakiej grasz pozycji?

- Przed zawałem pomocnik ofensywny, teraz raczej z tyłu, ale czasem idę na bramkę. Kocham narty, w tym sezonie byłem cztery razy. Wyjeżdżamy w kilka rodzin, mnóstwo przyjaciół, w przerwie siedzimy sobie na tarasie, pijemy bombardino. Narty dają też kontakt z naturą nieosiągalny na nizinach, jedziesz wyciągiem i masz to niesamowite poczucie oderwania. Cisza. Po tygodniu wracam, jakby mnie nie było przez miesiąc. Kiedyś jeździłem też na łyżwach, mój ojciec był łyżwiarzem. Nasze córki, Marta - 20 lat, Ola - 30, właśnie urodziła dziecko, zostałem dziadkiem, są świetnymi narciarkami. Marta gra fantastycznie w tenisa. Taki był klimat w rodzinie, mieliśmy czas, bo nie oglądaliśmy telewizji.

A bieganie?

- Dla ciebie to religia, ja też biegam, nie da się inaczej, jak się mieszka cztery minuty od plaży. Ale tylko gdy np. pada i tenis nie wchodzi w grę. Zrobię 5-10 kilometrów wolno, wzdłuż morza, coraz więcej ludzi tu biega, w weekend można spotkać premiera Tuska (pauza). Mam nadzieję, że moja lekarka, prof. Maria Dudziak, tego nie czyta, bo uprawiam sport intensywniej, niż ona doradza: nie przekraczaj tętna 120-130 na minutę i 20 minut większego wysiłku. Żadnego sprintu na bezdechu, biegania na długu tlenowym itp.
Ale ja nie jestem typowym zawałowcem, zwykle dopada to kogoś, kto ma te 60 lat plus minus pięć i od ostatniego WF nie ruszał się, ma nadwagę, nie daj Boże pali. Gdyby po incydencie kardiologicznym zaczął ostro trenować, mógłby sobie zaszkodzić. Najlepsze dla zawałowców jest pływanie albo nordic walking, całe tłumy chodzą w Trójmieście wzdłuż morza z kijkami. Nie obciąża się stawów, odciąża kręgosłup, całe ciało jest w ruchu. Kijki dają też poczucie stabilności.

Jesteś wiceprezesem prężnej firmy demoskopowej.

- Po zawale dostałem SMS-a od prof. Dudziak: ''Wyciągamy wnioski, mniej stresu''. Dalej pracuję od rana do wieczora, ale spokojniej, już wiem, że każdy problem można rozwiązać - póki się żyje. Z moim wspólnikiem i przyjacielem Krzysztofem Koczurowskim, świetnym tenisistą zresztą, propagujemy w firmie sport, z funduszu socjalnego opłacamy ludziom basen czy fitness. W zeszłym roku wynajęliśmy stadion w Sopocie i zrobiliśmy wszystkim test Coopera, 12 minut biegu bez przerwy, ile kto da radę. Średnia wieku w firmie, nawet z nami, nie przekracza pewnie trzydziestki.

Polska Biega...

- ...świetna akcja, ale jesteście trochę doktrynerami. Każdy musi dobrać sport, w którym się rozsmakuje. A jeszcze lepiej uprawiać kilka dyscyplin, jest jeszcze rower, squash, taniec, koszykówka. Jest w czym wybierać i wszystko warto połączyć z życiem towarzyskim. Chyba że jest to samotnicze bieganie.

rozmawiał Piotr Pacewicz

Ryszard Pieńkowski, wiceprezes Pracowni Badań Społecznych DGA, mieszka w Sopocie

Dołącz do nas na Facebooku