"Wykorzystać jego pomyłkę byłoby po prostu nie fair"

Mógł wygrać. Na ostatnich metrach biegu na 10 km zorganizowanego przy okazji Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie jedyny zawodnik, który był przed nim pomylił drogę. Krzysiek zawołał go i powiedział: "Nie tu! Tam jest meta!", zaczekał na niego i ukończył bieg jako drugi. "Ktoś napisał, że ten facet, który tak postąpił nie mógł być Polakiem, bo nie dość, że na niego poczekał to jeszcze go przepuścił, a gdyby był Polakiem to pewnie dodatkowo podstawiłby mu nogę."

Z Krzysztofem Pietrzykiem, nową ikoną fair play w polskich biegach, rozmawiał Maciek Tracz.

Spotkałem się z Krzysztofem Pietrzykiem tydzień po Łódź Maratonie Dbam o Zdrowie na kolejnych zawodach organizowanych w ramach Pucharu Maratonu Warszawskiego w Łodzi. Krzysztof jak zwykle na tej imprezie przybiegł na metę pierwszy. Gdy poprosiłem go o rozmowę na temat biegu na 10 km i zdarzenia jakie podczas poprzedniej imprezy miało miejsce z jego udziałem wydawał się być zaskoczony, szczególnie szumem medialnym jaki powstał wokół jego osoby. Zwykle jak przywoził jakieś trofea, medale, czy wyróżnienia z licznych imprez w jakich startował dziennikarze odnotowywali te fakty jako kolejną informację do działu sportowego. Teraz przybiegł na metę jako drugi zawodnik, ale zainteresowanie jego osobą było większe niż zwycięzcą.

MT: Od kiedy rozpoczęła się twoja przygoda z bieganiem? Jak dawno temu?
KP: Oj dawno, dawno. Pierwsze kroki postawiłem pod skrzydłami pana Antoniego Tomczyka jak byłem w VII klasie szkoły podstawowej. Miałem wtedy 14 lat. Wyjeżdżałem wtedy na obozy sportowe na Słowację. Były to 2 lata intensywnego biegania, że tak powiem "galantego". Po tym czasie jak to się często zdarza nagle przestałem biegać. Był to jak u wielu młodych chłopaków taki głupi okres między 15 a 18 rokiem życia. Najgorsze lata dla chłopaka.  I choć wspominam go bardzo miło to biegowo się przestałem rozwijać. Dopiero jak wydoroślałem i miałem 19 lat…

W tym roku w maju wychodziłem na przykład o godzinie  piątej na rozruch, a trening właściwy przeprowadzałem po południu. To pierwsze 40 minutowe rozbieganie zastępowało mi poranną kawę.


MT: O to bardzo szybko wydoroślałeś.
KP: 4  lata mi to zajęło. Jak miałem 19 lat w lutym 1998 roku spotkałem znowu trenera Tomczyka, który poinformował mnie o tym, że organizuje GP Koluszek i zachęcił mnie do startu. No i tak od tego momentu zacząłem znowu biegać. Tym razem na poważnie.

MT: Startujesz w bardzo wielu imprezach. Zdarza ci się, że w tygodniu potrafisz pojawić się na 2 – 3 zawodach. Zgadza się?
KP: No tak, zdarza się. Na przykład wczoraj startowałem na 15 km i dzisiaj na 15km. Ale rzeczywiście są takie tygodnie że 2-3 razy to mój standard.

MT: Ile czasu poświęcasz na treningi?
KP: Teraz zdecydowanie mniej niż jeszcze parę lat temu. Wiesz założyłem rodzinę. Żona, dziecko, praca zawodowa. To już nie te czasy kiedy byłem studentem i mogłem sobie pozwolić na trening 2 razy dziennie. Mocny i intensywny. Jego efektem był między innymi wyjazd na Mistrzostwa Świata w Biegach Górskich. Teraz uważam, że jestem w zdecydowanie gorszej formie niż kilka lat temu. Treningu jest mniej. Biegam codziennie do  około 15 km a w soboty i niedziele do maksymalnie 20 km. W tym roku w maju wychodziłem na przykład o godzinie  piątej na rozruch, a trening właściwy przeprowadzałem po południu. To pierwsze 40 minutowe rozbieganie zastępowało mi poranną kawę. No wiesz, bo nie od dziś wiadomo, że kawa to podstawa. Ale na razie z tego zrezygnowałem.

MT: Rozumiem, że praca pozwala ci godzić obowiązki zawodowe z Twoim hobby.
KP: Mam fajną pracę. Jestem nauczycielem wychowania fizycznego. Jest to ten zawód o którym zawsze marzyłem. Można wszystkie doświadczenia które zdobyło się na zawodach i na treningach przekazywać młodym osobom. Chociaż młodzież nie garnie się tak do biegania. Wiadomo, że podstawa to piłka nożna, siatkówka i koszykówka. Bardzo jestem zadowolony, że udaje mi się zaszczepić bieganie u paru młodych osób z mniejszym a czasem większym skutkiem.

MT: Bieganie wbrew pozorom nie jest łatwe.
KP: Oczywiście, że nie jest łatwym sportem. To jest ciężki kawałek chleba. Wiedzą o tym wszyscy, którzy biegają. Zmobilizować się kiedy jest - 15°C, albo jest błoto, pada deszcz lub dla odmiany jest upał ponad 30°C. Zmobilizowanie się do wyjścia na trening w takich warunkach wymaga wielu poświęceń i hartu ducha.

MT: Ostatnio odbył się maraton w Łodzi z biegiem towarzyszącym na 10 km, w którym brałeś udział i zająłeś drugie miejsce. Przypomnij mi jaki miałeś czas?
KP: 33:23. Chciałem pobiec poniżej 33. To była bardzo dobrze ustalona trasa ale warunki pogodowe bardzo trudne.

MT: To prawda. Delikatnie mówiąc było bardzo ciepło. Chciałbym żebyś opowiedział co się wydarzyło na ostatnich metrach?
KP: Na ostatnim łuku przed skrętem od Atlas Areny zorientowałem się, że mający nade mną przewagę ok. 100 m Sebastian Kosęda z Łowicza z klubu AZS Warszawa pomylił drogę. Dosłownie przed ostatnią prostą pomylił trasę i pobiegł w przeciwnym kierunku. Gdy dobiegłem do punktu gdzie pomylił trasę poczekałem na niego aż mnie dogoni. Powiedziałem mu, że nie będziemy się ścigać tylko ja wbiegnę na metę jako drugi zawodnik. Nie widziałem innego rozwiązania. Sebastian cały czas miał nade mną wyraźną przewagę, wykorzystać jego pomyłkę żeby odwrócić bieg zdarzeń to by było po prostu nie fair. Był pierwszy i z taką lokatą ukończył ten dystans.

MT: Miałeś szansę być pierwszy?
KP: Oczywiście,  ale to by było bardzo nieuczciwe względem Sebastiana. Swoją drogą myślał, że mogę zmienić zdanie i chcieć się z nim ścigać, ale nie zrobiłem tego. Duży szum się wokół tej sprawy zrobił, zupełnie niepotrzebnie. Tak zrobiłem, bo tak chciałem.

Ktoś napisał, że ten facet, który tak postąpił nie mógł być Polakiem, bo nie dość, że na niego poczekał to jeszcze go przepuścił, a gdyby był Polakiem to pewnie dodatkowo podstawiłby mu nogę.


MT: Jak w takim razie skomentujesz finisz pań na trasie maratonu? Kiedy Agnieszka Janasiak przewracała się ze zmęczenia i tę sytuację wykorzystała Maryna Damantsevich. Ona nie miała skrupułów żeby ją wyprzedzić.
KP: Maratony to zupełnie inna bajka. Ciężko kogoś oceniać. W przypadku rywalizacji pań żadna z nich nie popełniła błędu, nie pomyliła trasy.  To znaczy tu było ściganie do ostatnich metrów. Jedna z nich okazała się mocniejsza od drugiej. Jedna wykorzystała niedyspozycję drugiej. Sprawa wydaje się być czysta i klarowna. To są przecież zawody. Takie sytuacje się zdarzają niemal na każdym biegu. No Ok. może nie aż tak spektakularne jak w tym przypadku.  Podobnie było u nas. Sebastian w tym biegu był mocniejszy i szybszy. Wygrał bo wygrać powinien. Kilka lat temu podczas mBank Maratonu rozgrywanego w temperaturze grubo ponad 30° C miałem następującą sytuację. Na półmetku prowadziłem. Miałem 8 min przewagi nad drugim zawodnikiem ale niestety zabrakło mi „prądu” żeby wygrać. Często tak jest, że się przegrywa na ostatnich 200 metrach. Cóż życie.

MT: Jak się odnajdujesz w tym medialnym szumie, który wokół Ciebie powstał?
KP: Rzeczywiście zrobiło się małe zamieszanie wokół mojej osoby. Po biegu rozmawiałem z czterema kumplami. Byli zdumieni, że do mety dobiegliśmy z Sebastianem z różnicą jednej sekundy. Wtedy im wyjaśniłem co się stało i później nie wracałem do tematu. Po powrocie do domu telefon się urywał. Na stronie "Biegam po Łodzi" Bartek Sobecki zamieścił artykuł o mnie. Także lokalna prasa z mojego miasta – Koluszek pisała na ten temat. Na forach internetowych ludzie komentowali całą tą sytuację. Rozbawił mnie zwłaszcza jeden wpis. Nie pamiętam, ale chyba był na "Maratończyku". Ktoś napisał, że ten facet, który tak postąpił nie mógł być Polakiem, bo nie dość, że na niego poczekał to jeszcze go przepuścił, a gdyby był Polakiem to pewnie dodatkowo podstawiłby mu nogę.
MT: Ja uważam, że to co zrobiłeś to naprawdę piękny gest. Udowodniłeś, że sport to nie tylko wyniki. To bardzo ważne, zwłaszcza dla początkujących sportowców.
KP: Miło mi, ze tak myślisz.

MT: Bardzo dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na trasie.
KP: Ja również dziękuję i nie wątpię, że się wkrótce spotkamy.

Dołącz do nas na Facebooku.