Biegówki. Lekarstwo na menopauzę

"Kupiłem narty biegowe i w swoje 44. urodziny wystartowałem w Biegu Piastów na dystansie 50 kilometrów" - przypominamy tekst Jacka Hugo-Badera z MAGAZYNU "Gazety Wyborczej" z 5 kwietnia 2001 r.

Chciałem kupić porsche. Było piękne. Moja żona powiedziała, że to auto dobre do podwożenia licealistek. Wspomniała też coś o "męskiej menopauzie" i że do tej pory starzałem się dość ładnie.

"Męska menopauza" - gdzieś już to słyszałem. Pogrzebałem w bibliotece i znalazłem książkę Zbigniewa Zaremby, dawnego trenera polskich biegaczy długodystansowych. Trener pisze, że medycznie nie ma takiego zjawiska jak "męska menopauza", bo mężczyźni do końca życia zachowują swoją funkcję reprodukcyjną. W porządku! Dalej było gorzej. Zaremba wyliczył, co dzieje się z organizmem 40-letniego mężczyzny. Aż mi się słabo zrobiło. Od czterdziestki systematycznie zaczyna się obniżać wzrost, kurczą się jądra, włosy rosną coraz rzadsze. W miarę starzenia, przeczytałem, ubędzie mi 15 proc. masy kości i od sześciu do dziesięciu kilogramów mięśni, ale za to podwoi mi się ilość tłuszczu. Z każdym rokiem, poczynając od czterdziestki, ubywa mi jeden procent testosteronu, męskiego hormonu płciowego. Wprawdzie funkcje operacyjne mózgu mogą mi się poprawiać aż do pięćdziesiątki, ale tylko patrzeć, jak zacznie mi przerastać gruczoł prostaty. Zacznie szwankować pamięć, a penis nabrzmiewał będzie coraz gorzej.

Fridtjoef Nansen, wielki norweski polarnik, przyrodnik i prekursor narciarstwa, w roku 1888 jako pierwszy Europejczyk przeszedł Grenlandię. Szedł na nartach. We wspomnieniach napisał, że "nic nie czyni mięśni tak stalowymi, a ciała bardziej gibkim i elastycznym, nic nie wyrabia większej pewności i zwinności, nic nie umacnia bardziej woli, nic tak nie odświeża umysłu jak narciarstwo". Nansen nie dożył wprawdzie siedemdziesiątki, ale pomyślałem: co mi szkodzi spróbować?

Dotąd tylko raz w życiu miałem przypięte do nóg narty biegowe, postanowiłem jednak wystartować w białym maratonie, najdłuższym masowym biegu narciarskim, jaki rozgrywany jest w Polsce.

Najdłuższy jest główny Bieg Piastów, który od 25 lat organizowany jest w Jakuszycach koło Szklarskiej Poręby na dystansie 50 kilometrów. Jakuszyce, nazywane "Małą Alaską", to miejsce, gdzie śnieg leży najdłużej w Polsce. Można tam biegać przez pół roku, od listopada do maja. Poza głównym Biegiem Piastów, dzień wcześniej rozgrywane są biegi na 10 i 25 kilometrów, a także krótsze dla dzieci i młodzieży, ja jednak postanowiłem zmierzyć się z najdłuższym dystansem.

Solidny sprzęt amatorski

Z upływem lat człowiek traci szybkość, wytrzymałość zostaje znacznie dłużej. Wielu zawodników z wiekiem wydłuża dystansy, na których startują. Prawdziwym fenomenem w świecie narciarstwa klasycznego jest Włoch Maurilio De Zolt, który zdobył mistrzostwo świata w biegu na 50 kilometrów w wieku 42 lat, a także 43-letni reprezentant Finlandii Harii Kirvesnemi, zwany "Dziadkiem", który prawie od 20 lat utrzymuje się w pierwszej dziesiątce pucharu świata, tylko startuje na coraz dłuższych dystansach.

Wyliczyłem sobie, że 50 kilometrów na nartach biegowych leży w zasięgu moich możliwości. Nie umiałem wprawdzie poruszać się na biegówkach, ale pomyślałem, że brak techniki nadrobię dobrą kondycją. Od lat biegam prawie codziennie, startuję w maratonach. Fachowcy twierdzą, że pod względem wysiłku pięć kilometrów na nartach biegowych odpowiada jednemu kilometrowi biegu w trampkach.

Decyzję o starcie powziąłem zeszłej zimy. Najpierw musiałem się zatroszczyć o sprzęt.

Para wyczynowych biegówek wysokiej klasy nie waży nawet jednego kilograma, kijków z włókna węglowego, które w wymyślny sposób na stałe przypięte są do rękawiczek, nie czuje się w ręku, bo ważą kilkanaście gramów, jednak taki sprzęt stawia wysokie wymagania, a poza tym trzeba mieć co najmniej dwie pary nart (cold i plus), na warunki poniżej i powyżej -6 st. C. Zdecydowałem się na solidny sprzęt amatorski.

Dobry, nowy amatorski sprzęt (narty, buty, kije, kombinezon) po sezonie można kupić w Polsce już za 1500 złotych (tyle co jedna para wyczynowych biegówek), a więc jest to znacznie mniej, niż trzeba by wydać na sprzęt zjazdowy.

Z kamieniami i pod górę

Jak przygotować się do biegu narciarskiego, kiedy nie ma śniegu? Bieg Piastów rozgrywany jest w połowie marca, kiedy w Warszawie kwitną krokusy.

Zacząłem miesiąc przed zawodami. Biegałem z obciążeniem, to znaczy w każdej ręce trzymałem kamień - w sumie około dwóch kilogramów. Bieg na nartach to nie tylko praca nóg, ale też górnej połowy ciała.

W stolicy jest jeden klub narciarstwa biegowego, nazywa się "Klasyk", chociaż działa w nim także sekcja zjazdowa. Biegacze to zaledwie kilkunastu panów w moim wieku i starsi: nauczyciele, inżynierowie, urzędnicy... Pamiętają, że jeszcze 15, 20 lat temu, kiedy biegali do Puszczy Kampinoskiej, spacerowiczów było niewielu - większość ludzi pokonywała szlaki turystyczne na nartach, a w podwarszawskim Pomiechówku rozgrywany był Bieg Warsa i Sawy, w którym startowały setki narciarzy. Klimat się ocieplił, narciarstwo klasyczne upadło, a oni, żeby uratować klub, musieli przyjąć zjazdowców.

Tomek Czarski jest elektronikiem, razem z żoną prowadzi agencję nieruchomości, a w pojedynkę uprawia narciarstwo biegowe, kajakarstwo, kolarstwo górskie, skialpinizm, górskie przełaje, wspina się i biega maratony. Jest doświadczonym narciarzem klasycznym. Przed trzema laty wziął udział w biegu przez Grenlandię - 650 kilometrów nansenowską trasą w poprzek wyspy. Zawody zorganizował norweski Viking Ski Club. Wystartowało 17 zawodników z całego świata. Tomek był jedynym Polakiem. Zawodnicy biegli według rozstawionych na trasie co 500 metrów tyczek. Mieszkali w namiotach, każdy miał w plecaku 10 kilogramów zapasowego sprzętu, termos i żelazną porcję żywności. W dzień było 20 stopni mrozu, w nocy - 40. Wyścig ukończyło siedmiu zawodników. Zwyciężył Norweg. Tomek był trzeci.

Tomek jak co roku planował start w Biegu Piastów. Rozpoczęliśmy wspólne treningi. Udawaliśmy, że biegamy na nartach. Potrzebne są do tego kije narciarskie i górka. Najbliższa jest na Żoliborzu, w Lasku Bielańskim.

Tak więc jeździłem na treningi do innej dzielnicy, a spacerowicze mieli uciechę, oglądając dwóch podstarzałych sportowców biegających to z górki, to pod górkę. Z górki zbiega się normalnie, jak to robią wszyscy ludzie, natomiast biegnąc do góry, imitować można bieg na nartach, udawać najpopularniejszy narciarski krok, tak zwany naprzemianstronny klasyczny - długi, posuwisty, z silną pracą ramion.

- Po 30 - 40 kilometrach - sapał Tomek - kije nie służą już do odpychania, tylko do utrzymywania równowagi. Zobaczysz, co chwila będą cię ratować przed upadkiem. Będziesz jeszcze w całkiem niezłej formie, a ramiona zupełnie ci uwiędną.

Treningi z Zośką

Tydzień przed zawodami wziąłem cztery dni wolnego i pojechałem do Zakopanego pobiegać na nartach. Wreszcie mogłem wypróbować moje nowe deski. Drugi raz w życiu przypiąłem te dziwne, wąskie (3,5-centymetrowe) narty do nóg. Trenowałem na trasie pod Krokwią. Nie było tak źle. Pięciokilometrową pętlę pokonałem w pół godziny.

Po dwóch dniach tę samą pętlę przebiegałem w 25 minut, no i zacząłem biegać z Zośką Majerczyk, a to baba silna jak dieslowska lokomotywa i do tego ze straszliwą wolą walki. Od razu wyrywała do przodu, ścigała się, na każdym okrążeniu dokładała mi 200 - 300 metrów.

Zofia Majerczyk-Rumińska z Poronina była reprezentantką kraju, osiem razy wygrywała w mistrzostwach Polski juniorów, razem z siostrami, Józefą i Władysławą, reprezentowała nasz kraj na Uniwersjadzie w roku 1972. Jest ponadto instruktorem narciarstwa alpejskiego, snowboardu i tenisa, do tego alpinistką, skialpinistką, aktorką Teatru im. Witkacego w Zakopanem, specjalistką od rehabilitacji, masażu i chińskich baniek. Pracuje w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem jako rehabilitantka, pod Nosalem dorabia jako instruktorka. Teraz była moim trenerem, albo raczej zającem (jak to się mawia w lekkiej atletyce). Ona uciekała, a ja próbowałem ją dopędzić. Już na drugim treningu dała się namówić na start w Biegu Piastów, chociaż na zawodach nigdy nie przebiegła więcej niż dziesięć kilometrów. W jej czasach kobiety biegały tylko na pięć i dziesięć kilometrów.

Zosia wprowadziła mnie w tajniki narciarstwa klasycznego. Pokazała podstawowe kroki: naprzemianstronny, służący do biegu po równym terenie i kiedy jest lekko pod górkę, jednokrok, który jest najszybszy i używa się go przy lekkich zjazdach, jodełkę do podbiegania na strome wzniesienia, bezkrok i jak się zjeżdża. Umiejętność jazdy na nartach zjazdowych do niczego się nie przydaje. Alpejczycy zjeżdżają na ugiętych nogach, biegacze na wyprostowanych, żeby choć przez chwile odpoczęły, ale są złamani wpół, zakręcają, przestępując drobnymi kroczkami.

Zośka umie także biec dwukrokiem, bardzo trudną kombinacją dwóch kroków i równoczesnego odepchnięcia dwoma kijkami. Wiele razy próbowałem i za każdym razem się prasłem (jak mawia Zosia). Trójkroków i czterokroków prostych i złożonych nawet nie próbowałem.

Prawidłowy bieg w równym terenie, to od trzech do pięciu metrów, w zależności od tego, jak nośny jest śnieg. Czołowi zawodnicy na krótkich dystansach sadzą kroki dziesięciometrowe. Na dystansach powyżej 15 kilometrów narciarze są szybsi od biegaczy lekkoatletów. To wszystko dotyczy stylu klasycznego. Zawodnicy jeżdżący krokiem łyżwowym są o 20 proc. szybsi. To młoda technika, uznana od 15 lat, od olimpiady w Sarajewie, kiedy po raz pierwszy klasycy i biegający łyżwą startowali oddzielnie.

Pudrowanie spodów

Trenerem Zosi w reprezentacji kraju był Edward Budny - trener roku 1978, jak informuje proporczyk zawieszony u niego w sklepie. Pan Edward prowadzi pod skocznią narciarską w Zakopanem sklep z ubraniami i sprzętem sportowym.

Wygłosił dla mnie wielki wykład z pokazem o rodzajach śniegu i smarowaniu nart. Osobiście posmarował moje narty. Smarowanie to zadanie trenera, zawodnicy tego nie robią, bo to jest wiedza, sztuka, alchemia. Nigdy nie jest tak, mawia pan Edward, że nie można tego zrobić lepiej. Nowe, dobre narty, to jest dopiero połowa nart - trzeba je jeszcze smarować, pieścić jak kobietę, myśleć o nich i poświęcać im dużo czasu.

Jako nowicjusz dostałem narty z rybią łuską na ślizgu. Łuska jest umieszczona tylko na odcinku pod stopą narciarza i sprawia, że przy wybiciu noga się nie cofa. Pan Edward się skrzywił: łuska dwa razy zwiększa tarcie, a trzyma dziesięć razy gorzej od klajstru.

Bo z nartami jest tak: jak dobrze posmarujesz na jechanie i w dół prujesz jak rakieta, to kiepsko trzymają i pod górę wszyscy cię wyprzedzają, albo jest odwrotnie - narty trzymają, kiedy biegniesz pod górę, przyklejają się do śniegu, ale i w dół nie chcą jechać. Smaruje się parafinami (różnymi w zależności od rodzaju śniegu, temperatury i wilgotności powietrza), to znaczy przód i tył ślizgów, a w środku (tam gdzie ja mam łuskę) kładzie się klajster (też różny, w zależności od tych samych czynników) - niezwykły wynalazek, który na kilka setnych sekundy, w momencie wybicia do przodu, przykleja się do śniegu i narta nie może się cofnąć.

Zestaw do smarowania nart dobrego zawodnika to wielka skrzynia ze smarami, na które trzeba wydać kilkanaście tysięcy dolarów. - A to jest wymysł diabła - Edward Budny pokazuje pudełeczko pudru za 400 złotych niemieckiej firmy Holmenco. - Po posmarowaniu trzeba jeszcze ślizgi pudrować i przetopić żelazkiem. To strasznie jedzie.

Puder jest wynalazkiem ostatnich lat. Głównym jego składnikiem jest fluor. Sporo się zmieniło w tej dziedzinie od roku 1894, kiedy Stanisław Barabasz, prekursor narciarstwa w Polsce, wracając do Zakopanego znad Czarnego Stawu Gąsienicowego, posmarował narty olejem z sardynek.

Edward Budny uważa, że dobrze posmarowane narty powinny wytrzymać sto kilometrów. Ale to nie zawsze się udaje. W roku 1987 jako trener pojechał z Józefem Łuszczkiem na Bieg Wazów do Szwecji. To największa i najbardziej znana zimowa impreza narciarska na świecie, 82 kilometry techniką klasyczną z Saelen do Mora. Jeszcze na 65. kilometrze nasz były mistrz świata, dla którego te zawody miały być wyjściem ze sportowego dołka, miał trzy minuty przewagi nad następnym zawodnikiem, ale zdarł się smar i na metę dobiegł na 24. pozycji. W następnym roku zakończył karierę, przeżył straszliwy upadek, lata głodu, myśli samobójcze i ruinę zdrowia. 45-letni mistrz żyje z żoną i dzieckiem z 300-złotowej renty inwalidzkiej. Chodzi do pomocy społecznej, chociaż w domu wiszą na ścianie dwa medale mistrzostw świata i 39 złotych krążków mistrzostw Polski, za które oferowano mu duże pieniądze. Nie chciał nawet sprzedać nart, na których zdobył mistrzowski tytuł w Lahti, chociaż dawali mu za to samochód.

Putin zamiast Piastów

Moje przygotowania (rok temu) do Biegu Piastów były zakończone. Wysoka forma, sprzęt, nawet numer startowy już miałem, a tu z redakcji przychodzi polecenie - jedziesz do Rosji na wybory.

- Przecież są przesądzone. Putin wygra w cuglach - załkałem.

Nic nie pomogło. Byłem na Uralu, kiedy Zosia i Tomek wystartowali w XXIV Biegu Piastów. Mieli dobry, szybki śnieg. Tomek dobiegł na 165. pozycji z czasem 2 godziny i 47 minut. Zosia dobiegła na metę 78 sekund po nim. Była 169. i 12. wśród pań.

Bieg ukończyło 562 zawodników.

W tym roku wszystko rozpocząłem od początku, tylko na starcie XXV Biegu Piastów nie było już Zosi i Tomka, ale za to, jak przystało na jubileuszowe zawody, zgłosiło się 1288 zawodników. Ponieważ startowałem po raz pierwszy, dostałem odległy numer. Miałem biec z numerem 1039. na piersi.

W przeddzień zawodów pojechałem do Jakuszyc pobiegać na śniegu, bo w tym roku nie miałem takiej okazji. Śniegu nawaliło dużo, ale było 10 stopni ciepła, mgła, popadywał deszcz i moje deski w tak trudnych warunkach narciarskich w ogóle nie trzymały. Przy każdym kroku noga, z której się odbijałem, cofała się kilkanaście centymetrów. Rybia łuska na ślizgu nie zdawała egzaminu. Uratował mnie fachowiec z serwisu narciarskiego, który na łuskę nałożył klajster, czego w zasadzie się nie robi. Narty trzymały jak złoto. Pod niewielkie wzniesienia podchodziłem czubami do góry, bez jodełki.

Z Siedlec, Litwy i Zaolzia

Ostatni wieczór przed biegiem spędziłem w domu wczasowym FWP "Zdrowie". Gmaszysko wielkie i ponure jak koszary grenadierów.

Szukam grupy ze Szkoły Podstawowej nr 5 z Siedlec. To fenomen na skalę krajową, bo tylko dzieci z tej szkoły nawiązały walkę z dziećmi z miejscowości górskich, gdzie bywa śnieg. Grzegorz i Maria Staręgowie, pan od wuefu i pani od polskiego, przywieźli 15 dzieciaków, z których połowa znalazła się w pierwszej dwudziestce Małego Biegu Piastów dla dzieci ze szkół podstawowych. - Trenujemy przez okrągły rok - mówi pan Grzegorz - a w wakacje codziennie, bo dzieci nigdzie nie wyjeżdżają, nie pochodzą z zamożnych rodzin. Jeździmy na rolkach własnej konstrukcji, które udają narty biegowe. Ciągle mamy zatargi z dzielnicowym, bo trenujemy na osiedlowych uliczkach. Kiedy jest więcej czasu, jedziemy za miasto, gdzie mamy piękny tor asfaltowy długości dwóch i pół kilometra. To plac celebry, po którym Papież jeździł pomiędzy sektorami.

Piętro wyżej nad grupą z Siedlec rozlokowała się grupa z Litwy.

Wchodzę do pokoju Józefa Szuszkiewicza, ich kierownika, a oni za stołem: nalewka z 27 ziół, suszona polędwica z dzika, pieczeń z łosia, czarny wileński chleb, ogórki. Fantazja, ale jutro rano biegniemy 50 kilometrów. Nic to. Jadwiga i Gerold Juniewicze mają dzisiaj rocznicę ślubu. To oni są gospodarzami. Pani Jadwiga jest nauczycielką wychowania fizycznego w rosyjskojęzycznej szkole, jej mąż - prezesem klubu łowieckiego Ritas, czyli poranek. Pani Jadwiga, dawna zawodniczka Dynamo Wilno i CSK Moskwa, przez dziesięć lat była mistrzynią Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w biatlonie, a w roku 1978 zajęła piąte miejsce w mistrzostwach ZSRR. W lecie trenowała wojennoje mnogoborie, czyli wielobój wojskowy, biegała więc, strzelała i rzucała granatami. W ostatnich zimowych Igrzyskach Polonijnych pani Jadwiga brylowała we wszystkich konkurencjach biegowych.

Pan Józef jest polskim działaczem samorządowym w rejonie wileńskim. Od organizatorów Biegu Piastów dostał zaproszenie i zwrot połowy kosztów przyjazdu 10 osób. Zabrał 54 osoby: Polaków, Litwinów i Rosjan.

W przyjęciu biorą też udział dwaj panowie z Zaolzia. Władysław Czudek i Roman Sikora są żołnierzami czeskiej straży granicznej. Od kilkunastu lat przyjeżdżają na Bieg Piastów.

Wolnoamerykanka

Następnego dnia rano na starcie paskudna pogoda. Mgła, siąpi deszcz. Śnieg o konsystencji gęstej zupy. 1288 zawodników staje w swoich sektorach. Im wyższy numer, tym dalej stoisz za czołówką, tym trudniej będzie się przecisnąć do przodu, kiedy po strzale startera wszyscy ruszą ławą do przodu.

Kobiet niewiele, może pięć procent, podobnie mało młodych ludzi. Większość zawodników to panowie w moim wieku i starsi - najwierniejsi przyjaciele Biegu Piastów z lat jego świetności, kiedy na starcie stawały tysiące ludzi, tak jak w roku 1978, kiedy na trasę III biegu wyruszyło 4368 narciarzy.

Jest duża grupa zawodników, którzy wzięli udział we wszystkich 25 biegach, począwszy od pierwszego w roku 1976.

W tym roku ustalone zostały limity czasowe. Jeśli po trzech godzinach nie przebiegniesz 30 kilometrów, zostaniesz skierowany do mety krótszą trasą. W poprzednich latach zdarzało się, że zawodnicy biegli po osiem - dziesięć godzin, dobiegali do mety po ciemku, a najsłabszych ratownicy GOPR-u zwozili z trasy śnieżnymi skuterami. Często goprowcy siłą musieli wciągać na skutery zataczających się ze zmęczenia narciarzy, a oni bronili się, opierali, bo to niehonorowo nie dotrzeć na własnych nogach do mety.

W zeszłym roku też ktoś przesadził z wysiłkiem i zasłabł na trasie. Umierał, ale na szczęście biegł za nim doktor Dawid Kędzia. Akcja reanimacyjna się udała. Doktor nie pobiegł dalej, został ze swoim pacjentem. W tym roku znowu przyjechał na Bieg Piastów. Dziesięć minut przed startem organizatorzy wręczyli mu nagrodę fair play.

Wystrzał. 1288 zawodników rusza gwałtownie. Biegniemy, a w zasadzie drepczemy ławą po dziesięciu torach. Najbardziej niecierpliwi próbują wyprzedzać, przepychają się, depczą innym zawodnikom po nartach i kijach, ale mnie też korci, żeby pognać, kiedy przede mną wyrasta tęgi jegomość, który nie biegnie, ale spaceruje.

Po pierwszych 200 metrach trasa się zwęża i z dziesięciu torów robi się sześć. Co chwila ktoś się wywraca, a na niego wpadają biegnący za nim narciarze. Powstają splątane kłębowiska ciał, kijów i desek, które tarasują trasę, inni wbiegają w las, żeby ominąć zaporę. Pani w żółtym kombinezonie spadają okulary, ktoś po nich przejeżdża, ona chce je podnieść, zatrzymuje się, starszy pan wjeżdża jej na plecy. - Tata by uważał, na litość boską! - wrzeszczy żółty kombinezon.

Stromo do góry. Mniej wprawni zaczynają zjeżdżać do tyłu. Robią się następne kłębowiska. Biegniemy już tylko po pięciu torach. Teraz z górki. Stawka się rozciąga. Pruję na złamanie karku, ale cały czas myślę, że jak ten przede mną się praśnie, to jestem po biegu. Szczęśliwie udaje się nam ominąć trzy kłębowiska. Widzę zawodników, którzy schodzą z trasy, trzymając połamane narty.

Po pięciu kilometrach robi się spokojniej, luźniej, można wyprzedzać. Patrzę na zegarek: 50 minut. Fatalnie. W tym czasie powinienem przebiec 10 kilometrów. Na dziesiątym kilometrze ścigamy się już tylko na dwóch torach. Tak będzie do mety. Wyprzedzam zawodnika bez rąk. Niepełnosprawni biegacze wyruszyli dziesięć minut przed wszystkimi. Tak długo go goniłem, a przecież bez pomocy rąk, bez kijków nie da się biec. Zośka kazała ćwiczyć mi bez kijków - mordęga.

Przybiegamy do bufetu. Harcerze podają kubek z herbatą, wafelek. Zawodnika bez rąk trzeba napoić.

Zaczęło padać.

Piast w eurolidze

W roku 1936 Niemcy chcieli zorganizować w Szklarskiej Porębie i Jakuszycach zimową olimpiadę. Pomysł upadł z powodu małej liczby hoteli.

Od kilku lat notarialnym właścicielem Polany Jakuszyce i kilkudziesięciu kilometrów tras narciarskich w Górach Izerskich jest dofinansowywane z Funduszu PHARE Stowarzyszenie Bieg Piastów. Wykupiło te tereny od Nadleśnictwa Szklarska Poręba. W lecie narciarskie trasy są wspaniałym miejscem do uprawiania turystyki rowerowej, na odcinkach wyasfaltowanych można jeździć na rolkach.

Prezesem stowarzyszenia jest Julian Gozdowski, który w roku 1976 w ramach telewizyjnego programu Turniej Miast, w którym rywalizowały Karpacz i Szklarska Poręba, zorganizował pierwszy bieg. Ukończyło go 263 narciarzy. Potem był trzeci, rekordowy pod względem uczestników bieg i sześć coraz gorszych dla imprezy lat. Coraz mniej zawodników przyjeżdżało do Jakuszyc. Od X biegu znowu z roku na rok jest nieco więcej startujących, ale w zeszłym roku np. więcej biegaczy przyjechało z Wilna niż z Warszawy, a w pierwszej trzydziestce było tylko pięciu Polaków. Dominowali Czesi. W ciągu tego ćwierćwiecza Bieg Piastów nie odbył się tylko dwa razy: w roku 1982 był stan wojenny, a w roku 1998 nie było śniegu.

Od dziewięciu lat Bieg Piastów należy do Euroloppet, europejskiej ligi narciarskich biegów długodystansowych, ciągle jednak jest zbyt skromną imprezą, by znaleźć się w Worldloppet - lidze światowej.

Najbardziej znanymi zawodami sportowymi tej ligi jest legendarny Vasaloppet - Bieg Wazów - rozgrywany od roku 1922 w Szwecji na dystansie 90 kilometrów (wcześniej nieco krótszym). Co roku startuje tam blisko 12 tys. zawodników, a lista startowa, z powodu tłoku panującego na trasie, jest zamykana na cztery miesiące przed startem. Ukończenie tego biegu to duże przeżycie, ale Rosjanie potrafią zafundować sobie większe. Organizują wieloetapowe rajdy narciarskie, na przykład dla kobiet z Tiumenia do Moskwy - 2100 kilometrów w 44 dni, albo rajd z Bakczarewa do Moskwy w 87 dni, a to 8134 kilometry, więc dziennie trzeba pokonać 93,5 kilometra.

Czterysta trzeci

Większość trasy białego maratonu narciarz pokonuje w samotności. W połowie trasy stawka zawodników jest tak rozciągnięta, że tylko czasami ktoś ciebie albo ty kogoś wyprzedzisz. Najlepsi dojeżdżają już do mety. To bardzo często zawodowcy, którzy startują w biegach masowych dla cennych nagród.

Trasa Biegu Piastów prowadzi leśnymi drogami, wielkimi polanami powstałymi na skutek klęski ekologicznej w latach 70. i 80., kiedy od kwaśnych deszczów umarły tysiące hektarów lasu. Letnie maratony najczęściej rozgrywane są w miastach, jest widownia, przechodnie. Często na trasie czeka rodzina, mają coś do picia i kawałek czekolady, można pogadać z innymi zawodnikami. Rozmowa nie przeszkadza w biegu. Ja do 25 - 30 kilometra gadam jak nakręcony, zagaduję wszystkich, którzy koło mnie biegną. Na nartach nie da się rozmawiać, uniemożliwia to praca ramion i oddychanie w rytmie ich pracy, a poza tym nie powinno się biec obok siebie - lewy tor służy do wyprzedzania.

XXV Bieg Piastów ukończyli wszyscy zawodnicy z Litwy i z Zaolzia. W komplecie zameldowało się całe grono pedagogiczne ze Szkoły Podstawowej nr 5 w Siedlcach, a piszący te słowa po czterech godzinach, dziewięciu minutach i 14 sekundach jako 403. zawodnik wpadł na metę. Zająłem 55. miejsce w swojej grupie wiekowej. Wyprzedziło mnie 21 pań, a ja wyprzedziłem około 800 innych biegaczy.